Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wiecie doskonale,

że uwielbiam powroty literackie

w świat średniowiecznej Francji

i środowiska jej upadłych, szelmowatych, złodziejskich

i morderczych szczeniąt.

Jednak dziś nie wiersz jakich już

kilka napisałem w tej tematyce

i nie o losie Villona

o którego żywocie

wszetecznie zepsutym

jeszcze pewnie jakieś wiersze

się pojawią.

I dziś nie o Paryżu XV-wiecznym.

Moja nowa ballada łotrzykowska

w duchu tego wszystkiego

co w opisie po troszę...

Jest to opowieść zupełnie inna od tego do czego zdążyłem Was przyzwyczaić.

Zachęcam do czytania.

 

 

Sędziowie trybunału w pokaźnych, białych i mocno kręconych perukach, po kolei opuszczali ławę,

kierując się do wyjścia 

za którego progiem Temida jest tak samo ślepa jak u podnóża wokandy.

Woźny, zamknął za ich postaciami marsowymi ciężkie,

dębowe drzwi i omiótł

słabym jak na starcze lata przystało ale i nienawistnym wzrokiem opustoszałą już do cna salę.

Gdyby to jego sumienie kata wydawało wyroki to każdy pomniejszy wagabunda czy opryszek, dyndałby za długowłosy, złodziejski łeb na zacnym froncie miejskiej szubienicy.

Lub skracany byłby o cale jakże niezbędnej do życia głowy, przez ostrą i wyuzdaną kochankę Gilotynę.

 

 

Ja wtenczas czekałem

pod gmachem sądu.

Przeguby miałem związane mocnym powrozem, tak by dłonie były wygięte za plecami do wewnątrz, powodując sinienie skóry

i niewysłowiony ból stawów.

Muszę jednak oddać strażnikom, którzy mnie i teraz pilnowali ciasną sforą, że nie stosowali wobec mnie żadnej przemocy fizycznej, oczywiście poza ukradkowymi popchnięciami, podstawianiem nóg obutych w oficerki czy pluciem mi w twarz i wrzeszczeniem gdy nie słuchałem ich tępych i monotonnych poleceń

czy rozkazów.

Ale takie przelotne niedogodności, przestępczego fachu

można by uznać za fraszkę.

 

 

Cóż mieliby powiedzieć moi nieodżałowani kompani, których podgniłe, cuchnące z daleka zezwłoki śmiały się do przechodniów u południowego wylotu z placu Lenoncourt, do pięknej, zabytkowej ulicy św Pawła.

Ci, którzy za wolne, awanturnicze życie wyrzutków i szczeniąt ulicznic,

zapłacili ceny najwyższe.

Oni spędzali czas oczekiwania na wyrok w podziemiach zamku Neufchatel lub co gorsza jego wyniosłej, ceglanej, romańskiej baszcie.

O murach tak grubych jak cielsko smoka czy wieloryba.

Na zewnątrz już, baszta wionęła grozą dojmującą i ściskającą za serce i krtań.

Jej cicha, lodowato, ascetyczna władczość, skrywała we wnętrznościach, dziewięć kręgów piekła w jednej kondygnacji lochów.

Zatopionych w połowie.

O pozbawionych nawet iskierek światła celach. Pełnych szczurów, karaluchów, tyfusu i ciał grzeszników pokutujących we własnej krwi i fekaliach. Rozrzuconych gdzie popadnie po kamiennej podłodze z rzadka zasłanej, cuchnącą, czarną i mokrą ściółką.

Tak leżeli na granicy zgonu.

Odczepieni od korowodu, tańczącej radośnie i w uniesieniu śmierci.

 

 

Krzyk i płacz,

były tu stale, nieodzowną melodią.

Krzyczeli najwięcej Ci,

których dotknął obłęd.

Oni stracili swoje człowieczeństwo.

Nie jedli i nie pili, nawet tych ogryzków chleba i pomyj które urastały tu do rangi stołu pańskiego.

