Wspomnienie to znam już na pamięć; przez lata jego różne wersje łączyły się ze sobą, jak łączy się mgła, i teraz nie sposób już stwierdzić, co wydarzyło się naprawdę.
Przyjmijmy zatem, że mieliśmy wczesną wiosnę, kiedy dni są już dłuższe i jasne, lecz drzewa nie wypuszczają jeszcze liści. Ciocia ubrała mnie ciepło i poszliśmy do miasta, odwiedzić jakichś ludzi z dzieckiem.
Zapamiętałem różowe skarpetki tego stworzenia, jego zaślinione rączki, i głowę, która ciążyła mu bardziej niż ciąży dorosłym. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy był to chłopiec, czy dziewczynka. Z pewnością dlatego, że, mimo przewidywań ciotki — osóbki skurczonej w sobie i ciepłej — bardziej niż dziecko, zajął mnie chłopak, który się nim opiekował. Nawet kiedy trzymał je na kolanach, miałem wrażenie, że oto stoję na ulicy i patrzę na niego przez szklaną ścianę.
Szybko zapadł zmrok i musieliśmy już wracać.
Trzymając ciotkę za gorącą i suchą rękę, wciąż miałem go przed oczami. Był niewątpliwie przystojny; raczej miotał spojrzenia, niźli patrzył; a jednak wszystko, na co padł jego wzrok, stawało się tak rozkosznie bezosobowe jak ciemniejąca, pusta ulica. Że też dziecko, spędzając z nim tak wiele czasu, nie straciło, i tak jeszcze nie wykształconych, rysów twarzy!
Zapalały się lampy i wiatr przybrał na sile. Naszą drogę znaczyły liczne kałuże, z których nie zdawałem sobie sprawy — przemoczyłem skarpetki. Ciotka szła kilka kroków przede mną. Co jakiś czas odwracała się do mnie, za każdym razem sprawiając wrażenie troszkę zaskoczonej na mój widok.
— I jak? — zapytała nagle. Tym razem się nie odwróciła.
Znów wszedłem w kałużę.
— Co?
— Jak podobał ci się dzidziuś?
— Był w porządku. — Podrapałem się po nosie. — Ciociu, a czy tutaj straszy?
Po obu stronach drogi stały domki i pozamykane bramy. Z któregoś ogrodu dobiegał dźwięk dzwonków wietrznych.
— Nie. Skąd ten pomysł, co?
Kiedyś też będę miał w ogrodzie takie dzwonki — pomyślałem — będą grały mi w nocy i kiedy śpiewają ptaki.
W tym miejscu, w każdej wersji wspomnienia, widnieje biała plama — widać: ktoś złapał dzwonki. I nagle stoję tam, kilka kroków za ciotką, a białą, zawiązaną luźno wokół mojej szyi chustkę porywa wiatr i niesie ją hen, hen — aż przykryje rozpadające się, urojone zwłoki.