Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Urodziłem się jakiś czas temu, w pewnym mieście. Rodzice, kiedy żyli, przypominali mi, że byłem wesołym brzdącem. Już na początku mojego życia pokochałem zwierzęta i przyrodę, ale to nie one stały się moją drogą. Gdy wszedłem na ścieżkę edukacji zrozumiałem, że w brutalnym świecie młodych ludzi potrzebne są cechy, które powoli zanikały – wyrozumiałość, radość życia, umiłowanie człowieka i zdolność wybaczania. Starałem się jak mogłem. Czasem było ciężko zachować optymizm, kochać ludzi i wybaczać im. Jednak udawało mi się. Szukałem wzoru, autorytetu. Gdy nie mogłem znaleźć zagłębiłem się w wierze w Boga. Zrozumiałem Przykazanie Miłości, nauki i przypowieści. Uwierzyłem głęboko, pokochałem świat na nowo. Ludzie zaczęli szukać mojego towarzystwa, bo mogli na mnie liczyć w każdej sprawie. Zawsze byłem dla nich, byli mi prawdziwie bliscy, a ich problemy zdawały się dotyczyć również i mnie. Wiele przez to doświadczyłem, dobrego i złego. Chciałem im pomagać, być dla nich. Chciałem służyć, wszystkim. Jednak nie taką dostałem od Boga rolę. Przed wstąpieniem do seminarium poznałem dziewczynę. Nie była piękna, ale posiadała cechy, których u ludzi szukałem. Nie była jak tłum, też kochała, wybaczała, rozumiała. Gdy z nią rozmawiałem, wiedziałem, że chciała tego samego co ja. Służyć. Nie wiem jak to się stało, ale zakochaliśmy się w sobie, obdarzyliśmy uczuciem silniejszym niż chęć całkowitego powierzenia się Bogu, zadedykowania mu każdego aspektu życia. Nigdy nie przestaliśmy wierzyć, że to on nami kierował, że to dzięki niemu. Pobraliśmy się, gdy miałem trzydzieści dwa lata. Razem było nam łatwiej, niemalże bajkowo. Często dotykała nas rzeczywistość, ludzie dawali nam odczuć, że nie nadajemy się do życia w dzisiejszym świecie. Wtedy na tron w Watykanie wstąpił Jan Paweł I. Uśmiechał się, zawsze. Tak samo jak my kochał, radował się każdą chwilą. Przynajmniej takie wrażenie mieliśmy oboje z żoną. Ja pracowałem w szkole jako nauczyciel języka polskiego, ona była nauczycielką biologii. Cieszyliśmy się, że autorytet dla świata chrześcijańskiego potrafi być ludzki. Jednak nasza radość szybko została zgaszona, po nagłej śmierci papieża. Niedługo później Polak został głową Kościoła. Jaka to była radość w kraju, jakie zdziwienie dla świata! Człowiek, który pochodził z komunistycznego kraju, dalekiego, niemalże egzotycznego zostaje papieżem. Gdy mówił o miłości, o wolności, gdy okazywał się patriotą i prawdziwym Człowiekiem utwierdzałem się w przekonaniu, że moje działania i podejście do życia są dobre. Gdy widziałem, jak młodzi ludzie gromadzili się wokół Niego czułem rosnący szacunek. Kochał ich a oni odwdzięczali mu się tym samym. Budził szacunek u wszystkich, nie miłość, ale szacunek. Ja go pokochałem, jako wysłannika Boga, jako tego, który naucza, jak kochać. Poświęcił całe swoje życie Bogu, został pasterzem wszystkich owiec, szukał zagubionych, podróżował. Był KIMŚ. Od początku. Zainspirował mnie, swoją postawą dodawał mi sił. Może dzięki niemu zawsze byłem w pełni z moja żoną, była trzecią kobietą mojego życia. Bo pierwsza była Maryja, Matka Boga, jak mówił Jan Paweł II, Totus Tuus, Maryja, Totus Tuus. Następnie moja Matka. Kobieta, która dała mi