Całe dnie i noce krzątali się w pokracznych pozach zwierzęcych po celach. Charcząc i wyjąc.

Zdzierali paznokcie

o ostre występki ścian.

Bili o nie głową do czasu aż,

zbroczeni do samych stóp posoką, opierali się skuleni w kątach majacząc coś w mieszance łaciny i francuskiego.

Rzucali się na kraty, chcąc dostać w swe pokryte pęcherzami i krwawymi wybroczynami, silne dłonie, gardła przerażonych ich zwierzęcym bestialstwem strażników.

Innym razem siadali naprzeciw krat i bujając się w przód i w tył w pobudzonym upojeniu.

Nieludzkimi szeptami

rozmawiali z Diabłem.

A ten podsuwał im na pokryte liszajem, pogryzione języki słowa tak bluźniercze i psychopatyczne, że nawet Bóg odwracał od nich wtedy

swe miłosierne oblicze.

 

 

Oni umierali w nagrodę jako pierwsi.

Najczęściej z powodu zarazy lub głodu.

Palono ich ciała,

do bliźnich niepodobne,

na bocznym dziedzińcu.

Nie widziałem tam nigdy księdza ani franciszkanina. Umierali bez ostatniego namaszczenia, kończąc wędrówkę po ziemskim piekle a zaczynając po jego zaświatach.

 

 

Płaczem za to zanosili się Ci, którzy jeszcze nie nacieszyli oczu i zmysłów wspaniałościami świata na zewnątrz. Młodzi kuglarze, pomniejsi złodzieje, domokrążcy, fałszywi księża, uzdrowiciele, oskarżeni o czary alchemicy, czy chłopcy na posyłki pracujący w zaściankowych, tanich burdelach. Oni wszyscy wiedzieli, że droga prowadząca z baszty Neufchatel rozwidla się jeden tylko raz. Na kierunki, miejskie katakumby w Orves - gdzie ich ciała porzucone przez grabarzy w podziemiach, nigdy nie zaznałyby ukojenia.

I kierunek plac St. Genevieuve.

Plac zabaw z życiem i śmiercią w cieniu przeznaczenia każdego szanującego się opryszka, szubienicy miejskiej, którą nazywamy pieszczotliwie Cioteczką Agnes.

Na cóż więc gnić w wąskich wyłomach skały pod czujnym okiem czaszek innych pechowców i popiskujących w czerni, dusznych, morowych korytarzy, szczurów wielkich jak koty a żarłocznych jak szarańcza.

Skoro można ramię w ramię z kompanami od szklanki i fachu, dyndać ponad tłumem wiwatującym i złorzeczącym zarazem. Podziwiać w ostatnich minutach ziemskiego istnienia te morze gminu, ciągnącego z uliczek, zaułków i kamienic. Ten korowód kolorowy, pokraczny, ludzi wszelkiego stanu i cechu. Podagrycznych starców o zgarbionych plecach, staruch obrzydliwych i szpetnych jak katedralne gargulce, ciskających przekleństwami na lewo i prawo równie celnie co zgniłą cebulą i brukwią w nasze zakapiorskie twarze i żywoty. 

 

 

Tak tak … gladiatorzy połświadka idą na śmierć i są właściwie

docenieni i pozdrawiani.

Któż idąc w pochodzie czy jadąc krzywą kolasą nie był obrzucony kałem czy oblany moczem, cuchnącym gorzej niż wyziewy bagniste pobliskiej Loivre, któż nie został uderzany pięściami, kopany a nawet gryziony przez tłum. Bity lagami i pałkami, czasem aż kości trzeszczały jak suche kikuty gałęzi w borze ogarniętym srogim mrozem.

