Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Lenore Grey

Lenore Grey

 

 

 

 

 

Wspomnienie to znam już na pamięć; przez lata jego różne wersje łączyły się ze sobą, jak łączy się mgła, i teraz nie sposób już stwierdzić, co wydarzyło się naprawdę.

   Przyjmijmy zatem, że mieliśmy wczesną wiosnę, kiedy dni są już dłuższe i jasne, lecz drzewa nie wypuszczają jeszcze liści. Ciocia ubrała mnie ciepło i poszliśmy do miasta, odwiedzić jakichś ludzi z dzieckiem.

   Zapamiętałem różowe skarpetki tego stworzenia, jego zaślinione rączki, i głowę, która ciążyła mu bardziej niż ciąży dorosłym. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy był to chłopiec, czy dziewczynka. Z pewnością dlatego, że, mimo przewidywań ciotki — osóbki skurczonej w sobie i ciepłej — bardziej niż dziecko, zajął mnie chłopak, który się nim opiekował. Nawet kiedy trzymał je na kolanach, miałem wrażenie, że oto stoję na ulicy i patrzę na niego przez szklaną ścianę. 

   Szybko zapadł zmrok i musieliśmy już wracać.

   Trzymając ciotkę za gorącą i suchą rękę, wciąż miałem go przed oczami. Był niewątpliwie przystojny; raczej miotał spojrzenia, niźli patrzył; a jednak wszystko, na co padł jego wzrok, stawało się tak rozkosznie bezosobowe jak ciemniejąca, pusta ulica. Że też dziecko, spędzając z nim tak wiele czasu, nie straciło, i tak jeszcze nie wykształconych, rysów twarzy!

   Zapalały się lampy i wiatr przybrał na sile. Naszą drogę znaczyły liczne kałuże, z których nie zdawałem sobie sprawy — przemoczyłem skarpetki. Ciotka szła kilka kroków przede mną. Co jakiś czas odwracała się do mnie, za każdym razem sprawiając wrażenie troszkę zaskoczonej na mój widok.

   — I jak? — zapytała nagle. Tym razem się nie odwróciła. 

   Znów wszedłem w kałużę.

   — Co?

   — Jak podobał ci się dzidziuś?

   — Był w porządku. — Podrapałem się po nosie. — Ciociu, a czy tutaj straszy?

    Po obu stronach drogi stały domki i pozamykane bramy. Z któregoś ogrodu dobiegał dźwięk dzwonków wietrznych.

   — Nie. Skąd ten pomysł, co?

   Kiedyś też będę miał w ogrodzie takie dzwonki — pomyślałem — będą grały mi w nocy i kiedy śpiewają ptaki.

   W tym miejscu, w każdej wersji wspomnienia, widnieje biała plama — widać: ktoś złapał dzwonki. I nagle stoję tam, kilka kroków za ciotką, a białą, zawiązaną luźno wokół mojej szyi chustkę porywa wiatr i niesie ją hen, hen — aż przykryje rozpadające się, urojone zwłoki.

 

 

 

 

 

Lenore Grey

Lenore Grey

 

 

 

 

 

Wspomnienie to znam już na pamięć; przez lata jego różne wersje łączyły się ze sobą, jak łączy się mgła, i teraz nie sposób już stwierdzić, co wydarzyło się naprawdę.

   Przyjmijmy zatem, że mieliśmy wczesną wiosnę, kiedy dni są już dłuższe i jasne, lecz drzewa nie wypuszczają jeszcze liści. Ciocia ubrała mnie ciepło i poszliśmy do miasta, odwiedzić jakichś ludzi z dzieckiem.

   Zapamiętałem różowe skarpetki tego stworzenia, jego zaślinione rączki, i głowę, która ciążyła mu bardziej niż ciąży dorosłym. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy był to chłopiec, czy dziewczynka. Z pewnością dlatego, że, mimo przewidywań ciotki — osóbki skurczonej w sobie i ciepłej — bardziej niż dziecko, zajął mnie chłopak, który się nim opiekował. Nawet kiedy trzymał je na kolanach, miałem wrażenie, że oto stoję na ulicy i patrzę na niego przez szklaną ścianę. 