życie, nosiła mnie pod sercem, kochała i zawsze wspierała. Nauczyła mnie odróżniać dobro od zła, kochać, radować się. I wreszcie Ona. Ta, którą zesłał mi Bóg, abym mógł jej służyć i być dla niej. Ta, przy której znalazłem nowy, drugi sens życia. Ta, która pokazywała mi, kiedy błądzę. Ta, która imponowała mi swoją wiedzą i bezinteresownością. I wreszcie ta, z którą zdecydowałem się spędzić moje życie. Zawsze chodziliśmy razem do kościoła, razem się starzeliśmy. Dla mnie zawsze była piękna, jej oczy, pełne wiary, miłości, nadziei, nawet po latach powodowały drżenie serca, jej słodki, lekko zachrypnięty głos rozdzierał ciemności i przyjemnie gładził uszy, dostawał się do najdalszych zakątków umysły, litery, które pozostawiał po sobie w mózgu zostawały tam na zawsze. Kochałem ją. Nie mógłbym być z żadną inną kobietą. Nigdy nawet nie pomyślałem o zdradzie, zawsze byłem w nią wpatrzony. Nawet, gdy cierpiała, była dla mnie najcudowniejsza na świecie. Gdy płakała scałowywałem jej łzy, gładziłem policzki, rozczesywałem palcami niegdyś brązowe włosy, kochałem każdą jej drobinkę. Nadal kocham, i kochał będę zawsze. Ludzie szydzili z naszej miłości, z naszej chęci niesienia pomocy, z naszej wiary. Uważali nas za gorszych tylko dlatego, że zarówno żebrak z ulicy jak i bogaty urzędnik byli dla nas równie ważni. Było w nas za dużo miłości. Jednak gdy patrzyliśmy na Niego, słuchaliśmy Jego słów wierzyliśmy, że nasza droga jest właściwa. Obelgi bolały, ale zawsze podnosiliśmy się i szliśmy dalej, aby kochać i mieć nadzieję za wszystkich. Staliśmy się dla siebie opoką, podporą, która była silniejsza niż wszystko inne, oprócz wiary w miłosiernego Boga. Wybaczaliśmy tym, którzy kamieniowali nas swoimi słowami, kochaliśmy ich jeszcze bardziej, bo byli zagubieni, stracili sens życia. Dążyli do zaszczytów i pieniędzy kosztem maluczkich. Dla nich byliśmy nikim, nauczycielska para, której wydaje się, że naprawiają świat. Para naiwnych ludzi, która daje się wykorzystywać.
Zamach na Jana Pawła II był dla nas obojga ciosem. Baliśmy się o niego, modliliśmy się. Przeżył. Z czasem cierpiał coraz bardziej. Niektórzy wątpili w Niego jako człowieka, inni doceniali jego ból i ufność, z jaką znosi to wszystko w imię Boga i dla ludzi. Był wzorem Człowieczeństwa, Człowieka, pokazywał, jak żyć, jak kochać, jak znosić cierpienie. Cały oddał się swojej służbie, wyznaczał nowe progi, stawiał wysoko poprzeczkę. A ja wierzyłem coraz mocniej, studiowałem Pismo Święte w poszukiwaniu porad, jak żyć. Nigdy nie stałem się przesadny w swojej wierze, nikomu jej nie narzucałem i nie nawracałem nikogo na siłę. Starałem się pokazać, że życie szczęśliwe nie oznacza bez emocjonalnego dążenia do wyznaczonych celów, deptania wszelkich zasad moralnych, pozostawiana za sobą trupów. Dla mnie kwintesencją życia zawsze była Miłość, Wiara i Nadzieja. Jego wyznacznikiem to, jak czuli się przy mnie ludzie i to, czy trzymam się swoich zasad. Oceniając moje życie widzę, że było szczęśliwe. Często jednak wątpiłem w sens mych działań, mego umiłowania żywych istot, gatunku ludzkiego ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wtedy znajdowałem wsparcie u żony. Zawsze. Nie było momentu, w którym Ona by zrezygnowała. Ze mnie, z nas, z naszej misji.
