Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Florian Konrad

Użytkownicy
  • Postów

    382
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Florian Konrad

  1. gdziekolwiek schowałaś, odkitraj natychmiast – i w ciemność! najlepiej podczas nowiu ciśnij w głąb studni lub w okno wymarłej chaty. czemu? dobrze wiesz, co za rozpamiętasy wywołuje wpatrywanie się w jego meandryczne wzorki, jaki od tego odkłada się w człowieku dataizm (przedawkujesz gapienie się w kamulec – i twoim bogiem zaczyna być przepływ wiedzy ze zwoju na zwój, przetrysk informacji pomiędzy zwitkami!). to naprawdę groźna rzecz: język rozdwaja, myśli miele, dla wartości jest jak shaker. ...albo nie, czekaj. zamiast wyrzucać daj mi na urodziny. tylko zapakuj ładnie, najlepiej owiń zatłuszczoną gazetą, czy papierem śniadaniowym nie pierwszej świeżości.
  2. pojechałem ze Zdzichem do lasu, by zabrać drewno ze ściętych jeszcze w ubiegłym roku drzew. w pewnym momencie dało się słyszeć płaczliwe "wołanie". lamentowały lisiątka albo jakiś ptak (nie znam się, choć od zawsze mieszkam na wsi). mało istotne. sąsiad kroił piłą drewniane trupy, a ja pod wpływem jękliwych zawodzeń poczułem (dosyć irracjonalną) potrzebę wywołania z gęstwiny... chłopca, którego tam nie ma, bo i jakimże sposobem miałby być, kilkulatka w garniturku, kamizeleczce, zjawki płci męskiej mającej bladą twarzyczkę, rączkach, bielma na oczach. – chodź – zacząłem powtarzać w myślach wiedząc, że sam nigdy nie zostanę tak wywoływany, chodź, pobawimy się w obdarowywanie. biel, którą się podzielisz, będzie dla mnie kwintesencją sztuki czarnej. ależ rysunek powstanie na powierzchni miedzi, którą w sobie przechowuję!
  3. nadchodzącej nocy będzie dzikość, wezbrą potoki materii ożywionej, jak i tej od zawsze martwej: ruszą z posad ałycze, posągi, dawno temu opuszczony dom-zapleśnialec, podźwigną się kamienice, głazy o wyjątkowo twardych stopach, szafiry, pokrzywa i nadajnik telefonii komórkowej. cały ten ogrom przesączy się przez mój język, w tańcu-wirowańcu przepłynie bezskładnie, by znaleźć miejsce w Ukojeniu (nieobeznanym nadmienię, że Ukojenie jest kobietą, więc zakorzenienie w nim nie skończy się inaczej, niż wspaniałościami). nakręcona kluczykiem krokmaszyna o silniku krokowym zadepcze ślady kamulców, mobilnych podmurówek, korzeni. ogarnie mnie błogość, gdy wymówię w myślach wyraz zapadlisko. w tym obłaskawionym słowie będą serduszka, cekiny, łagodna zatrata.
  4. @EsKalisia Dziękuję i również pozdrawiam. No, coś w ten deseń, jeśli chodzi o interpretacje :)
  5. skłamię ci, że byłem kiedyś w restauracji, gdzie do kotleta przygrywał zespół The Zmarłers i w miarę słuchania zacząłem sobie wkręcać, że cały band stanowią zombiaki, roić, że żywi truposze trzymają gitary, grają na keyboardzie i perkusji. Zmarłersi byli jak najbardziej z niezepsutego mięsa, czego jednak nie chciałem dostrzec, siwiejąc w oczach, przerażony z płaczem opuściłem lokal. zmyślę ci też historyjkę o lekko świrniętej babci, która często opowiadała mi na dobranoc o tajemniczej krainie cudów, do której wroteńka są ukryte pod obcasem jednego z przechodniów. którego? moja w tym głowa, by szukać, zadzierać nogi mijanych ludzi, podnosić im niespodziewanie stopy, odrywać fleki, szarpać za podeszwy (ileż to kopniaków dostałem przez wiarę w gawędzenia pomylonej!)! a potem minus sczepi się z drugim minusem i ujrzysz mnie w światełku prawdy, bez ściem, majaczysk. już niezaciemnialnego.
