w rodzinie była ostatnią na którą spojrzeli
święci pojawiła się w 1999 roku jako chora
psychicznie dwunastolatka pisząca pamiętnik
kiedy miała szesnaście lat filmowałem jak
wyciąga gumę z majtek i zbiera sobie przed
lustrem włosy w długi emocjonalny kitek
w hotelu miracle wyciąga ze ściany suszarkę
i uruchamia ekspres do kawy potem
wychodzi do lekarza wyciąga ołówek i pisze
na drzwiach closed wyraźnie mówi do portiera
że nie wróci już na noc bo lekarz ma edytor
tekstu na tym kończy się scena w budynku
karolina przechodzi przed napisem don't walk
uśmiecha się macha ręką w kadrze widać też
psa i smutnego mężczyznę który patrzy na bose
łapy psa karolina powoli przechodzi coś mówi
do mężczyzny który wyciąga rękę próbując
złapać ją za śmieszny kitek wtedy powietrze
pęka jak grafit w źle zatemperowanym ołówku
Koniec zwiedzania na dziś
on orang hutan i ja
istota dua kaki
spojrzeliśmy sobie w twarz
Almayer's Folly
biały człowiek i opium
jego dom w dżungli
Dwóch procent w genomie brak
by w łóżku leżeć na wznak
I choćbyśmy grały te same akordy,
zawsze będzie pół tonu różnicy.
Może moje pianino jest rozstrojone,
a może Ty nie grasz dla mnie,
kiedy ja komponuję jedynie dla ciebie.
Być albo nie być – kwestia najważniejsza:
Czy szlachetniejszym jest cierpliwie znosić
Strzały i pociski straszliwego losu,
Czy też za broń chwycić przeciw smutków morzu
I, stając w szranki, im kres położyć? Umrzeć – śnić;
Nic więcej: snem światu ogłosić, że kładziemy koniec
Serca rozterkom albo życia ciosom,
Które ciało niesie: oto jest spełnienie,
Którego wszech winien żądać.
Umrzeć – spać; Śnić nawet może... –
Lecz niepewność drąży:
W tym śnie zatraty, jakie sny nadejdą,
Gdy zrzucimy z siebie powłokę śmiertelną?
Czasu na namysł nam trzeba – oto ów szacunek,
Co czyni z bytu długiego – nieszczęście:
Bo czemu cierpieć nam czasu bicze i obelgi,
Ciemiężcy razy, ludzi dumnych wzgardę,
Ból niespełnionej miłości, z praw kpinę,
Urzędów bezwstydne, zuchwałe szyderstwa,
Które cierpliwi od niegodnych znoszą,
Jeślibyśmy wreszcie spokój mogli znaleźć
W ostrzu sztyletu? Kto znosiłby trudy,
Znoił się i pocił pod życia ciężarem,
Gdyby nie lęk przed tym, co ze śmiercią przyjdzie –
Niezbadanym krajem, z którego porządków
Żaden człek nie wraca – ono mrozi zamysł,
Sprawia, że dorzeczniej nam znieść takie ciosy,
Niż zbiec ku innym, których wciąż nie znamy?
To ta świadomość nas czyni tchórzami,
To tak radosny rumieniec zamiarów
Skrywa chorobliwy, blady nalot myśli,
A przedsięwzięcia wiekopomnej miary
Zmieniają nurtu bieg pod tym naporem
I zrzekają się prawa do miana - działania.
Km