Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mróz, sinym szronem martwiczym,
odbarwił zszarganą skórę

na granicach rany.
Odłamek strzaskał mi szczękę

i prawe ucho.
Rozorał marną,

człowieczą powłokę

niczymszwy na szmacianej,

brudnej lalce,
zapomnianej, porzuconej,
w głąb królestwa kurzu
i zetlałej pleśni

garderobianych zaułków.
W oddali, przesłonięte

mgłą półomdlenia,
zagrody i zabudowania
niewielkiego przysiółka.
Wycie psów niosło się w
rozrzedzonych powietrzu.
Drobinki niesione po zaspach,
iskrzyły tęczowymi refleksami,
spadając na zlodowaciałe, twarde błoto
jedynego w okolicy gościńca.
Moje stopy, nurzały się

w gorączkowym ogniu,
odmrożonych kikutów palców.
Buty zamieniły się w kamienne kloce
o wadze posągów bohaterów,
których wojna żadna nie tworzy.
Onuce skręciły się w paroksyzmie,
jak demony na widok chrestu.
Raniły mnie ich krzywe,

zrogowaciałe brzegi.
Brudne kolce materiału,
rozdrapywały stare strupy,

sącząc spod nich
jeszcze podlejszą krew.

Tak wraca do ojczyzny swej,

piechur dumny.
Bez regimentu, munduru,

broni, pasa ani konia.
Kto go chlebem i solą powita?
Kto mu kąpiel i strawę zgotuje?
Kto mu gościnę zapewni

i cyrulika zwoła?
Wiatr pchał ciało umęczone
na przekór nogom.
Jeszcze nie czas!
Nie zamykaj oczu!
Dźwignij się w imię boże!
Tam na widnokręgu, chutor Twój czeka.
I ta która płaczę nocami,

tuląc małą niebogę
nad kołyską.

Patrząc, strwożonymi oczyma
w ogień bukowych szczap,
bielejących bierwionami,
sycząc podszeptem diabelskim

o Twym rychłym zgonie.

Pamiętasz Ty Kozacze lato ostatnie?
Step burzanem ukwiecony

jak perski dywan.
Mgielne minuty zmierzchu
na zżętych zagonach.
I jej usta cierpkie a spragnione.
I krasne, płonące wraz z ukrytą

w połowie już tarczą słońca, warkocze.
Pachnące jaśminowym upojeniem.
Wszędzie był jedynie pokój i beztroską.
Wiersze u okna pisane,
wśród furkotu skrzydeł ciem.
Wśród koncertu, niestrudzonych cykad.
Zawierały w sobie jedynie

młodzieńczy żywioł
i chęć niestrudzonego życia,
w objęciach kresowych idylli.

A teraz w rowie przydrożnym
jak ten pies dziki, bezdomny.
Skulony czekasz na ostatni wers aktu.
Spazmatycznie, ustami rozwartymi łapiąc ostatnie oddechy.
Padłeś bez sił

obok przydrożnej kapliczki.
Przysiół, rozmył się w
przedśmiertnym upływie nadziei.
Nazarejczyk, spuścił swą głowę
w cierniowej koronie

i patrzył pełen ojcowskiej troski i miłości na Twe męki i rany.
Zszedł z krzyża i bosymi nogami
ruszył do Ciebie.
Jego rany na stopach i rękach
też poważnie krwawiły.
Pochylił się nad Tobą
i położył spokojnie dłoń

na Twym obliczu.
Uczułeś błogą radość i ukojenie.
Spokój i zbawienie.
Panie w swoje ręce

powierzam ducha jego.