   Szybko zapadł zmrok i musieliśmy już wracać.

   Trzymając ciotkę za gorącą i suchą rękę, wciąż miałem go przed oczami. Był niewątpliwie przystojny; raczej miotał spojrzenia, niźli patrzył; a jednak wszystko, na co padł jego wzrok, stawało się tak rozkosznie bezosobowe jak ciemniejąca, pusta ulica. Że też dziecko, spędzając z nim tak wiele czasu, nie straciło, i tak jeszcze nie wykształconych, rysów twarzy!

   Zapalały się lampy i wiatr przybrał na sile. Naszą drogę znaczyły liczne kałuże, z których nie zdawałem sobie sprawy — przemoczyłem skarpetki. Ciotka szła kilka kroków przede mną. Co jakiś czas odwracała się do mnie, za każdym razem sprawiając wrażenie troszkę zaskoczonej na mój widok.

   — I jak? — zapytała nagle. Tym razem się nie odwróciła. 

   Znów wszedłem w kałużę.

   — Co?

   — Jak podobał ci się dzidziuś?

   — Było w porządku. — Podrapałem się po nosie. — Ciociu, a czy tutaj straszy?

    Po obu stronach drogi stały domki i pozamykane bramy. Z któregoś ogrodu dobiegał dźwięk dzwonków wietrznych.

   — Nie. Skąd ten pomysł, co?

   Kiedyś też będę miał w ogrodzie takie dzwonki — pomyślałem — będą grały mi w nocy i kiedy śpiewają ptaki.

   W tym miejscu, w każdej wersji wspomnienia, widnieje biała plama — widać: ktoś złapał dzwonki. I nagle stoję tam, kilka kroków za ciotką, a białą, zawiązaną luźno wokół mojej szyi chustkę porywa wiatr i niesie ją hen, hen — aż przykryje rozpadające się, urojone zwłoki.

 

 

 

 

 

Lenore Grey

Lenore Grey

 

 

 

 

 

Wspomnienie to znam już na pamięć; przez lata jego różne wersje łączyły się ze sobą, jak łączy się mgła, i teraz nie sposób już stwierdzić, co wydarzyło się naprawdę.

   Przyjmijmy zatem, że mieliśmy wczesną wiosnę, kiedy dni są już dłuższe i jasne, lecz drzewa nie wypuszczają jeszcze liści. Ciocia ubrała mnie ciepło i poszliśmy do miasta, odwiedzić jakichś ludzi z dzieckiem.

   Zapamiętałem różowe skarpetki tego stworzenia, jego zaślinione rączki, i głowę, która ciążyła mu bardziej niż ciąży dorosłym. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy był to chłopiec, czy dziewczynka. Z pewnością dlatego, że, mimo przewidywań ciotki — osóbki skurczonej w sobie i ciepłej — bardziej niż dziecko, zajął mnie chłopak, który się nim opiekował. Nawet kiedy trzymał je na kolanach, miałem wrażenie, że oto stoję na ulicy i patrzę na niego przez szklaną ścianę. 

   Szybko zapadł zmrok i musieliśmy już wracać.

   Trzymając ciotkę za gorącą i suchą rękę, wciąż miałem go przed oczami. Był niewątpliwie przystojny; raczej miotał spojrzenia, niźli patrzył; a jednak wszystko, na co padł jego wzrok, stawało się tak rozkosznie bezosobowe jak ciemniejąca, pusta ulica. Że też dziecko, spędzając z nim tak wiele czasu, nie straciło, i tak jeszcze nie wykształconych, rysów twarzy!

   Zapalały się lampy i wiatr przybrał na sile. Naszą drogę znaczyły liczne kałuże, z których nie zdawałem sobie sprawy — przemoczyłem skarpetki. Ciotka szła kilka kroków przede mną. Co jakiś czas odwracała się do mnie, za każdym razem sprawiając wrażenie troszkę zaskoczonej na mój widok.

