Bywam zwyczajny, nieliryczny,
w kiepskim humorze, z ciężką głową;
co mogę - psuję, brnę w kaprysy
i chwytam ciebie wciąż za słowo.
W kuchni przy oknie czasem staję,
patrząc, jak śnieg się w miasto wgryza;
przepijam grzańcem głupie żale,
spleen się rozpycha w moich myślach.
Bywam codzienny i w sprzeczności
z tym, co bym pragnął tobie przyrzec;
bez nimbu, skrzydeł i pozłoty
taki ja - losu niedobitek.
A jednak, kiedy noc zapada,
twoje dobranoc serce grzeje,
otwieram laptop, gaszę światła...
...to mój czas, by podbechtać wenę.
Maleńki kluczyk ściskam w dłoni,
portale baśni nim otwieram,
i składam w wiersz najczulsze strofy,
kochana - przecież wiem, że czekasz.