Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Florian Konrad

Użytkownicy
  • Postów

    399
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Florian Konrad

  1. dalej, w to uczucie pełne bezkresu! wszelki ruch tylko udaje, że jest pozorny, sprawia wrażenie wymuszonego. wierzgajmy biegnąc w siebie nawzajem, zachowujmy się tak, by ktoś się w nas mrowił. niech nawet filary i firmamenty pędzą na złamanie. i... siać wiatr, aby wykiełkowała burza? nie, ledwie troszeczkę powietrza trzeba by tu namotać wymachując kończynami, żeby pobyt nie groził przegrzaniem, uduszeniem się z nadmiaru. parzy, przyznaję, ale to uczucie jest dyskoteką, pod którą podjeżdżasz sportowym autem marki Feeria (lakier – wszystkokolorowy, ale ze wszystkich odcieniątek czerwień błyszczy najmocniej). a w prawdziwej statyczności– bryndza, niczym oświadczyny dopiero co napotkanego żula, co latyfundia w Arkansas, pałace Lotaryngii gotów ci oddać w prezencie zaręczynowym, gdyby tylko je miał.
  2. @Dariusz Sokołowski Dziękuję. Nie ustawiam wierszy w tomikach wedle jakichś specjalnych zamsyłów :)
  3. przyklejam się, aby dzięki temu powstała kojąca opuchlizna, bąbelek wypełniony krystalicznym płynem. z czasem znajdzie się igiełka, która, gdy będzie się chciało jej użyć, okaże się niepotrzebna, bo wszystko zostanie już wcześniej wchłonięte. staram się być miły i przyjacielski, ale spróbuj pomyśleć o mnie jak o zabawie w wieszanie się, pustej kapsułce, jaka nie pomieści w sobie zbawiennych specyfików, ani toksyn, istnieje wyłącznie po to, by nie dać się przełknąć, pozwala jedynie obracać się w ustach, niczym drażetka. o mnie będącym jak ładnie wymawialne, dosyć mądre słowo reintrodukcja. albo niczym głupi neologizm manicurewa mać. nie zrywaj. wybierz sama, wtulając się: co mam łagodzić, zwalczać, na co uodpornić.
  4. @Dariusz Sokołowski Dziękuję serdecznie! @Wiechu J. K. I niech zwycięża, amen :)
  5. patrz, co tu mam: album pełen artystycznych zdjęć. na każdym – odbudowuję Warszawę zmienioną wczoraj w pył (uwierz – musiałem dopuścić się tak olbrzymiej demolki). i gdzie to robię: w swoich Dańcach! nie z chęci zawłaszczania, czysto egoistycznych pobudek. radość jest w tym, odmajaczenie, real tak bardzo osobisty, że aż wyżera, działa jak antydepresant, psychotrop, środek przeciwko zgorzeli zgnilakowej, nudzie, wszelakim strachom. mój czarny pałac rośnie pod ziemię, setka iglic wnika w chłód gleby. tworzę na kanwie, ale na swoją modłę. klimat w sercu, jak w prażarce, po słonecznych arteryjkach biegnie promyk, cieknie strużyna lawy. w głęboko utajonych budynkach rosną konstelacje, w pałacu zamieszkiwanym przez człekoształtne pulsary trwa niekończący się bal. wesoło w tym mieście, choć to niemal bezludzie, metropolijka zbudowana jedynie dla dwóch osób. oglądaj zdjęcia. nie zdziw się, gdy zauważysz, że na każdym kolejnym jestem mniejszy i mniejszy, że coraz trudniej jest mi podnosić cegły, dźwigać pustaki. wiesz, czemu tak się dzieje? planuję nigdy nie skończyć odbudowy. niech to trwa, dzieje się na przekór, na złość przeciwieństwom.