   — I jak? — zapytała nagle. Tym razem się nie odwróciła. 

   Znów wszedłem w kałużę.

   — Co?

   — Jak podobało ci się dziecko?

   — Było w porządku. — Podrapałem się po nosie. — Ciociu, a czy tutaj straszy?

    Po obu stronach drogi stały domki i pozamykane bramy. Z któregoś ogrodu dobiegał dźwięk dzwonków wietrznych.

   — Nie. Skąd ten pomysł, co?

   Kiedyś też będę miał w ogrodzie takie dzwonki — pomyślałem — będą grały mi w nocy i kiedy śpiewają ptaki.

   W tym miejscu, w każdej wersji wspomnienia, widnieje biała plama — widać: ktoś złapał dzwonki. I nagle stoję tam, kilka kroków za ciotką, a białą, zawiązaną luźno wokół mojej szyi chustkę porywa wiatr i niesie ją hen, hen — aż przykryje rozpadające się, urojone zwłoki.

 

 

 

 

 

Lenore Grey

Lenore Grey

 

 

 

 

 

Wspomnienie to znam już na pamięć; przez lata jego różne wersje łączyły się ze sobą, jak łączy się mgła, i teraz nie sposób już stwierdzić, co wydarzyło się naprawdę.

   Przyjmijmy zatem, że mieliśmy wczesną wiosnę, kiedy dni są już dłuższe i jasne, lecz drzewa nie wypuszczają jeszcze liści. Ciocia ubrała mnie ciepło i poszliśmy do miasta, odwiedzić jakichś ludzi z dzieckiem.

   Zapamiętałem różowe skarpetki tego stworzenia, jego zaślinione rączki, i głowę, która ciążyła mu bardziej niż ciąży dorosłym. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy był to chłopiec, czy dziewczynka. Z pewnością dlatego, że, mimo przewidywań ciotki — osóbki skurczonej w sobie i ciepłej — bardziej niż dziecko, zajął mnie chłopak, który się nim opiekował. Nawet kiedy trzymał je na kolanach, miałem wrażenie, że oto stoję na ulicy i patrzę na niego przez szklaną ścianę. 

   Szybko zapadł zmrok i musieliśmy już wracać.

   Trzymając ciotkę za gorącą i suchą rękę, wciąż miałem go przed oczami. Był niewątpliwie przystojny; raczej miotał spojrzenia, niźli patrzył; a jednak wszystko, na co padł jego wzrok, stawało się tak rozkosznie bezosobowe jak ciemniejąca, pusta ulica. Że też dziecko, spędzając z nim tak wiele czasu, nie straciło i tak jeszcze nie wykształconych rysów twarzy!

   Zapalały się lampy i wiatr przybrał na sile. Naszą drogę znaczyły liczne kałuże, z których nie zdawałem sobie sprawy — przemoczyłem skarpetki. Ciotka szła kilka kroków przede mną. Co jakiś czas odwracała się do mnie, za każdym razem sprawiając wrażenie troszkę zaskoczonej na mój widok.

   — I jak? — zapytała nagle. Tym razem się nie odwróciła. 

   Znów wszedłem w kałużę.

   — Co?

   — Jak podobało ci się dziecko?

   — Było w porządku. — Podrapałem się po nosie. — Ciociu, a czy tutaj straszy?

    Po obu stronach drogi stały domki i pozamykane bramy. Z któregoś ogrodu dobiegał dźwięk dzwonków wietrznych.

   — Nie. Skąd ten pomysł, co?

   Kiedyś też będę miał w ogrodzie takie dzwonki — pomyślałem — będą grały mi w nocy i kiedy śpiewają ptaki.

   W tym miejscu, w każdej wersji wspomnienia, widnieje biała plama — widać: ktoś złapał dzwonki. I nagle stoję tam, kilka kroków za ciotką, a białą, zawiązaną luźno wokół mojej szyi chustkę porywa wiatr i niesie ją hen, hen — aż przykryje rozpadające się, urojone zwłoki.

