Krzew przebrany w śnieżne pryzmy
sypał przydrożnym brylantem
dla sań pędzących do domu
Wiatr wyrywa kolory granatu
więzione w konarach gałęzi
kibicuje na przejściach werandzie
Ona skłonna gromadzi ptactwo
żeby głos im nie zastygł na biało
już od wczoraj przysiadły w jej ramach
Dzierży dźwięki odgłosy jak szklanki
i kieliszki na nakrytych stołach
uwieńczone przymarzły do klamki