Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Oswald Dziedzic przeważnie był z siebie dumny. Owszem bywały dni, że mniej, ale zazwyczaj bardziej. Posiadał cechę znamionującą ludzi wielkich – każdą porażkę umiał przekuć w sukces. Nic i nikt nie mógł stanąć na drodze do świetlanej przyszłości Oswalda. W tej przyszłości miał się stać największym pisarzem nie tylko w swoim niewielkim mieście, ale też w kraju a jeszcze później w świecie. Na najwyższej półce regału czekało wolne miejsce. Do karteczki z napisem – Nobel w dziedzinie literatury dla Oswalda Dziedzica” wystarczyło dopisać rok.

Tymczasem Oswald pisał swoją pierwszą powieść. Nie miał jeszcze tytułu, ale nie to było najważniejsze, liczyła się treść – niesamowite życie Oswalda Dziedzica. Świadomy chaos konstrukcyjny łączył w sobie wszystkie możliwe style literackie i gatunki, od dramatów greckich po postmodernistyczne twory współczesnych. Oswald Dziedzic nie naśladując nikogo, potrafił w jednym zdaniu zawrzeć tysiąc lat historii literatury. Tak mu się przynajmniej zdawało.
Dziesięć tysięcy stron niezwykłej prozy miało lada dzień powalić wydawców ciężarem myśli autora i wagą papieru.

Na huraganowy odzew przygotowywał się od dawna. Oprócz telefonu stacjonarnego, posiadał dwie komórki. W razie czego mógł przeprowadzać trzy rozmowy na raz. Przećwiczył nawet jak to będzie wyglądało. Przygotował się też na najazd dziennikarzy. Od kilku lat domostwo obrośnięte było wysokim żywopłotem, teraz dodatkowo pojawiły się niezbyt sympatyczne pieski. Zakupił broń, co prawda myśliwską, ale w ostateczności mógł powalić kilku paparazzich.

Oswald zdecydował się na przecinek w 612 rozdziale, gdy zadzwonił telefon.
-Pan Dziedzic?
-Magister Oswald Dziedzic - pisarz, czym mogę służyć?
-Dzwonię z gminnego ośrodka kultury w Cieciórce.
-Tak. Domyślam się z jakiego powodu pani dzwoni. Bardzo dziękuję za nagrodę, jest ona niewątpliwie istotnym krokiem na drodze mojej kariery. Pragnę podziękować członkom znamienitego jury, za docenienie mojej prozy. Nadmienię, że przesłane opowiadania są oparte na faktach autentycznych. Oczywiście ja jako artysta przepuściłem fakty przez pryzmat mojego widzenia świata…
-Panie Dziedzic…
-Pani pozwoli, że skończę myśl…przez pryzmat, który jest moim subiektywnym spojrzeniem, aczkolwiek nie jest on pozbawiony wartości uniwersalnych i jak się domyślam to przekonało jury.
-Panie Dziedzic. Na konkurs przyszło czterdzieści pięć zestawów.
-Proszę bardzo konkurencja nie śpi…
-Wszystkie były pańskie. Nawet godła pan nie zmienił. Jury postanowiło nie przyznać żadnej nagrody, a tegoroczny konkurs anulować.
-Jak to? To skandal, przecież…
-Życzę miłego dnia.

Oswald mieszkał w pięknie położonej posiadłości na skraju miasta. Od śmierci matki sam. Dwa razy w tygodniu wpadała pani Gienia, żeby jako tako ogarnąć i ugotować na kilka dni jedzenia. Oswald na czas tych wizyt wychodził na spacer. Nie przepadał za grubą i głupią babą. Podobnie jak za większością ludzi. Kochał matkę, o której do dzisiaj mówił – mamunia. Poświęcił jej w powieści piętnaście rozdziałów, ojcu jeden wyraz – skurwysyn.

Niedawno Oswald skończył czterdziestkę, na skroniach pojawiły mu się pierwsze siwe włosy. Wyrywał je systematycznie pęsetką i zaczął się zastanawiać nad użyciem farby. Pomyślał, że jako ciemny brunet, lepiej prezentowałby się w blasku fleszy.

Oswald wszystko zawdzięczał mamuni. Talent, wychowanie, pracowitość a przede wszystkim higieniczność. Kąpał się kilka razy dziennie, codziennie golił i zmieniał bieliznę. Dbał nie tylko o higienę ciała ale i ducha. Raz na dwa tygodnie dzwonił do zaprzyjaźnionej agencji towarzyskiej. Własnoręcznie sprawdzał czystość przysyłanych kobiet, czasem groźnym gestem wskazywał drzwi łazienki. Nie krzyczał, czekał cierpliwie, w międzyczasie szlifując rękopis. Dodawał jakieś słowo, albo zmieniał konstrukcję zdania. Kiedy dziewczyna przychodziła kazał się jej położyć z rozchylonymi nogami i zamkniętymi oczami. Wkładał dla pewności trzy prezerwatywy i w ciągu kilku minut pozbywał się ciążącego nasienia. Niemal natychmiast wracał do pracy nad jednym z kilkunastu rozdziałów poświęconych erotycznemu życiu Oswalda.