  6. potrzebuję przedrzeć się, od frontu, w głąb swojej istoty. by zestroić się z tobą, móc wypowiadając kompletną bzdurę, nieśmieszny nawet dla dzieciuchów łamaniec językowy (niespadzista wyrazistość wżdy się wżarła we wzorzystość), dostrzegać w nim i Kosmos i Księgi. chcę ołtarzy iluzjonistycznych namalowanych na ściance działowej. niech jeden wnika w drugi, zahaczają o siebie kolumnami, a w farbie zachodzi mistyczny proces (półkrągłości opecionych bluszczem obramień wtapiają się, by, za niedostrzegalny ułamek chwili, zostać rozłączone). pragnę podnosić w sobie pyłek. do Rang. sczytywać z ledwie widocznych pajęczynek Prawdy Nieobjawione. czuć, jak rośnie w sercu Solenność. ech, czas by się znów ukoić w twoim cieple. w Stabliności, która niesie Równoczesne. porozkładać na czynniki pierwsze wielkie litery, których tyle tu nastawiałem, zbudować z nich samolocik, puścić go, niech lata nad domem. i spadnie mi prosto w usta, dokładnie wtedy, gdy będę tego potrzebować.
  7. @Witalisa Ja w dzieciństwie ostrzygłem psa :) @karenka Dziękuję za tak miłe słowa i również serdecznie pozdrawiam
  8. przyznaję, że, jak to zabawnie nazwała mama, fukałem. przez całe lata, dzieciństwo z przyległościami, wycinałem z papieru żołnierzy, potwory, wszelaką mutantozę. nigdy nie byli przedstawiani en face, zawsze z profilu, niby postaci ze staroegipskich malowideł. ich ręce były spiczaste, oczy – skośne, pyski – podłużne, a dłonie domyślne, podobnie, jak zabijający ich laserami-blasterami, jedyny sprawiedliwy bohater, obrońca świata i wszystkich jego galaktyk, którego nie wycinałem, bo i po co. był on widoczny jedynie w wyobraźni. i biegało się z papierowymi monstrami w dłoniach, wygwizdując-wyświstując odgłosy wystrzałów, robiąc wdzziuw-wdziuuw. papier, z jakiego wycinałem szkarady, powinien być w miarę gruby, z gazet wychodziły niestabilne w moich oczach, za miękkie, by się nimi bawić, słabiaki-mutanciaki. w wakacje przefukiwałem (znów – określenie nadane przez mamę) nieaktualne już zeszyty, a nawet podręczniki szkolne (czemu mi pozwalano – nie wiem). chlastało się nożyczkami mamine książeczki z rozwiązanymi krzyżówkami (trochę za cienki papier!), kalendarze (dobry papier!), było się stwórcą. mniejsza o to, że bestii. tak się zastanawiam (nostalgia znosząca poczytalność?), czyje imię nadano sowchozowi, gdzie obecnie tyrają moi wielkozębi ludkowie z papieru, w jakim wymiarze znajdują się pola, które orzą pługi ciągnięte przez krokodylokształtne indywidua. bo przecież oni wszyscy muszą gdzieś istnieć. nie może być inaczej.
  9. ależ mam ego, prawda? a to wydaje się, że jestem literówką na płycie, z winy której to literówy trzeba wykuwać od nowa monument (spękał okrutnie cały przy próbie poprawienia mnie, wystarczyło lekkie uderzenie dłutem – i zaraz pomnik, od cokołu, przez korpus, po czubek głowy granitowej postaci, obrósł siateczką szybko powiększajacych się rys, grozi teraz zawaleniem i konieczna jest jak najpilniejsza rozbiórka), to znowu widzę siebie jako wiecznie zdechłe feniksię z cienkiego szkła, które odradza się coraz bardziej kruche – i leci sypiąc kłującymi odłamkami, niedotykalne i pełne egotycznej dumy, by po paru chwilach zmienić się w grudę topniejącej margaryny. koj to przypominając, że nie jest tak najesencyjniej, żadna tam stągiew, z której wylewa się ogromny potwór, bardziej: nieudolna metafora, scenariusz napisany babeszjozą, modlitwa, by nikt nigdy nie rozdeptał kociąt, niekiedy: wspinaczka na Himalaje żenady, bez czekana, za to z butlą w łapie i że moja pomyłka podczas kodowania nie spowoduje globanego chaosu, a z rozsypanych cyferek nie powstanie cybernetyczny neologizm, po wymówieniu którego eksploduje komputer, na jakim posadowiony jest świat.
