Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

           Rozdział piętnasty 

 

   Po przegranych starciach - trudno je nazwać bitwami ze względu na szybkość i zdecydowanie, z jakim wojsko Rzeczypospolitej postępowało naprzód - w całym pasie nadgranicznym, poczynając od Stralsundu i Rostocka przez Drezno oraz Lipsk aż po Norymbergę i Monachium - germańskie oddziały w stanie liczebnym znacznie mniejszym od wyjściowego oraz w poczuciu całkowitej dezorientacji były okrążane i brane do niewoli. Siła ataku i tempo posuwania się naprzód armii polskiej zadziwiał cara mimo, iż przecież mogł on spodziewać się takich rezultatów, skoro kampanię - ze szczegółami, jak wiesz, mój Czytelniku - zaplanował w końcu nie kto inny, jak uwszechświatowiony Muhammad, a jej zaplecze szkoleniowe i technologiczne wymyślone zostało  przez dwóch pozostałych WspółMistrzów. W sposób absolutny zaskakiwani byli również lokalni rzeszowi oficjele i urzędnicy niższego szczebla, dla których docierający brak informacji od dowódców oddziałów, rozmieszczonych na wschód od zarządzanych przez nich miejscowości nie oznaczał najczęściej tego, co oznaczać był powinien. Jako że odznaczali się, jako - nazwę to wprost - produkty systemu ograniczającego wyobraźnię i będącego wrogiem swobodnego myślenia - tymiż właśnie. Czyli brakiem wyobraźni i brakiem myślenia. Przez co - albo dzięki czemu - w tym, co uważali za swoje umysły, nie powstawały wyobrażenia, że oddziały te mogą już zwyczajnie nie istnieć albo ludzie je stanowiący mogą znajdować się w polskich rękach. Myśli zaś takie najzwyczajniej nie przychodziły do nich z tej samej przyczyny: intelektualnych ograniczeń mających u podstaw negatywną intencję i negatywny zamysł systemu, zrodzonego w głowie pewnego doradcy pewnego germańskiego króla przed kilkoma wiekami. A przez kolejnych władców i ich doradców oraz przychodzących po nich polityków i ich ministrów wdrażane i wpajane w ramach systemu tak zwanego edukacyjnego kształtowania świadomego obywatela. Który, jak właśnie pokazywała sytuacja, bynajmniej świadomym nie był. 

 

           *     *     *

 

   - Superfajnie walczy się takim czołgiem - uśmiechnął się do siebie Muhammad, siedząc wygodnie na miejscu dowódcy 8TP i prowadząc pojazd przy pomocy telekinezy oraz przy jej pomocy strzelając - raz ze stumilimetrowego działa, a raz z karabinów maszynowych - zależnie od bojowych okoliczności. 

   - Ciach! - uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy wybuch wystrzelonego przezeń pocisku wysłał do boskiego wymiaru dusze artylerzystów, obsługujących stojącą w odległości około stu metrów na wprost jego czołgu armatę. - Ach, tego mi było potrzeba! Tak - uśmiechnął się po raz trzeci. - Energia waszych ciał na powrót zjednoczy się z energią Mamy Ziemi, z duszami zaś, o, już stojącymi przede mną, zaraz sobie przeprowadzimy duchową analizę wcieleń, które właśnie zakończyliście. Odechce się wam wojaczki i zabijania - taak, odechce. Zamiast tego w kolejnych inkarnacjach zaczniecie podążać ścieżką duchowego rozwoju w spokojnym, rodzinnym życiu. I was też oduczę chęci wojowania - uruchomił spojrzeniem karabin maszynowy, umieszczony przy siedzeniu radiotelegrafisty. Broń wystrzeliła ilość pocisków, potrzebnych do rozdzielenia ciał i dusz żołnierzy przy kolejnym dziale, ustawionym trochę dalej nieco po prawej stronie.

- Ciach! - powtórzył myślosłowo. - I znajdziecie sobie lepsze, bardziej stosowne dla was żony. Nie takie, które zostawszy wychowane w niezbyt prawidłowym rozumieniu miłości do ojczyzny, wyślą was na pewną śmierć, po czym będą podsycać w sobie i krzewić w dzieciach negatywne emocje w postaci obwiniania Polaków - i to wszystkich bez wyjątku - za waszą i ich osobistą tragedię. Nie chcąc pamiętać, że jej podstawa leży w waszej decyzji - umysłów wypaczonych przez system i dusz, przezeń ogłupionych. 

   - Niestety... - tu uśmiechnął się smutno, przenikając spojrzeniem przez ścianę domu i widząc dwudziestoletnią zaledwie matkę, wykrzykującą w zacietrzewieniu antypolską tyradę nad kołyską, z której spoglądało na nią nie tyle rozumiejące wyrazy, ile chłonące matczyne złość i nienawiść roczne raptem niemowlę. - Czasem można tylko tak...