Nieraz ku uciesze tłumu strażnicy, zdzierali łachy z nieszczęśliwca i gonili go nago aż w objęcia kata Pierre'a, który jednym sprawnym ciosem obucha pozbawiał skazanego przytomności. Miejscy oficiele patrzyli na to theatrum z obrzydzeniem a ojciec wyznaczony do rozgrzeszenia opryszków, nie nadążał czynić znaku krzyża I odmawiania w kółko confiteora za duszę wszystkich tu zebranych.

 

I mnie odebrała spod gmachu sądu, kolasa uczepiona do dwóch starych już, ślepawych i wychudzonych klaczy o łaciatym umaszczeniu.

Woźnica bezsprzecznie był w trok pijany, więc jego zachowanie, błazeńskie było całkowicie zrozumiałe co nie znaczy, że miłe mojej osobie. Ten szczerniały na obliczu od brudu kocmołuch, śmierdzący z daleka zleżałym potem, zgnilizną i trupim jadem, który mył się pewnie ostatnio na świętego Jana a warto wspomnieć, że nie dalej jak tydzień temu przebrzmiały echa dzwonów katedry i piszczałek organów na Święto Zwiastowania.

 

 

Pochylił się nade mną i sprzedając mi solidnie wymierzony policzek ogłosił jakby z dumą do strażników lokujących swoje, rozpasane cielska

obok niego na ławeczcę.

 

 

- Piękny zaiste okaz zawiśnie - obszedł mnie dookoła. Czułem prawie jego oddech smrodliwy na karku i o zgrozo zdało mi się uczuciem wręcz namacalnym, że język jego musnął płatek mojego, lewego ucha a dłoń tego sodomity spoczęła na moim pośladku - Nasza słodka Agnes zawsze bierze w objęcia tych najsmuklejszych i rumianych jeszcze młodzieńców. Ach szkoda! Taka szkoda! Oni jeszcze w sypialni winni harcować jak króliczki mięciutkie i delikatne a nie na posługę wiatrów i śmierci oddani, gniją później biedacy na stryczkach

placu St Genevieuve.

 

 

Wyszedł znów przede mnie i dostał to na co zasłużył. Splunąłem mu w twarz, przez wybite dawno temu przednie zęby. Gęsta flegma osiadła idealnie na jego mętnych, brązowych i tępych oczach. Zaklął siarczyście i zanim wytarł się brudnym rękawem płaszcza, odrzekłem mu z dumą lecz

i wisielczym humorem.

 

 

- Miarkuj swe słowa dostojna flejo, spod suki francowatej wypadła. Sodomicka glisto, fajfusie sparciały. Bo mówisz do króla podziemi tego miasta. Żaka uczonego, piękna zbrodni i występku wszelkiego. Zabójcy bogatych i obrońcy niewinnych lecz nieczystych zarazem owieczek spod fontann i zaułków najpodlejszych dzielnic. Poety i komika, którego jednak zaszczytem druk nie obejmie. Strzeż się mojego języka, który równie ostry co noże, którymi zadawałem śmierć dostojnikom kleru i miasta. Ty ani w ars amandi niewładnym jesteś impotentem a do zacnej ars moriendi brak Ci serca i ducha twardego i klepek wystarczająco wielu by ją pojąć, pod tym kretyńskim obliczem.

 

 

Na tych słowach moja dobra passa i karta się skończyła.

Woźnica odzyskał rezon i wymierzył mi cios w szczękę tak silny, że natychmiast odpłynąłem w odmęty błogiej nieświadomości a dwaj ostatni strażnicy.

Wtrącili me bezwładne ciało do klatki z tyłu wozu i poklepując woźnicę po bratersku po plecach, gratulowali mu skutecznego uciszenia poety.

Tak właśnie ideał sięga bruku w tym mieście gorszym od biblijnej Sodomy.

 

Opublikowano

@Simon Tracy

Twój tekst jest gęsty, brutalny, ale i poetycki - jak ballada łotrzykowska powinna brzmieć. Ten narrator, który nawet pod szubienicą nie traci dumy i humoru wisielczego - to postać świetnie wykreowana.