  10. @karenka Dziękuję i również serdecznie pozdrawiam.
  11. @aff Dziękuję i rónież pozdrawiam
  12. uprawiaj jedynie po zapadnięciu wyjątkowo ciemnej ciszy. stąpać musisz bezszelestnie, oddychać – tylko w wyjątkowych wypadkach. przemieszczaj się ruchem szachowego smoka, zawsze przeskakuj wiele pól. tyle jest w czerni do zwiedzenia! więc daj się wywieść w osjaniczność, melancholię udrapowaną księżycową poświatą. zażyj Szyldygierynę, a będziesz w naprawdę uroczym błędzie: każdy przybytek, bez znaczenia, knajpa, urząd, czy jeszcze inny, zda ci się Największą z Bibliotek. i wypożyczysz ulubioną książkę w kebabowni, u zegarmistrza, w szmateksie. tak będzie działać noc na sterydku. nie dostrzeżesz brzydot, apteki, gdzie sprzedawany jest wyłącznie emetyk, supermarketów, na półkach których są takie szkaradztwa jak użeranie się, zadzierzgnięcie, niemożność wyjścia. obraz z mojego pokoju, ten, na który patrzę zaraz po przebudzeniu, również zda się szyldem. przekrocz ramy, a wstąpisz w głąb. warto.
  13. nauczę cię topografii ciekawego miejsca. patrz nieco z góry, ale, oczywiście, nie z wyższością. bądź jak ogrodniczka doglądająca rozsady, nachylona z troską nad inspektem. a oto i łacha pieniącej się aqua tofana, brzydkie jezioro. dalej: wysepka, nad którą zawracają się bociany, słabo zaludniona, ledwie trzy chatynki. w jednej – pozabezpieczny styl przywiązania, zwierzątka tresowane przerażeniem. w drugiej – szalony marzyciel kolejny już rok stara się skonstruować zszywacz hadronów. bezradność, technika i materia stawiają opór. ostatnią zamieszkuje wizjoner, pan Irytadełko, który całe dnie spędza wewnątrz prorockich majaków, jakby były skrzynią wybitą flauszem. i zżyma się, bo nie może wyjść z niej do ludzi. następna z wysp, o ileż większa od poprzedniej. tam nie patrz, tam są góry. baniaste i można z nich zlecieć na strzaskanie. w dolince jest miasto pełne koncertów. jak nie punkowcy z Denazyfikacji, to metale z Dreaminition (czasami występują w polskiej wersji, jako Marzenicjowanie) łoją nuty do upadłego. pęka komin, ściana nośna, architektura ustępuje przed łomotami. a ten tu kontynent jest lustrem i jednocześnie magiczną odziarniarką. widzisz swój miąższ, esencję. uśmiechnij się do jej piękna.
  14. @karenka Dziękuję za tak miłe słowa odnośnie wiersza.
  15. tę krainę przekazuję ci werbalnie, mówię ją (nie: wmawiam) jak najprościej, okrągłymi słowami (po co brnąć w kolczastą metaforykę, ubrzydalanie?), językiem, co nie jest jak szpicrózga, lecz niczym płaszczuś, wata w kieszonce, ochronny pancerzyk. opowiadam miejsce, w którym można pomylić człowieka z ogniem (raz zdarzył mi się taki pokraczny cud: jadąc do Biedronki widziałem z drogi rozbiórkę zawalonej obory. nie wiem, czyjej. komuś rozlazł się budynek, niczym domek z maślanych kart. i likwidowano pozostałości, wypalano słomę. wracając z dyskontu przez sekundę miałem wrażenie, że ognisko jest naprawdę duże, wymknęło się spod kontroli. przyjrzałem się lepiej. nie było ani płomyczka. obok kopczyka popiołu siedział mężczyzna w pomarańczowym kombinezonie roboczym, mniej więcej takim, jakie noszą drogowcy). wypowiadam zdania-tysiąchektarową wieś, Ziarnobyl, gdzie wszystko rodzi się na gruzach Tragistanu, żaden Zmarnobyl, miejsce porażki i zatraty. słuchaj. niech wniknie.