Któregoś dnia, podczas rutynowych badań, wykryto u Niej poważną chorobę. Mizerniała w oczach, chudła, traciła blask. Teraz to Ona potrzebowała wsparcia i dawałem Jej je na tyle, na ile potrafiłem. Cierpiałem razem z Nią, razem z Nią wierzyłem. Razem z Nią przyjąłem wyrok lekarzy. Nie było dla Niej szans na powrót do zdrowia, można było tylko uśmierzać ból. Zawsze była dla mnie piękna, nawet, gdy jedzenie ciekło Jej po brodzie, gdy twarz wykrzywił Jej grymas niewyobrażalnego bólu, gdy nie miała już w sobie tej radości. Gdy załamywała się pomagałem Jej odzyskać siły, przygotować się do odejścia. Gdy nadeszła taka potrzeba, nie zwlekając poszedłem po księdza, wyspowiadał Ją, udzielił namaszczenia chorych, dał wiatyk. Niedługo potem odeszła. Wtuliła się we mnie, wbiła paznokcie w moje ramiona, jęknęła cicho. Gdy położyłem ją na łożu, zapłakałem. Oto odeszła Ona, ta, z którą spędziłem moje życie, ta, która dała mi namacalny przykład znoszenia cierpienia. Ucałowałem Jej białą dłoń i załkałem. Jej dusza odeszła, zostały tylko szczątki. Gdy po Jej odejściu, spojrzałem w lustro zobaczyłem siwego, nie ogolonego mężczyznę z wielkimi workami pod oczami. Na mojej koszuli było trochę jej krwi, która, widać, musiała ujść jej przez nos. Długo ją opłakiwałem, nadal czuję jej brak i czuł będę już zawsze, do czasu, aż nasze dusze spotkają się u Boga. Czuję jej obecność, jej wsparcie. W najgorszych chwilach zawsze czułem, że nie mogę się poddać, dla pamięci o Niej. Po blisko pół wieku spędzonego razem na tym świecie, nadal była obok. A ja pamiętałem, kochałem i tęskniłem.
Jan Paweł II zaczął gasnąć w oczach, w telewizji pokazywano archiwalne zdjęcia, cytowano Go, mówiono o nim, o jego cierpieniu. Kiedy, po zabiegu w klinice Gemelli, pojawiał się w oknie swoich komnat na audiencji generalnej i w milczeniu błogosławił ludzi, widziałem, że powoli jego pielgrzymowanie się kończy. Cierpiał już nie na poczet swojego zbawienia, ale za świat. Za ludzi, których tak ukochał. Szczególnie za młodych. Gdy pojawiły się informacje o znacznym pogorszeniu Jego zdrowia, osłabieniu wszystkich układów i cierpieniu, jakie musi mu towarzyszyć, zacząłem się gorliwie modlić. Nie o zdrowie czy śmierć dla tego pasterza dusz, ale o błogosławieństwo. Włoska prasa wcześnie ogłosiła Jego śmierć, ale ja czułem, że to jeszcze nie koniec. Wiadomości zostały zdementowane. Umarł w wigilię Niedzieli Miłosierdzia, święta, które sam ustanowił. W pierwszą Sobotę miesiąca. Dwadzieścia cztery lata po zamachu. Kochał wszystkich, zarówno dobrych jak i tych źle czyniących. Najlepszych i najgorszych. Wierzył w człowieka, szukał ludzi, był Pasterzem Ludu w pełnym tego określenia znaczeniu. Na końcu Jego pielgrzymki to ludzie go znaleźli, to oni przyjechali do niego, z miłością, wiarą, szacunkiem. Nauczył ludzi modlić się, żyć w zgodzie z Bogiem, radować się życiem i zbliżającą perspektywą zbawienia.
Teraz to ja leżę na łożu śmierci. Z jednej strony chciałbym zostać na tej ziemi, dalej żyć. Z drugiej jednak, chcę już połączyć się z Bogiem, spotkać duszę mej żony. Pozostawiam po sobie słowa, może trochę ciepła w ludzkich sercach, może odrobinę nadziei. Kocham całym sobą. Już dawno wybaczyłem wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób mi szkodzili, krzywdzili lub wyśmiewali. Kochałem ich nie mniej, niż innych. Ludzie byli i są mi drożsi niż ja sam sobie. Mam nadzieję, że udało mi się kogoś nauczyć, że najważniejsze są Wiara, Nadzieja i Miłość. Że to one są wyznacznikiem życia, a nie to, czy dostanie się podwyżkę czy nie. Ufam, że pozostawiam po sobie ciepłe wspomnienie. Wszystkich, których kiedykolwiek skrzywdziłem – przepraszam. Wszystkim, którzy kiedykolwiek mi pomogli – dziękuję. To jest swego rodzaju testament starego człowieka, który chciał dobrze żyć. Człowieka, którego marzeniem było, aby ludzie się wzajemnie miłowali, mieli nadzieję i wiarę. Aby świat był lepszy. Jestem szczęśliwy.

Opublikowano

Magda, pierwsze pytanie, czy to sa osobiste fakty? Jesli tak, lepiej nie dyskutujmy o poziomie literackim, lecz jesli to fikcja lub zapozyczenie zyciorysu, trzeba spisac od nowa, zupelnie inaczej, bo w tym stanie nie jest to literatura.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...