  6. @Sekrett Dziękuję a czytanie i interpretację.
  7. zwróciłaś mi uwagę, kochanie, że nawet w wierszach miłosnych – mrok, którego nie mogę/nie chciałbym się wyzbyć. masz całkowitą rację. ale pójdę dziś w głębsze draństwa, grotechę i kuriozalność, stworzę coś nie o nas: zalążek bajki o post-parze, jaką są... ślady po rozkładzie zwłok, ludzkie kontury wżarte w klepki parkietów. Romeo i Julia z tego samego bloku. para samotnych staruszków, którzy nie lubili się za życia. zmarli w krótkim odstępie czasu. trochę minęło, nim ich znaleziono. on gnił na trzecim piętrze, ona dekomponowała się na parterze. zabrano ciała. jeszcze nie weszły ekipy sprzątające. patrz: oni spieszą się z czułością, obejmują się w swoistej podprzestrzeni, tyleż brzydkiej, co mistycznej kraince. czas nagli, trzeba nacieszyć się sobą, póki nie ma panów w białych kombinezonach. turpizm? raczej bajka o jo-jo, drogocennym, bo z litego mięsa, po którym, gdy się urwie, nie będzie potrzeby płakać, obwiąże się tylko gałki oczne gałązkami jałowca, tak, by było cierniowo.
  8. @Poet Ka Dziękuję serdecznie za tak miłe słowa. @aff Dziękuję i również pozdrawiam.
  9. o, jaki cudak: panujący, choć małpolud! gdyby korona rosła mu do wewnątrz czaszki – może kłując pobudzałaby szare komórki do działania. a tak – słowotok i przeskoki, szarpanina przerywanym ściegiem, myśl niczym kamyczek. puszczanie kaczek po chłodnej tafli. niewiele potrzeba, by naprawić. wystarczy odrobina czułości będąca jak kreska na środku talerzyka i banknot, by mógł ją wciągnąć, rozjaśniony poznał istotę własnych pragnień, chciejstw, fetyszyzmów. jednak nawet tego brakuje. wiem! poczytaj mu literaturę. na głos i mało wyraźnie, by zarysy się zlewały. pewnie spodoba mu się crossoverowy fragment o Podstolinie włażącej na Telimenę, słowa cętkowane, kręte. naucz go zafałszowanej sztuki, wersji kolażowych. niech jeszcze bardziej zmarnieje, podtraci się usiłując chwytać rozjazdy, przepływy, rozchylające się brzegi okładek. ...jeny, wyczuł, że o nim mówię, chyba zaraz zlezie z tronu! nie znasz, w głowie ci się nie pomieści, do czego może być zdolny! nie daj się zwieść – pomimo lichej postury – to bydlę, co gryzie i brda, uciekaj!
  10. ileż to już wymyślono silników i pojazdów napędzanych światłem księżyca! choć przyznaję, nie spotkałem się z żadną baśnią, kreskówką, komiksem, gdzie występowałoby takie cudo, domyślam się, że jest ono, poniewiera się po ludzkich wyobraźniach od dziesiątków, jeśli nie setek lat! mój osobisty selenomotor wprawia w ruch machinę latającą i przytroczony do niej reflektor wielkiej mocy. płynę w powietrzu, nad krajobrazem. jest noc, więc widać wyraźniej: ten przejmujący zgrozą hrabia, co mieszka na wzgórzu i którego powszechnie posądza się o wampiryzm, w rzeczywistości dorabia jako podsupermarketowy żul-upraszacz o drobne (ogrzewanie zamczyska kosztuje że ho ho, tyle tam komnat, grube mury), poczciwcy nauczyli się mówić językiem spustowym i przeklinają innych całymi seriami, czupurniacy kryją w sobie flauszowe misie. dostrzegam paradoksy: łagodność zamkniętą w szkatułce z napisem "Nie otwierać, drakońskie", wszystkoślepe oczy jednego myśliciela i drugiego, który usiłuje wpatrywać się protezą, bezsens tych prób, widzę roztkliwianie się nad losem ryb głębinowych, które nie zdają sobie sprawy, jak naprawdę wygląda świat, nie wiedzą nic o sondach kosmicznych, istnieniu ludzi, o Burdż Chalifie i religiach, grafficiarzy pstrzących maziajami ściany jaskini platońskiej, miasta odłożone na lepsze czasy. – jakie to brzydkie! – wyskakuję w ciemność. machina leci nie sterowana przez nikogo, roztrzaskuje się tuż przed wschodem słońca.