  16. wraz ze wzrostem temperatury kąt postrzegania rozszerza się i w oku, co jest jak kula gorącej tkaniny, zostaje wytworzony obraz. wojny. stawiam czoła trudnym do zdefiniowania wrogom, daję odpór. nagle przyplątuje się przerażony chudoadiutant, krzyczy z przerażeniem, że markietankę zabiło, markietankę zabiło! lecę cały w nerwach. leży. krew na chlebie i w nim, czerwień wżarta głęboko w świetliste bochny. okruchy w odłamkach, paznokcie i włosy na skórce. z zamkniętymi oczami wskakuję w głąb leju. próbuję nie myśleć o tym, co jem. następny obraz: supermarket, dział mięsny. nie wiem, co brała pracownica, jaki drag wywołał u niej niepowstrzymywalne chichotki. śmiech jest perlisty, odchlastane tasakiem palce – niczym (tak mi się, głupio skojarzyły)... niedopałki papierosów, które jakiś maniak palenia wciągnął w głąb płuc. i wykasłał. podbiegam do nie kontaktującej zdragowczyni, próbuję dokleić, wcisnąć jej utracone fragmenty ciała. nie trafiam we właściwe miejsca. palce w nozdrzach, jeden w uchu, dwa pod wargami. straszne wizje. próba opisania bólu, jaki jest moim udziałem, gdy próbuję scalić na siłę, po szczeniacku i bez wyczucia. wybaczaj mi te nieudolne próby. tak bardzo cię kocham, Dostarczycielko.
  17. dosyć specyficzna forma oprawiania obrazów. krzykiem. i lecą, owinięte nocnymi płótnami, prosto w buchający żar. jedyni na świecie członkowie Kościoła Dańcosatanistycznego (swoją drogą – urocza para) przykładają się do rytualnej praktyki. jest mistycznie i na rozcież, spajają się otwarte serca. piękno przesilenia, celebrowanie kształtów. Cezaressę i jej podręcznego wariatuńcia, kołysacza bomb, w porywach – furfanta, łączy mała magia. i staje się Kościół Warszawosatanistyczny, spomiędzy drew podlanych łatwopalnym winem, wyłania się On. Wszechwład. Krzew, co goreje, by nigdy nie przestać. łapczywie chwyta powietrze korzeniami powietrznymi. zbliża się, obejmuje jego i ją. tuli.
  18. gdziekolwiek schowałaś, odkitraj natychmiast – i w ciemność! najlepiej podczas nowiu ciśnij w głąb studni lub w okno wymarłej chaty. czemu? dobrze wiesz, co za rozpamiętasy wywołuje wpatrywanie się w jego meandryczne wzorki, jaki od tego odkłada się w człowieku dataizm (przedawkujesz gapienie się w kamulec – i twoim bogiem zaczyna być przepływ wiedzy ze zwoju na zwój, przetrysk informacji pomiędzy zwitkami!). to naprawdę groźna rzecz: język rozdwaja, myśli miele, dla wartości jest jak shaker. ...albo nie, czekaj. zamiast wyrzucać daj mi na urodziny. tylko zapakuj ładnie, najlepiej owiń zatłuszczoną gazetą, czy papierem śniadaniowym nie pierwszej świeżości.
  19. pojechałem ze Zdzichem do lasu, by zabrać drewno ze ściętych jeszcze w ubiegłym roku drzew. w pewnym momencie dało się słyszeć płaczliwe "wołanie". lamentowały lisiątka albo jakiś ptak (nie znam się, choć od zawsze mieszkam na wsi). mało istotne. sąsiad kroił piłą drewniane trupy, a ja pod wpływem jękliwych zawodzeń poczułem (dosyć irracjonalną) potrzebę wywołania z gęstwiny... chłopca, którego tam nie ma, bo i jakimże sposobem miałby być, kilkulatka w garniturku, kamizeleczce, zjawki płci męskiej mającej bladą twarzyczkę, rączkach, bielma na oczach. – chodź – zacząłem powtarzać w myślach wiedząc, że sam nigdy nie zostanę tak wywoływany, chodź, pobawimy się w obdarowywanie. biel, którą się podzielisz, będzie dla mnie kwintesencją sztuki czarnej. ależ rysunek powstanie na powierzchni miedzi, którą w sobie przechowuję!
