Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Napsociłem na lekcji geografii,
Robiąc pod nosem głupie uśmieszki.
Powiesiłem mapę świata do góry nogami,
A za opowieści o kangurach z Alaski

 

I pingwinach na plażach Majorki,
O wielbłądach z Pustyni Błędowskiej
Nie wspomnę; zostałem za uszy wytargany:
„Zostaniesz, nicponiu, po lekcjach!”

 

Ciężkie czasy nastały, nici z biegania
Po blokowisku, nie zagram w indian.
Jako policjant nie złapię złodzieja,
Nawet z procy sobie nie postrzelam.

 

W kałuży nie dane mi się potaplać
Chlup, chlup, chlust, plum, plum.
Siedzę przy biurku z kulą u nogi,
Muszę napisać nudne wypracowanie:

 

„Niedola ciemiężonego ludu”
Śmiechu warte, niech będzie, napiszę o sobie:
„Oj, ci ja, niewolnik ludzi bez serca,
Kajdanami dzwonię, koszulę rozrywam

 

I słowa dobywam z piersi męczennika.
Tortur się nie lękam, weźcie mnie w dyby,
Choćby kruk miał mi oko wydłubać, a Ulka
Chciała zajumać kolekcję gangu świeżaków.

 

Stanę wyprostowany, dumny, i krzyknę,
Nim klaps okrutny, śmiertelny, zostanie mi
Wymierzony w wypchane gazetami portki:
Niech żyje wolność! precz z uciskiem!”

 

Opublikowano

@infelia Ten wiersz to świetna zabawna.  Pełna autoironii opowieść o szkolnej "niedoli" ucznia, który musi zostać po lekcjach za swoje psoty. Fajnie wykorzystujesz  kontrast między dramatycznym tonem a błahością sytuacji -  porównanie kary szkolnej do cierpień "ciemiężonego ludu" i męczeństwa jest znakomite. Uśmiałam się! :)))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...