Klimat średniowiecznej Francji oddany bezkompromisowo - z całym brudem, okrucieństwem i wisielczym humorem. Narrator jak prawdziwy łotr: dumny, szelmowski i poetycki do końca. Mocne!

Ten język! Archaiczny, pełen detalu - czuć w nim Villona i klimat ballad łotrzykowskich. A ta tyrada bohatera przed woźnicą - "król podziemi, żak uczony, poeta bez druku" - to czysta złodziejska brawura. Świetnie napisane.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Przysiadł raz pan Trzmiel wesoło na hyzopie Pyta się go mucha: Co tu robisz chłopie? Taka jest już moja rola, Że zapytam zioła, pola A ty nadal siedzisz w klopie?   *zdjęcie własne, hyzop też, trzmiel przygodny ;)    

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • „Propagandą do płoci”   Konspiracją słów płotkami są znów, więc im mów i mów to, co słyszeć chcą.   Czaruj jego i ją, wyborów amoki. Co chcesz, to ci damy — płyną słów potoki.   Wszystko posiadamy! Potok frazesów nęci, przyciąga i chęci, podpływają ich setki.   Płot z boku potoku, skaczą w etykietki, w afiszy natłoku i już tkwią w błocie.   Płocie przy płocie, odbija płot płocie, wpadają do błota — płaci płoci głupota.   — Oto i ciemnota! Potoki nie dla płoci, nurt bystry ochoci — lecz on nie dla płoci!   Płot przy płocie stoi, w bilbordach błądzi. Potok płynie dalej, prawdy nie osądzi.   Mąci woda przy brzegu, płocie tłoczą się w błocie. Nurt omija płycizny, nie płynie przy płocie.   Pomrze płoci krocie w partyjniackim błocie. Polityka nie dla płoci, ale mocno je ochoci.   Kto odważy się zrozumieć, ten wypłynie ponad płoty. Kto za frazes tylko chwyta, wpada w błota kłopoty.   Leszek Piotr Laskowski
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witaj - miło że z nutką tajemnicy  - dzięki za czytanie -                                                                                               Pzdr. Witaj - oczywiście poprawiłem - dziękuje za to że ładny i ciepły -                                                                                                                 Pzdr.słonecznym rankiem. Witam - dziękuję serdecznie za to że owe podglądanie to lekcja doceniania  chwil -                                                                                                                                                   Pzdr.uśmiechem. @Sylwester_Lasota - @Poet Ka - dziękuję serdecznie - 
    • Takie tam podsumowanie moich życiowych poszukiwań:)   "Prawda".   Prawda nie ma jednej twarzy, prawda Ci się nie przydarzy, bo nie możesz jej pominąć i w niepamięć swą odpłynąć.   Prawda nie ma sztywnej formy, nie dąży do żadnej normy, jest trwaniem po wieki wieków, na nią nie ma dobrych leków.   Bo cóż by ją zwalczyć mogło, na równowagę pomogło... Nie ma mnie bez otoczenia i wzajemnie – akt scalenia...   Jesteśmy sobie pisani, jednym pędzlem malowani na świadomości ekranie... Świat ma me wieczne oddanie,   wdzięczność za to, że być mogę, choćby wbijany w podłogę, wirem nicości wkręcany w niepewności mroczne stany.   Nic nie zburzy mej miłości do tej świętej zależności, jesteśmy tu zawsze razem, jesteś moich snów wyrazem.   Mym warunkiem, przeznaczeniem, towarzyszem, moim cieniem, kolorem tęczy na niebie, jesteś w radości i w gniewie.   Wszechświat kocha różnorodność, w nią obraca swoją płodność. Prawda to ja, Prawda to Ty, Prawda to My – nic poza tym. :)    

