Tak jakby słońce trochę przygasło.
I nie, nie nad horyzontem.
To nie jest kolejny wieczór.
Butelka Bordeaux na białym piasku.
Muśnięcia fal przygarniają
coraz bliżej i mocniej, wciągają.
Lampek nigdy nie było,
bo nie ma czego świętować.
Słona woda obmywa stopy, otula.
Zimny wiatr wyciska łzy.
Słońca jakby mniej i mniej, a
puste niebo nie oczekuje sztormu.
Zamknięte w zielonkawym szumie
myśli blade w poświacie księżyca
zostają nagie, bez zbędnych słów.
A ona dotyka spokojnie, delikatnie.
Zaprasza miękkim ruchem w stronę kipieli.
Nie mówi, czy dobrze, czy źle, nie obiecuje.
Wino rozgrzewa płuca i żyły.
Umysł przerabia zakamarki pamięci
i miota się między teraz a kiedyś.
To był bardzo dobry początek.
Piwo dobrze smakowało w knajpie,
ale rzeczywistość nie odpuściła.
Ściśnięta kotłującym się światem
w tym małym punkcie taniego życia
udowodniła ponownie, że wszystko się kończy.
A ja
nazywałem cię kiedyś przyjacielem.