  11. radość z bycia skończonością: spryskany wodą toaletową Petrichor przyjmuję kolor ziemi i pachnę jak ona. mechanicy nieb ciągle nie mogą znaleźć usterki, fatalnie działająca slowmotioneria wypluwa jedną postać po drugiej, generuje rozbawione smoki, święte panny w słonecznych otokach (na szczęście każda ma twoją twarz, kochanie!). jeśli dobrze zamarzyć – wszystkie lustra okażą się urządzeniami działającymi na prąd, będą wyświetlać tylko słodką buzię mojego skarbu chcę być padłym na kolana nabożnisiem (i lizu, i lizu!), igłą w twoim krwiobiegu, która bezustannie płynie w stronę serca by musnąć, a nie spowodować śmierć.
  12. @Poet Ka Dziękuję!
  13. dolce far niente z piłą rozpłatnicą w dłoni. era odrzynania realności! czego nie jesteś w stanie sprawdzić na smak, to doimaginujesz! przeciągam się, rozprostowuję nogi, skrzydła, inne kończyny. wszelka aktywność zaczyna się jawić jako misconduct pogrzebowy, potupajka w rojowisku (didżej podpiął swoje ciało do konsolety, razi go prąd, a dyskotekowicze odbierają to jako muzykę trance). przyjemnie odurzać się samą tylko labą, co nie? i czuć rozkoszne mrowienie, gdy niewidzialne szorowadło zdziera skorupkę, pozbawia twardych osadów.
  14. palcami – w głąb śladu ukłucia. i przesuwam ku dołowi (uczucie, jakby głaskało się chropowaciznę kory). drzewo jest umowne i rośnie na płaskowzgórzu, pod którym rozciąga się sieć kanałów przełazowych, co wiodą z materii na przestrzał, po dzikich skrótach. ambiwertycznie tam: trochę z krzykiem, nieco poniżej słyszalnych tonów (ileż odczytasz w tym znaczeń, Skarbie! a w każdym będziesz mogła się zatracić!). opuszki blaszannieją i staję się niewidomym wiertaczem. paluchami – w głąb języka, niech zwinie się w rulon! – robię dziecinnie obraźliwy grymas w kierunku każdego, kto chce, by skończyło się meandrowanie, dróżki biegły jedynie prosto.
  15. @Poet Ka Dziękuję za tak wielkie słowa uznania. Nic nie źle :)@Proszalny Cieszę się :)
  16. Czesław Miłosz zmartwychwstał, aby zachwycać się twórczością Anouk Herman. a w bliższej okolicy nastąpił inny cud: obudził się Argus Panoptes, mityczny stwór o setce oczu. mrugnęło co drugie, pięćdziesiątym trzecim i jedenastym łypnął w moim kierunku. poczułem lekkie, wręcz łagodne gnijanie. spojrzeńsko wpłynęło na każdy z moich czasów, dekomponowałem się nieco w tym, co minione, w teraźniejszości, podtrupiała też przyszłość. wysnuwająca się z oczu przędza była wilgotna i owijany nią skuliłem się, zacząłem udawać sen (trzeba mieć nieliche zdolności aktorskie, by to się udało!). tak: nie zapadłem, a począłem odgrywać rolę snu. za oknem i w telewizorze przechodziły nawałnice, powstał, to z hukiem rozwiązano PolPartLit, w nowej epoce (i kolejnej, i następnej) nikt już nie myślał o reaktywacji Polskiej Partii Literatów. a ja się doskonaliłem w zgrywaniu marzenia sennego. a ja poczciwie przeistaczałem się w chmurę.
