Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Arsis

Arsis

Stoję pod tym drzewem, co wtedy. W niemodnym garniturze i w krawacie

uwiązanym krzywo.

I stoję spragniony miłosnego chleba: a nuż coś z tego wyniknie?

 

Pod tym cieniem skrzydlatym i bystrym

od oddechów letniego popołudnia,

od wietrznych westchnień oczekiwania.

 

I czekam, jak czekałem wtedy.

O tej godzinie, w której gołębie i wróble... I ptaki inne. I inne…

 

I kwiaty różane, których

woń, aromat i barwa…

 

Otwarły się szeroko,

zdziwione tym

upojeniem słodkim.

 

Wiesz, czekałem długo.

I czekam nadal.

Tutaj.

O tej godzinie sennej. Na wpół-wieczornej i tkliwej.

 

W liliowej poświacie

obłoków.

W tej dolinie słońca

i mgnień utajonych, i trawy.

 

A kiedy przyjdziesz umówiona… Bo przyjdziesz, prawda?

 

A więc, kiedy dostrzegę ciebie w oddali

z kosmykiem włosów przesłaniającym ci twarz,

bo dzisiaj wiatr tak jakoś plącze gałęzie, szeleści. I chwieje, tarmosi…

 

Wtedy podejdę do ciebie

w tej niepewności okrutnej: czy ty, czy ty…

 

Lecz najpierw

podejrzę

w utajeniu i ciszy.

 

Ciebie.

 

Więc patrzę jak patrzyłem wtedy.

I napatrzeć się nie mogę.

 

Gałązka muska mnie po skroni, łaskocze, kiedy rozchylam czujnie wiotkie łodygi krzewu,

co znienacka stanął tuż przede mną. I widzę liście i płatki, i sok lepki tworzący białe ślady.

 

I cień wąski między mną i tobą.

Tej gałązki między nami.

 

Po którym przejdę,

jak po kładce nad

strumieniem rwącym.

 

Dużo tu światłocieni, ostrego chiaroscuro. I tej jakiejś cichej melancholii, której szum aż nadto

tężeje w sześcianach powietrza, których ciepłe wargi przypadają do moich warg spragnionych.

 

Do twoich.

 

Czujesz? Właśnie gładzę twoją twarz przypadłą do mojej,

 

A twoje włosy, a twoje...

Kładą się miękko

pod dotyk

moich palców

przeczesujących je czule...

 

Portugalczycy nazywają to „Cafuné”.

 

Ty wiesz. I ja wiem.

 

Nasze słowa. Wszystko to, co chcieliśmy sobie powiedzieć,

powiedzieliśmy w poświacie księżyca, co spływa teraz smugą srebrną. perlistą.

 

A więc to już tyle

upłynęło czasu?

To już tak późno?

 

Nie. Proszę! Nie odchylaj głowy,

nie oddalaj

zmyślnych ust!

 

Choć wówczas odsłonisz

swoją gładką szyję.

A wtedy moje usta chciwe…

A wtedy moje szepty na twojej drżącej skórze...

 

Zostańmy

tak.

Jeszcze.

 

Choć jeszcze…

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-05)

 

 

 

Arsis

Arsis

Stoję pod tym drzewem, co wtedy. W niemodnym garniturze i w krawacie

uwiązanym krzywo.

I stoję spragniony miłosnego chleba: a nuż coś z tego wyniknie?

 

Pod tym cieniem skrzydlatym i bystrym

od oddechów letniego popołudnia,

od wietrznych westchnień oczekiwania.

 

I czekam, jak czekałem wtedy.

O tej godzinie, w której gołębie i wróble... I ptaki inne. I inne…

 

I kwiaty różane, których

woń, aromat i barwa…

 

Otwarły się szeroko,

zdziwione tym

upojeniem słodkim.

 

Wiesz, czekałem długo.

I czekam nadal.

Tutaj.

O tej godzinie sennej. Na wpół-wieczornej i tkliwej.

 

W liliowej poświacie

obłoków.

W tej dolinie słońca

i mgnień utajonych, i trawy.

 

A kiedy przyjdziesz umówiona… Bo przyjdziesz, prawda?

 

A więc, kiedy dostrzegę ciebie w oddali

z kosmykiem włosów przesłaniającym ci twarz,

bo dzisiaj wiatr tak jakoś plącze gałęzie, szeleści. I chwieje, tarmosi…

 

Wtedy podejdę do ciebie

w tej niepewności okrutnej: czy ty, czy ty…

 

Lecz najpierw

podejrzę

w utajeniu i ciszy.

 

Ciebie.

 

Więc patrzę jak patrzyłem wtedy.

I napatrzeć się nie mogę.