 

 

 

 

 

Lenore Grey

Lenore Grey

 

 

 

 

 

Wspomnienie to znam już na pamięć; przez lata jego różne wersje łączyły się ze sobą, jak łączy się mgła, i teraz nie sposób już stwierdzić, co wydarzyło się naprawdę.

   Przyjmijmy zatem, że mieliśmy wczesną wiosnę, kiedy dni są już dłuższe i jasne, lecz drzewa nie wypuszczają jeszcze liści. 

Ciocia ubrała mnie ciepło i poszliśmy do miasta, odwiedzić jakichś ludzi z dzieckiem.

   Zapamiętałem różowe skarpetki tego stworzenia, jego zaślinione rączki, i głowę, która ciążyła mu bardziej niż ciąży dorosłym. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy był to chłopiec, czy dziewczynka. Z pewnością dlatego, że, mimo przewidywań ciotki — osóbki skurczonej w sobie i ciepłej — bardziej niż dziecko, zajął mnie chłopak, który się nim opiekował. Nawet kiedy trzymał je na kolanach, miałem wrażenie, że oto stoję na ulicy i patrzę na niego przez szklaną ścianę. 

   Szybko zapadł zmrok i musieliśmy już wracać.

   Trzymając ciotkę za gorącą i suchą rękę, wciąż miałem go przed oczami. Był niewątpliwie przystojny; raczej miotał spojrzenia, niźli patrzył; a jednak wszystko, na co padł jego wzrok, stawało się tak rozkosznie bezosobowe jak ciemniejąca, pusta ulica. Że też dziecko nie straciło i tak jeszcze nie wykształconych rysów twarzy!

   Zapalały się lampy i wiatr przybrał na sile. Naszą drogę znaczyły liczne kałuże, z których nie zdawałem sobie sprawy — przemoczyłem skarpetki. Ciotka szła kilka kroków przede mną. Co jakiś czas odwracała się do mnie, za każdym razem sprawiając wrażenie troszkę zaskoczonej na mój widok.

   — I jak? — zapytała nagle. Tym razem się nie odwróciła. 

   Znów wszedłem w kałużę.

   — Co?

   — Jak podobało ci się dziecko?

   — Było w porządku. — Podrapałem się po nosie. — Ciociu, a czy tutaj straszy?

    Po obu stronach drogi stały domki i pozamykane bramy. Z któregoś ogrodu dobiegał dźwięk dzwonków wietrznych.

   — Nie. Skąd ten pomysł, co?

   Kiedyś też będę miał w ogrodzie takie dzwonki — pomyślałem — będą grały mi w nocy i kiedy śpiewały ptaki.

   W tym miejscu, w każdej wersji wspomnienia, widnieje biała plama — widać: ktoś złapał dzwonki. I nagle stoję tam, kilka kroków za ciotką, a białą, zawiązaną luźno wokół mojej szyi chustkę porywa wiatr i niesie ją hen, hen — aż przykryje rozpadające się, urojone zwłoki.

 

 

 

 

 

Lenore Grey

Lenore Grey

 

 

 

 

 

Wspomnienie to znam już na pamięć; przez lata jego różne wersje łączyły się ze sobą, jak łączy się mgła, i teraz nie sposób już stwierdzić, co wydarzyło się naprawdę.

   Przyjmijmy zatem, że mieliśmy wczesną wiosnę, kiedy dni są już dłuższe i jasne, lecz drzewa nie wypuszczają jeszcze liści. 

Ciocia ubrała mnie ciepło i poszliśmy do miasta, odwiedzić jakichś ludzi z dzieckiem.

   Zapamiętałem różowe skarpetki tego stworzenia, jego zaślinione rączki, i głowę, która ciążyła mu bardziej niż ciąży dorosłym. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy był to chłopiec, czy dziewczynka. Z pewnością dlatego, że, mimo przewidywań ciotki — osóbki skurczonej w sobie i ciepłej — bardziej niż dziecko, zajął mnie chłopak, który się nim opiekował. Nawet kiedy trzymał je na kolanach, miałem wrażenie, że oto stoję na ulicy i patrzę na niego przez szklaną ścianę. 