Kilka dni potem.
Gościńcem nadszedł

oddział pancernych.
Konie żwawe i wypoczęte rwały,
podkutym cwałem do widniejącego już
w oddali przysiółka.
Orły białe na czerwonym tle
powiewały dumnie na sztandarach.
Bechtery i misiurki odbijały wczesne promiennie słońca.
Jadący na przedzie towarzysze,
dali znak i cała kompanija

jak jeden mąż
zatrzymała, szkolone wierzchowce

na zadach
Ujrzeli panowie bracia przed sobą
cud a może profanację.
Nie dalej jak dziesięć kroków

od gościńca
stała na skraju rowu

przydrożna kapliczka
jakich tu na Dzikich Polach wiele
jako gwiazd na nieboskłonie.
Lecz ta przedstawiała
postać osobliwą i bardzo wątpliwą
co do zbożnego żywota.
Zaczepiony o przeguby

na poprzecznej desce krzyża,
spoczywaj plecami do nich zezwłok kozackiego mołojca.
Ciało nosiło ślady trudów podróży
i ran bitewnych.
Lecz wydawało się
że przyczyną rozbratu z żywotem

nie było
wykrwawienie a zamarznięcie.
Nie dobrało się do niego żadne zwierzę
choć ciało musialo tak wisieć

już kilka dni.
Kozak widać sam o własnych siłach
dotarł do kapliczki i legł całym ciężarem
na postaci Syna Bożego.
Jezus tulił go do siebie
jako tego syna marnotrawnego
co najpierw wszczyna bunt,
rozpala ogniem zdrady

chłopskie zarzewie
a na koniec jako ten szczur
ucieka pod skrzydła Zbawiciela.
Jeden z przybocznych,

wyjął z czarnej pochwy szablę
i ciosem na odlew ściął kozacki łeb.
Dytko widać losem ostrza zarządzał
bo pech chciał że pióro samo,
rozorało ranę na żywocie Zbawiciela.
Ku przerażeniu kompanii,
z drewna trysnęła

jasnoczerwona posoka
a Jezus rzewnie zapłakał.

Wtem tumult nagły powstał
i gwałt głośny od wsi.
Dostrzeżono polskie orły.

Opublikowano

@Simon Tracy

Jest to tekst niezwykły, który wymyka się łatwym kategoriom i zostaje w pamięci jak niepokojący sen.
Łączy w sobie brutalny realizm wojennej martyrologii z mistyką. Język jest archaiczny, celowo stylizowany - jakby wydobyty z kronik czy pieśni historycznych, ale ma w sobie współczesną świadomość okrucieństwa.
Zastosowałeś kontrast między fizjologiczną dokładnością cierpienia (odmrożone palce, onuce jak demony, krew "podlejsza") a momentami lirycznej nostalgii ("step burzanem ukwiecony", "jej usta cierpkie a spragnione"). Ten kozak umiera między dwoma światami - idyllicznym wspomnieniem i piekłem powrotu.
Scena mistyczna z Chrystusem schodzącym z krzyża jest odważna - balansuje na granicy sacrum i profanacji, ale działa. To moment łaski.
Zakończenie jest bezlitosne - wiersz pokazuje swoją prawdziwą siłę. Ta kompania pancernych, biel i czerwień sztandarów, ścięcie głowy, krew tryskająca z drewnianego Jezusa - to jest wizja apokaliptyczna. Historia zamyka się w kręgu przemocy, który nie oszczędza nawet świętości.
Ma w sobie coś z Grottgera, z legend, z biblijnych paraboli - i ze współczesnej świadomości, że historia to rzeźnia.
Chapeau bas!

Opublikowano

@Berenika97 "Zbawiciel" jest wierszem wyjątkowym pośród wielu opowiadających o XVII- wiecznych Kresach Rzeczypospolitej w moim dorobku. 

Jest to opowieść nie tylko o wojnie i zemście ale głównie o piekle przemocy, okrucieństwa i bólu. Bo żadna wojna nie jest święta ani chwalebna. Ale jak zauważyłaś jest bezwzględna rzeźnią gdzie nie ma miejsca na współczucie ani litość nawet nad zmarłymi i świętymi.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...