 

Gałązka muska mnie po skroni, łaskocze, kiedy rozchylam czujnie wiotkie łodygi krzewu,

co znienacka stanął tuż przede mną.I widzę liście i płatki, i sok lepki tworzący białe ślady.

 

I cień wąski między mną i tobą.

Tej gałązki między nami.

 

Po którym przejdę,

jak po kładce nad

strumieniem rwącym.

 

Dużo tu światłocieni, ostrego chiaroscuro. I tej jakiejś cichej melancholii, której szum aż nadto

tężeje w sześcianach powietrza, których ciepłe wargi przypadają do moich warg spragnionych.

 

Do twoich.

 

Czujesz? Właśnie gładzę twoją twarz przypadłą do mojej,

 

A twoje włosy, a twoje...

Kładą się miękko

pod dotyk

moich palców

przeczesujących je czule...

 

Portugalczycy nazywają to „Cafuné”.

 

Ty wiesz. I ja wiem.

 

Nasze słowa. Wszystko to, co chcieliśmy sobie powiedzieć,

powiedzieliśmy w poświacie księżyca, co spływa teraz smugą srebrną. perlistą.

 

A więc to już tyle

upłynęło czasu?

To już tak późno?

 

Nie. Proszę! Nie odchylaj głowy,

nie oddalaj

zmyślnych ust!

 

Choć wówczas odsłonisz

swoją gładką szyję.

A wtedy moje usta chciwe…

A wtedy moje szepty na twojej drżącej skórze...

 

Zostańmy

tak.

Jeszcze.

 

Choć jeszcze…

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-05)

 

 

 

Arsis

Arsis

Stoję pod tym drzewem, co wtedy. W niemodnym garniturze i w krawacie

uwiązanym krzywo.

I stoję spragniony miłosnego chleba: a nuż coś z tego wyniknie?

 

Pod tym cieniem skrzydlatym i bystrym

od oddechów letniego popołudnia,

od wietrznych westchnień oczekiwania.

 

I czekam, jak czekałem wtedy.

O tej godzinie, w której gołębie i wróble... I ptaki inne. I inne…

 

I kwiaty różane, których

woń, aromat i barwa…

 

Otwarły się szeroko,

zdziwione tym

upojeniem słodkim.

 

Wiesz, czekałem długo.

I czekam nadal.

Tutaj.

O tej godzinie sennej. Na wpół-wieczornej i tkliwej.

 

W liliowej poświacie

obłoków.

W tej dolinie słońca

i mgnień utajonych, i trawy.

 

A kiedy przyjdziesz umówiona… Bo przyjdziesz, prawda?

 

A więc, kiedy dostrzegę ciebie w oddali

z kosmykiem włosów przesłaniającym ci twarz,

bo dzisiaj wiatr tak jakoś plącze gałęzie, szeleści. I chwieje, tarmosi…

 

Wtedy podejdę do ciebie

w tej niepewności okrutnej: czy ty, czy ty…

 

Lecz najpierw

podejrzę

w utajeniu i ciszy.

 

Ciebie.

 

Więc patrzę jak patrzyłem wtedy.

I napatrzeć się nie mogę.

 

Gałązka muska mnie po skroni, łaskocze, kiedy rozchylam czujnie wiotkie łodygi krzewu,

co znienacka stanął tuż przede mną.I widzę liście i płatki, i sok lepki tworzący białe ślady.

 

I cień wąski między mną i tobą.

Tej gałązki między nami.

 

Po którym przejdę,

jak po kładce nad

strumieniem rwącym.

 

Dużo tu światłocieni, ostrego chiaroscuro. I tej jakiejś cichej melancholii, której szum aż nadto

tężeje w sześcianach powietrza, których ciepłe wargi przypadają do moich warg spragnionych.

 

Do twoich.

 

Czujesz? Właśnie gładzę twoją twarz przypadłą do mojej,

 

A twoje włosy, a twoje...

Kładą się miękko

pod dotyk

moich palców

przeczesujących czule...

 

Portugalczycy nazywają to „Cafuné”.

 

Ty wiesz. I ja wiem.

 

Nasze słowa. Wszystko to, co chcieliśmy sobie powiedzieć,

powiedzieliśmy w poświacie księżyca, co spływa teraz smugą srebrną. perlistą.

 

A więc to już tyle

upłynęło czasu?

To już tak późno?

 

Nie. Proszę! Nie odchylaj głowy,

nie oddalaj

zmyślnych ust!

 

Choć wówczas odsłonisz

swoją gładką szyję.

A wtedy moje usta chciwe…

A wtedy moje szepty na twojej drżącej skórze...

 

Zostańmy

tak.

Jeszcze.

 

Choć jeszcze…

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-05)

 

 

 



×
×
  • Dodaj nową pozycję...