  17. @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję i również pozdrawiam.@Poet Ka Dziękuję. Bombowo!
  18. mijam rozkrzyczany znak: Chroń las przed pożarem. od razu – myśl: a jakby odwrócić znaczenie, bezceremonialnie wywinąć podszewką na wierzch? przed czym można ochronić pożar? przed tłumicami, wszelką statecznością, spokojem, mdłym biegiem dnia powszedniego. a co dałoby się ochronić pożarem? łe, zaraz przychodzą na myśl psychopatusy podkładające ogień w domu, byleby nie zostawić majątku byłej żonie, wierzycielom. a nie chodzi o tego typu zbydlęcenie. trzeba więc dopompować artyzmu! wchodzę do wnętrza. oto całe zło i, przede wszystkim, nieudolność, są zjadane, gorąca zgroza miele razem z powietrzem depresję i chęci ucieczki. tę – aby coś przeżyć i ucieczkę w nieprzeżywanie. utlenia się i zmienia w popiół każdy mój zły czas, stwórca spuścił na głowę magiczną kulę, która stłukła się i wylał z niej Eden. stoję w kwiatkach i pokryty skrzydłami. jest ich za dużo, wyrastają nawet z nozdrzy. granit zastępuje lastryko. uśmiecham się jak przygłup.
  19. @Proszalny Rozumiem.
  20. @Proszalny Dziękuję za tak cudowne słowa! Pozdrawiam piszącego, Mamę i (zwłaszcza) Kota. Sam jestem kociarzem nieuleczalnym :) @Florian Konrad A jeśli o moją mamę chodziło, to zmarła w 2011 r.
  21. Idyllęta nie chodzi o oszustwo, mitomanię, czy dziecięcą skłonność do fantazjowania. ta kreacja-konfabulacja nie ma w sobie nic z afirmowania zbawiennych mocy wyobraźni, jej sił stwórczych. co więc chcę przekazać? drabinę w moim domu, wiodącą na strych. widzisz, jak pusto? ładnie wysprzątałem, zabawki, ubrania po zmarłych, czarno-biały telewizor, dziesiątki innych, mniejszych i większych śladów dawno zamkniętego czasu poszły na wycieczkę w ogień, lub na śmietnik. zostały dwa worki z doniczkami. za życia mamy w domu było pełno kwiatów. teraz też są, ale kaktusy, a to nie to samo. kaktusy – prawdziwy metal, Gorgoroth pośród roślin. patrz tu: peerelowskie ceramidło. jest z gliny i absolutnie pozbawione cech drapieżności. proponuję ci zabawę: wyobraź sobie, że na tej, od dawna nieużywanej doniczce zasadza się wielki świat, jest ona esencją przygód, pełni życia! tą, wyekspediowaną lata temu na strych doniczką, wygrywa się wojny, podbija księstwa! patrzysz na nią i jesteś bon vivantem i/albo macho, do tego – miliarderem ze szlacheckiego rodu, Sławoszem Bondem-Poniatowskim, lecisz z nią, na niej, w niej i dzięki niej w kosmos, odzierasz z życiorysu Aleksandra Dobę, Brada Pitta, Johnny'ego Deppa, dzięki doniczce wynajdujesz lek na wszelkie rodzaje raka, więcej – stwarzasz panaceum, kamulec filozoficzny, podrywasz każdą kobietę (czy mężczyznę, whatever), pusta skorupa z czasów Polski Ludowej zapewnia ci niekończącą się sławę, bogactwo nie do ogarnięcia rozumem i rozum właśnie. doniczka – byle co podniesione do rangi cudu, banał w koronie? raczej szukanie okazji, by być. dopatrywanie się nieistniejących zórz na zasnutym chmurami niebie. grzebanie palcami we własnym mięsie, niby w niecce z pulpą tuż po świniobiciu, by znaleźć drugi endoszkielet, ten, o którym milczą podręczniki anatomii. polowanie (czy mające w sobie coś z kłusownictwa?) z siatką na urwisujące w leśnych gęstwinach, ukryte w trawie i za meblami dzieciaki, którymi byliśmy. odgruzowywanie bajek.