   Szybko zapadł zmrok i musieliśmy już wracać.

   Trzymając ciotkę za gorącą i suchą rękę, wciąż miałem go przed oczami. Był niewątpliwie przystojny; raczej miotał spojrzenia, niźli patrzył; a jednak wszystko, na co padł jego wzrok, stawało się tak rozkosznie bezosobowe jak ciemniejąca, pusta ulica. Że też dziecko nie straciło i tak jeszcze nie wykształconych rysów twarzy!

   Zapalały się lampy i wiatr przybrał na sile. Naszą drogę znaczyły liczne kałuże, z których nie zdawałem sobie sprawę — przemoczyłem skarpetki. Ciotka szła kilka kroków przede mną. Co jakiś czas odwracała się do mnie, za każdym razem sprawiając wrażenie troszkę zaskoczonej na mój widok.

   — I jak? — zapytała nagle. Tym razem się nie odwróciła. 

   Znów wszedłem w kałużę.

   — Co?

   — Jak podobało ci się dziecko?

   — Było w porządku. — Podrapałem się po nosie. — Ciociu, a czy tutaj straszy?

    Po obu stronach drogi stały domki i pozamykane bramy. Z któregoś ogrodu dobiegał dźwięk dzwonków wietrznych.

   — Nie. Skąd ten pomysł, co?

   Kiedyś też będę miał w ogrodzie takie dzwonki — pomyślałem — będą grały mi w nocy i kiedy śpiewały ptaki.

   W tym miejscu, w każdej wersji wspomnienia, widnieje biała plama — widać: ktoś złapał dzwonki. I nagle stoję tam, kilka kroków za ciotką, a białą, zawiązaną luźno wokół mojej szyi chustkę porywa wiatr i niesie ją hen, hen — aż przykryje rozpadające się, urojone zwłoki.

 

 

 

 

 

Lenore Grey

Lenore Grey

 

 

 

 

 

Wspomnienie to znam już na pamięć; przez lata jego różne wersje łączyły się ze sobą, jak łączy się mgła, i teraz nie sposób już stwierdzić, co wydarzyło się naprawdę.

   Przyjmijmy zatem, że mieliśmy wczesną wiosnę, kiedy dni są już dłuższe i jasne, lecz drzewa nie wypuszczają jeszcze liści. 

Ciocia ubrała mnie ciepło i poszliśmy do miasta, odwiedzić jakichś ludzi z dzieckiem.

   Zapamiętałem różowe skarpetki tego stworzenia, jego zaślinione rączki, i głowę, która ciążyła mu bardziej niż ciąży dorosłym. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy był to chłopiec, czy dziewczynka. Z pewnością dlatego, że, mimo przewidywań ciotki — osóbki skurczonej w sobie i ciepłej — bardziej niż dziecko, zajął mnie chłopak, który się nim opiekował. Nawet kiedy trzymał je na kolanach, miałem wrażenie, że oto stoję na ulicy i patrzę na niego przez szklaną ścianę. 

   Szybko zapadł zmrok i musieliśmy już wracać.

   Trzymając ciotkę za gorącą i suchą rękę, wciąż miałem go przed oczami. Był niewątpliwie przystojny; raczej miotał spojrzenia, niźli patrzył; a jednak wszystko, na co padł jego wzrok, stawało się tak rozkosznie bezosobowe jak ciemniejąca, pusta ulica. Że też dziecko nie straciło i tak jeszcze nie wykształconych rysów twarzy!

   Zapalały się lampy i wiatr przybrał na sile. Naszą drogę znaczyły liczne kałuże, z których nie zdawałem sobie sprawę — przemoczyłem skarpetki. Ciotka szła kilka kroków przede mną. Co jakiś czas odwracała się do mnie, za każdym razem sprawiając wrażenie troszkę zaskoczonej na mój widok.

