Księżyc zawsze
ma nieswoją twarz.
Czasem stara się odzyskać rysy,
zgubić ten profil.
Spogląda na mnie z uśmiechem,
mruży któreś oko,
ale brak mu życzliwości.
Targany zazdrością żałuje,
że nie skrył się za wzgórzami
i patrzył,
gdy oddychaliśmy głośniej.
W Weronie...
stoi dom który
nie jest twoim domem
balkon który nie jest
twoim balkonem
nie czeka na
letnie śpiewy
w poświacie miesiąca
byłaś Julią
teraz nie jesteś
byłaś na balkonie
oko błękitu nie było łagodne
a w kawie nie było Norwida
stał dom - dom pobielany
bo dwór to nie był
ani gościniec
ani droga do Werony
jesteś Julią
w negatywie
bo kochasz na stałe
i wciąż jeszcze żyjesz
serce - piosnka Norwida
Żyjemy by kochać
I być kochanym
A potem umieramy
Odchodząc z niczym
Nadzy jak nas
Pan Bóg stworzył
I nie odradzamy się
Może tylko w myślach
Najbliższych nam osób
A zabawa dalej
Gdzieś tam trwa...
Słoik z miodem stoi tam, gdzie go postawiłaś.
Zaschnięta żółta kropla na gwincie –
twój ostatni odcisk palca, którego nie mam śmiałości zetrzeć.
To teraz mój relikwiarz.
W sypialni zapach jest najgorszy:
mieszanka twoich perfum i tej dusznej, słodkawej woni,
którą przyniosłem na swetrze z oddziału.
Nie wietrzę. Boję się, że jak otworzę okno,
to wywieje stąd resztki twojego imienia.
Próbuję czytać, ale litery są jak martwe owady.
W łazience dwie szczoteczki do zębów –
jedna wciąż mokra, druga sucha od tygodnia,
sztywna, jakby skamieniała z przerażenia.
Patrzę na nią i czuję, jak drętwieje mi szczęka.
Nie ma żadnego „ja” ani „to”.
Jest tylko numer autobusu, który zawsze spóźnia się o 18:12,
i fakt, że kupiłem dwa chleby, choć nie mam kogo karmić.
Stoję nad zlewem i kruszę ten nadmiar do kosza,
bo nawet ptaki na parapecie wydają się zbyt głośne,
zbyt żywe, zbyt pewne jutrzejszego ziarna.
Kiedy kładę się spać, przesuwam się na samą krawędź.
Zostawiam ci miejsce.
Zimna połowa materaca jest teraz jedynym dowodem na to,
że kiedykolwiek istniał jakiś porządek świata.
Słucham, jak stygną kaloryfery –
to jedyny dialog, na jaki mnie jeszcze stać.