  20. nadchodzącej nocy będzie dzikość, wezbrą potoki materii ożywionej, jak i tej od zawsze martwej: ruszą z posad ałycze, posągi, dawno temu opuszczony dom-zapleśnialec, podźwigną się kamienice, głazy o wyjątkowo twardych stopach, szafiry, pokrzywa i nadajnik telefonii komórkowej. cały ten ogrom przesączy się przez mój język, w tańcu-wirowańcu przepłynie bezskładnie, by znaleźć miejsce w Ukojeniu (nieobeznanym nadmienię, że Ukojenie jest kobietą, więc zakorzenienie w nim nie skończy się inaczej, niż wspaniałościami). nakręcona kluczykiem krokmaszyna o silniku krokowym zadepcze ślady kamulców, mobilnych podmurówek, korzeni. ogarnie mnie błogość, gdy wymówię w myślach wyraz zapadlisko. w tym obłaskawionym słowie będą serduszka, cekiny, łagodna zatrata.
  21. @EsKalisia Dziękuję i również pozdrawiam. No, coś w ten deseń, jeśli chodzi o interpretacje :)
  22. skłamię ci, że byłem kiedyś w restauracji, gdzie do kotleta przygrywał zespół The Zmarłers i w miarę słuchania zacząłem sobie wkręcać, że cały band stanowią zombiaki, roić, że żywi truposze trzymają gitary, grają na keyboardzie i perkusji. Zmarłersi byli jak najbardziej z niezepsutego mięsa, czego jednak nie chciałem dostrzec, siwiejąc w oczach, przerażony z płaczem opuściłem lokal. zmyślę ci też historyjkę o lekko świrniętej babci, która często opowiadała mi na dobranoc o tajemniczej krainie cudów, do której wroteńka są ukryte pod obcasem jednego z przechodniów. którego? moja w tym głowa, by szukać, zadzierać nogi mijanych ludzi, podnosić im niespodziewanie stopy, odrywać fleki, szarpać za podeszwy (ileż to kopniaków dostałem przez wiarę w gawędzenia pomylonej!)! a potem minus sczepi się z drugim minusem i ujrzysz mnie w światełku prawdy, bez ściem, majaczysk. już niezaciemnialnego.
  23. @Sekrett Dziękuję a czytanie i interpretację.
  24. zwróciłaś mi uwagę, kochanie, że nawet w wierszach miłosnych – mrok, którego nie mogę/nie chciałbym się wyzbyć. masz całkowitą rację. ale pójdę dziś w głębsze draństwa, grotechę i kuriozalność, stworzę coś nie o nas: zalążek bajki o post-parze, jaką są... ślady po rozkładzie zwłok, ludzkie kontury wżarte w klepki parkietów. Romeo i Julia z tego samego bloku. para samotnych staruszków, którzy nie lubili się za życia. zmarli w krótkim odstępie czasu. trochę minęło, nim ich znaleziono. on gnił na trzecim piętrze, ona dekomponowała się na parterze. zabrano ciała. jeszcze nie weszły ekipy sprzątające. patrz: oni spieszą się z czułością, obejmują się w swoistej podprzestrzeni, tyleż brzydkiej, co mistycznej kraince. czas nagli, trzeba nacieszyć się sobą, póki nie ma panów w białych kombinezonach. turpizm? raczej bajka o jo-jo, drogocennym, bo z litego mięsa, po którym, gdy się urwie, nie będzie potrzeby płakać, obwiąże się tylko gałki oczne gałązkami jałowca, tak, by było cierniowo.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...