Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane

Wszystko zaczęło się od progu łazienki,
Gdy w mojej wannie, pośród ciepłej piany,
Ujrzałem Ciebie — nagą i senną,
Zjawę radosną, choć bezimienną.


Zbladłem, lecz serce wyrwało się z klatki,
Bo sny me dotąd bywały tak rzadkie.
Wyszłaś z tej wody, lśniąc kroplami,
Z anielskimi na plecach skrzydłami.

 

Ja, łajdak wierny męskiej naturze,
Zrzuciłem ciuchy w miłosnej wichurze.
Chciałem Cię porwać, dotknąć Twej magii,
Lecz nagle w Tobie zdarzyło się więcej.

 

Druga para skrzydeł wzbiła się w górę —
Anioł Śmierci? Czy sny mam ponure?
Lecz Ty podeszłaś, skrzydła mi dałaś,
Wspólnym lotem oknem zawładnęłaś.

 

Skok w nieznane, w błękitu przestrzenie,
Pod nami zniknęło twarde podziemie.
To był lot w niebie, miłość uskrzydlona,
Ty oszołomiona, ja w Twoich ramionach.


Muskając obłoki, wilgotne jak szept snu,
Skrzydła cięły powietrzne potoki.
W amoku rozkoszy, w tej boskiej zabawie,
Rwąc pióra, tonęliśmy w ekstazie.

Pióro po piórze — aż nastała pustka,
Zamilkły jęki, zadrżały ustka.
Gdy ostatni puch uniósł się w górę,
Runęliśmy z hukiem przez czarną chmurę.


Lecz zamiast na trawę, wpadliśmy z mozołem
Wprost w czarną smołę, pod piekła kościołem.
W tym kretowisku, brudni i lepcy,
Wypełźliśmy z kadzi, choć strach nas krzepił.


Na twardym kamieniu, ze smakiem goryczy,
Gdy mrok nas ogarnął i diabeł zaryczał,
Ty szepnęłaś czule: „Mój miły, mój złoty,
Mam jeszcze na małe harce ochotę”.

 

I gdy tak staliśmy w piekielnym pyle,
Ciesząc się każdą tą grzeszną chwilą,
Nagle głos żony przeciął te mroki:
„Wstawaj, pij wodę z ogórków, na kaca!”.

 

Otwieram oczy — świat wiruje wściekle,
A było tak bosko, choć skończyło w piekle.
Zamiast anielic — żona z miednicą,
Zamiast skrzydeł — kołdra pod potylicą.


Próżno na plecach szukać mi puchu,
Został tylko kwas i burczenie w brzuchu.
Wczoraj skrzydła, lot i niebo w pakiecie,
Dziś — negocjacje z podłogą w toalecie.

Wszystko zaczęło się od progu łazienki,
Gdy w mojej wannie, pośród ciepłej piany,
Ujrzałem Ciebie — nagą i senną,
Zjawę radosną, choć bezimienną.


Zbladłem, lecz serce wyrwało się z klatki,
Bo sny me dotąd bywały tak rzadkie.
Wyszłaś z tej wody, lśniąc kroplami,
Z anielskimi na plecach skrzydłami.

 

Ja, łajdak wierny męskiej naturze,
Zrzuciłem ciuchy w miłosnej wichurze.
Chciałem Cię porwać, dotknąć Twej magii,
Lecz nagle w Tobie zdarzyło się więcej.

 

Druga para skrzydeł wzbiła się w górę —
Anioł Śmierci? Czy sny mam ponure?
Lecz Ty podeszłaś, skrzydła mi dałaś,
Wspólnym lotem oknem zawładnęłaś.

 

Skok w nieznane, w błękitu przestrzenie,
Pod nami zniknęło twarde podziemie.
To był lot w niebie, miłość uskrzydlona,
Ty oszołomiona, ja w Twoich ramionach.


Muskając obłoki, wilgotne jak szept snu,
Skrzydła cięły powietrzne potoki.
W amoku rozkoszy, w tej boskiej zabawie,
Rwąc pióra, tonęliśmy w ekstazie.

Pióro po piórze — aż nastała pustka,
Zamilkły jęki, zadrżały ustka.
Gdy ostatni puch uniósł się w górę,
Runęliśmy z hukiem przez czarną chmurę.


Lecz zamiast na trawę, wpadliśmy z mozołem
Wprost w czarną smołę, pod piekła kościołem.
W tym kretowisku, brudni i lepcy,
Wypełźliśmy z kadzi, choć strach nas krzepił.


Na twardym kamieniu, ze smakiem goryczy,
Gdy mrok nas ogarnął i diabeł zaryczał,
Ty szepnęłaś czule: „Mój miły, mój złoty,
Mam jeszcze na małe harce ochotę”.

 

I gdy tak staliśmy w piekielnym pyle,
Ciesząc się każdą tą grzeszną chwilą,
Nagle głos żony przeciął te mroki:
„Wstawaj, pij wodę z ogórków, na kaca!”.

 

Otwieram oczy — świat wiruje wściekle,
A było tak bosko, choć skończyło w piekle.
Zamiast anielic — żona z miednicą,
Zamiast skrzydeł — kołdra pod potylicą.


Próżno na plecach szukać mi puchu,
Został tylko kwas i burczenie w brzuchu.
Wczoraj skrzydła, lot i niebo w pakiecie,
Dziś — negocjacje z podłogą w toalecie.



×
×
  • Dodaj nową pozycję...