Trzy miesiące od dnia kiedy pocztowa furgonetka rozwiozła w świat pękate paczki z powieścią Oswalda, przyszła pierwsza odpowiedź. Długo nie odkrywał koperty. Nalał szkockiej, zapalił hawańskie cygaro. Chciał, zapamiętać tą chwilę jak najlepiej. Oto dzień, w którym zacznie się jego kariera. Przełknął łyk alkoholu i zaciągnął się cygarem. Wypuszczając dym nosem – zaczął czytać. „ Szanowny Panie Oswaldzie. Doceniamy nakład pracy włożony w przesłane dzieło – „Życie niezwykłe Oswalda Dziedzica”. Niestety nie jesteśmy zainteresowani jego wydaniem. Z poważaniem dyrektor do spraw wydawniczych Marceli Drongowski.

Oswald nie tracąc dobrego samopoczucia dopił szkocką i wrzucając list do śmieci powiedział – Nie to nie.

Przez kolejne trzy miesiące Oswald Dziedzic wytrwale czekał. Nie pisał. Zbyt wiele czasu zajmowało mu wypatrywanie przez lornetkę listonosza. Z tego też powodu zabronił pani Gieni sprzątać – Co by było gdyby przed furtką pojawił się listonosz z poleconym, gdy w tym samym czasie pani Gienia zagłuszałaby dzwonek odkurzaczem. - Pani Gienia uniosła się honorem i powiedziała, że jak Oswald taki mądry to niech zarasta brudem i niech żreć sobie sam gotuje, bo ona nie będzie się za marne grosze dawała pomiatać. - Oswald nie przejął się odejściem gosposi. W książce znalazł firmę robiącą zakupy na telefon.

Oswald nie nadążał pozbywać się siwych włosów. Z każdym dniem czuł się coraz gorzej. Dzwonił do kolejnych wydawnictw, słysząc te same rady, żeby zająć się czymś innym, że nie każdy może pisać, że nie każdy powinien. Jeden z wydawców pocieszył go, że pisarze niezrozumiali, często są odkrywani dopiero po śmierci. Oswald zapytał go, czy sugeruje mu to rozwiązanie. Tamten zaśmiał się przez chwilę a potem całkiem poważnie dodał – To byłoby jakieś wyjście.

Tego wieczoru Oswald Dziedzic postanowił zrobić istotny krok na drodze do kariery. Zjadł wyśmienitą kolację, przywiezioną mu z najlepszej restauracji. Wypił kilka szklaneczek ulubionego trunku. Kopertę z testamentem zatytułował odręcznym dopiskiem. „Ostatnia wola pisarza Oswalda Dziedzica.” Kiedy upewnił się, że wszystko załatwił usiadł w fotelu i przyłożył strzelbę do skroni.
Chybił.

Opublikowano

Świetnie Piotrze.Dobrze, że się nam przypomniałeś.
Piszesz o nas, o sobie, o innych nie spełnionych artystach z ironią, ale jednak ciepło. Podoba mi sie historia Oswalda. Nawet fakt, że chybił jest rozbrajający.
Zmieniłbym może jedynie: "że nie każdy może pisać" na "każdy MOŻE pisać". Fakt, że nie każdy musi, a nawet nie każdy powinien.

Opublikowano

Tez cos takiego popelnilem, ale nie tak subtelnie - rzecz o spoznieniu sie zwie...

Sparodiowales elegancko nasze zawile pragnienia, nasz megalomanie i wielki, zrozumialy apetyt za zaszczyty za krzywienie kregoslupa i psucie oczu.

Ile w tym roku zlapales nagrod??? :)))

Coz milo, ze sobie poszedles. Ostatni raz o cos pytalem.

Opublikowano

po prostu rewelka
doprawdy nie wiem, śmiać się, czy płakać
do prawdy blisko, jak do tafli lustra, którego odbicie Puściłeś niczym mniej niczym więcej, jak zajęczym jękiem niczego w sam raz
brawa i ukłony
/wybaczyć proszę zawiłości, po piwie pisane -czytać również po piwie/

Opublikowano

Nie znam twoich wczesniejszych tekstow lecz ten jest napisany lekką ręką i w dodatku błyskotliwie. to nawet wena tworcza ukazan w krzywym zwierciadle bo wówczas pastisz to humoreska i groteska.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nieistotne czy to mieszkanie w bloku willa z egzotycznym ogrodem jurta igloo wiejska chatka otoczona malwami   może być z cegieł desek lodu skór rozpiętych na drewnianych palach tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę   solidnie wymurowany od fundamentów po dach albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami wykopany w ziemi nieruchomy na śnieżnych polach przeniesiony na niebo między gwiazdy   nie ma znaczenia rzeczywistość i budulec czasem jest jedynie napisany w wierszu zapamiętany z baśni noszony na dnie serca codziennie wymyślany od nowa a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną   rozmawiamy w nim przytulamy się modlimy pieczemy chleb głaszczemy kota lub psa usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych wszechświatów   lecz najważniejsze że to  nie tylko przestrzeń na spokojny głęboki oddech który nie męczy się bliskością   ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Simon Tracy Simonie, zgadzam się z @Berenika97,że jesteś mistrzem tego mrocznego gatunku literackiego. Pozdrawiam!
    • Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.    Bęc. Druga prosto w rdzawe oko.     Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu.    Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada.    Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej.    Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.   Na szybie strumienie chaosu.     Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia.    Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.    Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte.    Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać.    Puk. Puk.     Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.    Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury.    Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.    Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych.   A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową.    W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów.    Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych.    Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.    Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny.    Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia.     I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
    • @GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem. Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów. ;)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...