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Głośne, metaliczne odgłosy dobiegają z różnych metalowych części zgromadzonych żałobników. Stoją przygnębieni pod ciemnymi chmurami, a z metalowych dupereli wypływa smutny smar. Niektórzy rdzewieją już nieco w strugach deszczu, ale z uwagi na szacunek dla bohatera imprezy Don Śrubem zwanym, nie odchodzą lub odjeżdżają.      Płoszą jednocześnie wygłodniałe kruki. Przyleciały biedne z nadzieją w czarnych skrzydłach, że jednak nie schowają, zostawią delikwenta na wierzchu i będą mieć wydziobożerkę. Po chwili jednak, mając zdeformowane dzioby o twarde niby ciała, odlatują zdegustowane i zawiedzione, zostawiając tylko echa krakania, które po chwili umiera.     Natomiast główny sprawca zamieszania, umarł podobno już kilka dni temu, a właściwie został zmiażdżony z namiętnym łoskotem przez zazdrosną lokomotywę starego typu, buchającą zakochaną parą. To jednak wersja oficjalna tudzież romantyczna, dla ciekawskich dziennikarzy. Teraz omawiany czeka spokojnie pośród zgromadzonych, na włożenie do zardzewiałej ziemi rdzą znamienitych przodków.      Niestety. Nic nie zostało z jego wspaniałego, proporcjonalnego wyglądu o przystojnych, gładkich trybikach, kółkach wszelakiej maści, migających światełkach i pewnym podłużnym szczególe do wycieku smaru. A tak się nim szczycił i przyciągał różne zauroczone metalowice z powabną żelazną szczeciną. Zebrani mogli tylko ze smutkiem we wizjerach, oglądać ten cały bajzel, niepodobny już tak bardzo do nich.      Tylko najbliższa rodzina znała od uczynnych sygnalistów, prawdziwą przyczynę tego całego galimatiasu, w który ich najbliższy trybom został zmieniony. A przyczyna była banalna. Chciał ich po prostu odwiedzić z daleka, a że teleportacja jeszcze była w drucianych powijakach, to jak łatwo można było przewidzieć, nastąpiła awaria teleportera i na stacji docelowej został ponownie złożony nie tak jak trzeba. I to bardzo nie tak.     Jeszcze bardziej wtajemniczeni metalicznie zgrzytali rodzinie w aluminiowe ślimaki i bębenki, że ktoś tak dla wesołości, czyli dla ołowianych jaj, przed teleportacją włączył opcje→AI, czyli Alternatywną Instrukcję – ponownego złożenia. I wyszło jak wyszło.    * – Babciu. Przestań zgrzytać i sikać po dziadku smarem, tylko mnie posłuchaj – rzekł blaszany wnuczek w smutnej ciszy, że aż zgromadzeni, błysnęli złowrogo poświatą wizjerów. – Możemy oddać dziadka na złom. Po co zakopywać. Za uzyskane przychody, skonstruujesz sobie nowego. Nawet z lepszym prętem. Co ty na to, babciu?     – Nie wódź mnie na pokuszenie blaszany łobuzie – tym razem zazgrzytała babcia, zakochanym trybikiem. – Jam już w węglarce zakochana. Poza tym wnuczku, trza myśleć racjonalnie. Ma pełno opału na ślicznych, wklęsłych wdziękach.      – Ależ babciu. Skoro tak rozumujesz to wiedz, że tej zimy, nie ma być zimy. Możesz być śmiało dziadkowi wierna. Nawet po śmierci.      Nagle wszyscy usłyszeli złowieszczy, acz oczekiwany, chociaż nie przez wszystkich, zgrzyt słowny:    – Do zardzewiałej śrubki. Bierzcie się do roboty, pieprzone roboty. Z miłości do was to mówię. Tak mnie poskładajcie, bym wyglądał, jak za życia.     – Drogi mężu – zazgrzytała babcia. – Ty się wreszcie zdecyduj. Czyś żyw, czy nie. Węglarka czeka. Muszę wiedzieć, jak sobie życie wytrybować.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...