  22. żart, sobie na 40. urodziny, a'la The Curse of Millhaven dosyć wcześnie przylgnęła do niego ta, jakże adekwatna, ksywka. już we wczesnej podstawówce dostrzeżono, że jest pośród rówieśników niczym pojazd ze Zwickau na tle współczesnych aut. zaiste jest takim pociesznym i wyłupiastookim wyrobem z tworzywa sztucznego, ospałym i budzącym współczucie, uśmiech politowania, niedopieczonym, średnio dogotowanym ludkiem o bladej skórze, czole wiecznie zroszonym potem, o krzywych zębach. bije od niego umysłowa nieporadność i skrajne niewydarzenie, choć, co może dziwić, bo nie jest on typem geeka, uczył się najlepiej w klasie. typowy beciak, safanduła, przegryw, który, gdyby urodził się w Stanach Zjednoczonych, pewnie, nie wytrzymując szykan, dałby upust przez lata tłamszonym uczuciom i odwiedził szkołę z bronią, stał się jednym z naśladowców Erica Harrisa i Dylana Klebolda. ale tu jest Polska, tutaj mógłby co najwyżej wparować z wiatrówką, albo, co bardziej prawdopodobne, strzelić – ale samobója w ciemnym kącie pokoju, lesie, czy brudnej piwnicy. frustracja rosła, balon incelstwa pęczniał, podobnie, jak sam Trabanciuch. aż wreszcie trzasnęła żyłka pod kopułą i poszedł nasz bohater na dyskotekę. bez koszulki, świecić skórą koloru przejrzałej margaryny, półtuszami litego sadła i broczyć krwią. bo pociął się na środku densfloru okrutnie, przemyconym w nogawce nożem myśliwskim, pokroił z wprawą godną rzeźnika, z sadystyczną zapamiętałością. pisk dziewczyn, krople, strugi, wulgaryzmy, koniec tańca. obezwładnienie, karetka, szwy. i szpital, gdzie przebywa do dziś nasz bohater, którego bagienny ognik zapełgał raz, na chwilę (wystarczyło!). tabletki ponoć pomagają, olej miesza się z benzyną we właściwych proporcjach, prawie nie widać pęknięć duroplastu. tylko te myśli jak papier ścierny, w których Ferrari zderza się czołowo z Porsche, nie chcą minąć.
  23. @Nata_Kruk Dziękuję!@andrew Dziękuję i również pozdrawiam serdeczniasto.
  24. coś z wycugleń: lot. nad szałasowiskami, chatostwem zamieszkiwanym przez wcześniejszą odmianę (osobnicy troszeńkę abiotrofijni mózgowo, przejawiający małpoludność, choć w garniturach i spryskani kolońskim denaturaciwem). coś z łagodności: rozherbianie. każdemu, kto próbuje być wyniosły, nakazuję wycięcie na plecach, torsie i pośladkach, tarczy z rodzinnym logiem. nikt nie ma ochoty, wszyscy stają się nagle niedosiedleni, mało związani ze stanem. nawet: skupienia. coś z wrośnięć: Ганжук. moje nazwisko w nietutejszym zapisie, obcej mowie, a więc niejako stojące parę kroków dalej, poza granicą, a ja – wniżający się, schodek po schodku, łagodniejący z każdym metrem. choć czasami – jak dom posadowiony na mrowisku, którego ściany podparte są pszczelim rojem, dach – zawieszony na kluczu żurawi. coś z kojącej dzikości: zatracenie się. prosto w ciebie, w tobie, w głąb i poniżej. nigdy ponad. całujesz i prostuje mi się język, nie jest już pełen kłaków, emfazy poprzednich zwrotek. z neologizmów zostaje jedynie cienka nić, na której pociesznie dynda, zwinięte w pączek, jeszcze nierozkwitłe słówko.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...