Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jak znaleźć spokój w tym życia chaosie
Jak satysfakcję w nieprzywidywalnym losie 

Jak mamy wspinać się na wyżyny 
Gdy w samej rzeczy nie wiemy gdzie dążymy 

I gdzie są te wyżyny, na które przez szyny
Czołgamy się jak tłumy krwawiącej zwierzyny

 

Cisną nas struktury, wolności doliny
Nas gubią, nierzadko prowadzą do liny 
Przyciskają bodźce, przytłaczają gmachy
Ile mam dać z siebie gdy ruchome piachy
Wsuwają mnie w głębiny, w moje przestrachy

 

Chcę zasnąć spokojnie, budzić się bez żalu 
Bez ścisku miasta słuchać wokalu 
Twojego głosu niskiego od chrypki
Co jeśli nasz związek też się stanie sypki

 

Co wtedy gdy stracę wszystko o co walczę 
Los zabierze miecze, pancerze i tarczę
i co mi dane, będzie zabrane 
Wszak może to być w ściekach spłukane

Gość vioara stelelor
Opublikowano

Słabo jest.

Metryka tekstu całkowicie leży na łopatkach (średniówka, liczba sylab, akcenty, no wszystko pokićkane).

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Nie zauważyłam.

Natomiast jest cała masa gramatycznych, dokładnych, które można seryjnie, taśmowo generować na potrzeby wiersza - piachy/przestrachy, chaosie/losie, itp.

No i cały tekst jest właściwie o niczym.

Pytania młócone wielokrotnie w tysiącach podobnych utworów o tym, jak to nas świat nie rozumie, życie przygniata, rzeczywistość tłamsi.

I to wszystko ubrane w bardzo teatralny, patetyczny język.

Krwawiąca zwierzyna, ścieki, przytłaczające gmachy, pancerze, tarcza  - repertuar jak z horroru klasy B, a do tego dochodzi nieprzekonująca dramatyzacja, niepotrzebna wzniosłość, chyba tak na wszelki wypadek, jakby ktoś wątpił w to, ile tu TAKICH!!! emocji.

Nie ma w tekście żadnego zakotwiczenia w realnym życiu. Czytelnik musi uwierzyć podmiotowi lirycznemu na słowo, że cierpi, że ciężar bytu go niszczy, że ludzie nie rozumieją, że ogólnie to pływa w jednym wielkim szambie. Ale nie dajesz odbiorcy konkretów, zdarzeń, zjawisk, żeby to uwiarygodnić, zobrazować.

W połączeniu z nieporadnym warsztatowo rymowaniem, gdzie język nie nadąża za treścią, całość, oględnie mówiąc, nie zachwyca.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...