Biegam po mieście, wynajdując ślady, które tylko zmyśliłam
akurat na tej ulicy, na tej stacji metra. Z plakatów, ulotek – prosto na ziemię
osypują się uśmiechy. To mogłam być ja, ale mnie nie było
akurat w tym pasażu, w bezwstydzie tej bramy.
Vege-bar kusi zdjęciami grillowanej cukinii, marchewki, szparagów;
może zostawiłeś na szybie kolor szalika (nawet nie wiem, jaki),
albo pod stolikiem skrzypienie butów. Głód ułapił za szyję
w samym centrum.
Śnieg osiada bezgłośnie na nagich ramionach modelek
z reklamy bielizny dla czarnych kocic. Przyciągają
wzrok, gdy stoisz w korku. Ciepło wdrapuje się na szyję
na całą długość spojrzenia, choć wilgotne popołudnie
już uspokaja puls. Zaciąga wertikale w oknach biurowców.
Gdzieś na wysokich piętrach - wyobrażam sobie kroki,
do których chłodnego rytmu
wiele dni temu dostroiłam każdą frazę.
Teraz słowa jeżdżą windami od nieba do piekła.
Z przejść podziemnych wychodzą w stygnącą mżawkę
koślawi bohaterowie bajek, odlepieni od wyklejanki
niedbałego przedszkolaka. Wmieszana w ich zagubienie,
odwracam głowę jeszcze na kilka sekund. Czy to właśnie
twój klakson, twój zgubiony portfel?
Odchodzę od miejsc wspólnych, lecz nigdy nie-naszych,
kiedy pierwsze sodówki ostrożnie rozkładają wzdłuż chodników
chybotliwe stragany, a wiatr wyprowadza cienie na spacer
po Alejach. Od bieli w oczach coraz ciemniej.
Zanurzona w ulicznym bezkresie, pachnę wszystkimi miastami,
które znasz.