   — I jak? — zapytała nagle. Tym razem się nie odwróciła. 

   Znów wszedłem w kałużę.

   — Co?

   — Jak podobało ci się dziecko?

   — Było w porządku. — Poddawałem się po nosie. — Ciociu, a czy tutaj straszy?

    Po obu stronach drogi stały domki i pozamykane bramy. Z któregoś ogrodu dobiegał dźwięk dzwonków wietrznych.

   — Nie. Skąd ten pomysł, co?

   Kiedyś też będę miał w ogrodzie takie dzwonki — pomyślałem — będą grały mi w nocy i kiedy śpiewały ptaki.

   W tym miejscu, w każdej wersji wspomnienia, widnieje biała plama — widać: ktoś złapał dzwonki. I nagle stoję tam, kilka kroków za ciotką, a białą, zawiązaną luźno wokół mojej szyi chustkę porywa wiatr i niesie ją hen, hen — aż przykryje rozpadające się, urojone zwłoki.

 

 

 

 

 

Lenore Grey

Lenore Grey

Wspomnienie to znam już na pamięć; przez lata jego różne wersje łączyły się ze sobą, jak łączy się mgła, i teraz nie sposób już stwierdzić, co wydarzyło się naprawdę.

   Przyjmijmy zatem, że mieliśmy wczesną wiosnę, kiedy dni są już dłuższe i jasne, lecz drzewa nie wypuszczają jeszcze liści. 

Ciocia ubrała mnie ciepło i poszliśmy do miasta, odwiedzić jakichś ludzi z dzieckiem.

   Zapamiętałem różowe skarpetki tego stworzenia, jego zaślinione rączki, i głowę, która ciążyła mu bardziej niż ciąży dorosłym. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy był to chłopiec, czy dziewczynka. Z pewnością dlatego, że, mimo przewidywań ciotki — osóbki skurczonej w sobie i ciepłej — bardziej niż dziecko, zajął mnie chłopak, który się nim opiekował. Nawet kiedy trzymał je na kolanach, miałem wrażenie, że oto stoję na ulicy i patrzę na niego przez szklaną ścianę. 

   Szybko zapadł zmrok i musieliśmy już wracać.

   Trzymając ciotkę za gorącą i suchą rękę, wciąż miałem go przed oczami. Był niewątpliwie przystojny; raczej miotał spojrzenia, niźli patrzył; a jednak wszystko, na co padł jego wzrok, stawało się tak rozkosznie bezosobowe jak ciemniejąca, pusta ulica. Że też dziecko nie straciło i tak jeszcze nie wykształconych rysów twarzy!

   Zapalały się lampy i wiatr przybrał na sile. Naszą drogę znaczyły liczne kałuże, z których nie zdawałem sobie sprawę — przemoczyłem skarpetki. Ciotka szła kilka kroków przede mną. Co jakiś czas odwracała się do mnie, za każdym razem sprawiając wrażenie troszkę zaskoczonej na mój widok.

   — I jak? — zapytała nagle. Tym razem się nie odwróciła. 

   Znów wszedłem w kałużę.

   — Co?

   — Jak podobało ci się dziecko?

   — Było w porządku. — Poddawałem się po nosie. — Ciociu, a czy tutaj straszy?

    Po obu stronach drogi stały domki i pozamykane bramy. Z któregoś ogrodu dobiegał dźwięk dzwonków wietrznych.

   — Nie. Skąd ten pomysł, co?

   Kiedyś też będę miał w ogrodzie takie dzwonki — pomyślałem — będą grały mi w nocy i kiedy śpiewały ptaki.

   W tym miejscu, w każdej wersji wspomnienia, widnieje biała plama — widać: ktoś złapał dzwonki. I nagle stoję tam, kilka kroków za ciotką, a białą, zawiązaną luźno wokół mojej szyi chustkę porywa wiatr i niesie ją hen, hen — aż przykryje rozpadające się, urojone zwłoki.



×
×
  • Dodaj nową pozycję...