   - Muhammadzie - Jezus przeszkodził mu w ostatniej, czyli jak najbardziej właściwej chwili. - Mi to zostaw. Pocisk jest bezosobowy, a Mnie rozpozna.

   Nic rzekłszy w odpowiedzi, zwany Prorokiem spokojnie obrócił wieżę czołgu, przekierowując działo w stronę osób, następnych w kolejce do wysłania przed oblicze Osobowego Wszechświata...

Cdn.

 

   Gdańsk, 9. Grudnia 2024

 

 

 

 

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

   Czas najwyższy na tę zmianę. Wspomniana księga jest połączeniem prawd i kłamstw, zaś od chrześcijaństwa buddyzm i hinduizm przekazują więcej prawd. Szczególnie tę o reinkarnacji. 

   Dzięki Ci wielce za wizytę, czytanie i komentarz.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @hollow man   "Guma turbo i młodość za sobą" - jednym zdaniem cały bilans przeminięcia. Uderza mnie ta próba schowania się - za Facebookiem, za równaniami, za precyzją matematyczną. Jakbyś szukał schronienia przed koniecznością bycia sobą. Ale potem przychodzi ta prawda - podmiot się stwarza, nie jest z góry dany. I ten obraz Kriszny przed podziałem - moment czystego istnienia, zanim słowa wszystko skomplikują. Wiersz o ucieczce i o niemożności ucieczki jednocześnie.
    • Obiecałam pewnej osobie, że wrzucę tu coś z mojej prozy. Oczywscie, jak to ja, nie dotrzymałam terminu owej obietnicy, lecz myślę, że... no, mniejsza. Dziś przedstawiam jedno z moich opowiadań. Jedno z pierwszych, stanowiące fundament mojej dalszej twórczości. Może ktoś wyłowi w nim to, co czyni obecną mnie — mną.                                Sklep pana Kumara       „Odpowiedź na każde pytanie. Za jedyne 3 funty!” – głosił szyld sklepiku w jednej z wąskich londyńskich uliczek. Zatrzymałem się i spojrzałem przez witrynę na regały. Zajmowały je szklane kule, wypełnione czymś przypominającym fioletową mgiełkę; kły pomalowane na jaskrawe kolory; egzotyczne instrumenty, fiolki, wyszczerbione szklanki, szpetne bibeloty i pluszowy Cerber z czerwonymi oczyma.     Zastanawiałem się, po jakie licho ktoś miałby kupić cokolwiek z tej osobliwej kolekcji. Chociaż... ciotka Judy z pewnością sprawiłaby sobie takiego pluszowego Cerbera. Ta kobieta miała półkę pełną obrzydliwych pluszowych kotków nad równie obrzydliwą pluszową kanapą.     Moje spojrzenie jeszcze raz powędrowało do szyldu. „Odpowiedź na każde pytanie. Za jedyne 3 funty!” – odczytał w mojej głowie głosik entuzjastycznego spikera.     Dzwoneczki zadźwięczały, gdy chwilę później wszedłem do środka. Drewniany parkiet skrzypiał. Sklep był o wiele większy, niż mogłoby się wydawać, a…     Spod sufitu, na srebrych łańcuszkach, zwisał gigantyczny krokodyl.    Przeszedłem kilka kroków, wciąż unosząc głowę (coś mówiło mi, że podbrzusze krokodyla może zaraz rozświetlić wbudowana w nie żarówka), potem się rozejrzałem.  Otaczały mnie przedmioty o różnych kształtach, kolorach i fakturach. Jedną ścianę zapełniały zdobione ramy entomologiczne z motylami., Na kamiennym postumencie, w przeszkolej kopule, znajdował się szkielet strusia. U stóp postumentu stała tabliczka z napisem: „Nie przeznaczone na sprzedaż”.     Znad lady spoglądał na mnie sprzedawca. Miał starannie utrzymany wąs, krótkie siwe włosy i okulary lenonki, które pomniejszały mu oczy.    Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, aż w końcu przypomniałem sobie o języku w gębie:    – Dzień dobry.    – Dzień dobry. Nazywam się John Kumar.    Żaden sprzedawca, ani wcześniej, ani później, mi się nie przedstawił, toteż moja twarz musiała zdradzić zdziwienie.   Machnął ręką.    – I tak pewnie nie zobaczymy się już nigdy więcej, więc dlaczego nie mielibyśmy się sobie przedstawić? – spytał.   Wzruszyłem ramionami.    – Lucas Logan.    – I czego tu szukasz, Lucas?    – Nie wiem – odparłem. – Tak tylko… się rozglądam.    Uśmiechnął się.    – Czyli już jesteś w mniejszości.    Nie do końca zrozumiałem, o co mu chodziło, ale również się uśmiechnąłem.    – Ten szyld... co on oznacza? – odezwałem się.    Pan Kumar zdjął lenonki, chuchnął na szkła, i znów je założył.     – No… oznacza tyle, że odpowiem za każde twoje pytanie za jedyne 3 funty.    – Naprawdę?    – Tak.    – Dlaczego wywiesił pan taki szyld, a nie na przykład…nie wiem… „Gabinet osobliwości Johna Kumara”?    – Każdy widzi te, jak to ładnie ująłeś, osobliwości przez witrynę. A kto wiedziałby, że odpowiadam na każde pytanie? I to za – zachichotał – jedyne 3 funty?    – A więc, gdybym dał panu te 3 funty…    – Odpowiedziałbym na 5 pytania. Tak. Na jakikolwiek temat, zgodnie z prawdą.    – Czyli nie na każde – wytknąłem. – Tylko na 5.    – Na 5 za opłatą, na resztę za darmo.    – A czym się różnią te za opłatą od tych za darmo?    – Te pierwsze, to takie, nad którymi ludzie muszą się trochę zastanowić. A te za darmo… cóż, jestem sprzedawcą. Nie mogę pobierać opłat za pytania: „Czy ten pluszowy Cerber ma moc odganiania złych dusz?”, nie sądzisz?    – Ktoś naprawdę o to zapytał?    – Nie, to akurat zmyśliłem.    Zanim zorientowałem się co robię, wyciągałem już portfel z kieszeni kurtki. Podszedłem do lady i wręczyłem panu Kumarowi 3 funty.    Schował pieniądze do kieszeni.     – Zgubiłem kluczyk do kasy – wyjaśnił poufałym szeptem. Po czym dodał: – Zastanów się dobrze. Odpowiem na 5 twoich pytań. Nigdy się nie mylę.    – Odpowiem na 5 twoich pytań – powtórzyłem. – Tak powinno pisać na szyldzie.    – Być może. Ale mniejsza o to. Zastanów się.    – Co mam zrobić, żebym być szczęśliwy?     – Najpierw musisz być nieszczęśliwy.    Mina mi zrzedła.    – A co mam zrobić, żebym był bogaty?    – Najpierw musisz być biedny – brzmiała kolejna natychmiastowa odpowiedź.    – Jest pan jakąś nieudolną wróżką? – palnąłem bez namysłu. – I zawsze mówi pan paradoksami?    – Nie. I często tak.    Ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć czegoś niemiłego.     Po chwili zapytałem jednak:    – Kim będę w przyszłości?    – Kimś, kto zawsze będzie żałował, że zmarnował swoje 3 i 4 pytanie.    – Proszę oddać mi moje pieniądze.    Pan Kumar przechylił głowę w bok.    – Odpowiedziałem na twoje pytania, Lucas.    – Wcale nie, nie odpowiedział mi pan. Niczego się nie dowiedziałem.    – Dowiedziałeś się tyle, ile chciałeś się dowiedzieć. Mówiłem tylko prawdę.    Odwróciłem się i wyszedłem bez słowa. A kiedy przechodziłem pod krokodylem – jego podbrzusze rozświetliło się żółtym blaskiem.          
    • @Mitylene   Jakie to lekkie i pełne światła. Czuć tu cichą radość oczekiwania, moment zawieszenia między tęsknotą a spełnieniem. "Przestrzeń ukwiecona deszczem" to piękny obraz. Wiersz jak jeden długi oddech przed spotkaniem.
    • @ernest.guzik Specjalistą od rymów i rytmów nie jestem, ale prowadzenie tekstu, treść, lekkość, taka niewymuszona melancholia - bardzo ujmujące.
    • @Czarek Płatak   To jest wiersz o zjednoczeniu z naturą, ale napisany w sposób bardzo zmysłowy. Ta dziewczyna "przywiera do nagiego brzucha łąki" - to nie jest poetyckie leżenie na trawie, to niemal fizyczna bliskość, intymność z ziemią. A potem ta nocna scena - gwiazdy jak krople potu, "zapach pobudzenia". To balansowanie na granicy - erotyzm, niedopowiedzenie, które budzi wyobraźnię. "Wsuwało się dłonie pod biodra co unoszą się w górę" - nie wiadomo czyje to dłonie, czy to jeszcze metafora natury, czy już kogoś innego. I właśnie w tej wieloznaczności jest piękno. Wiersz działa jak zmysłowe doświadczenie. Czuję ciepło skóry, zapach trawy, ciężar letniego powietrza. Pięknie napisane.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...