Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Owszem, “muchy w nosie” miewam, jak każdy zdegenerowany inteligent, szczególnie, gdy mnóstwo mrówek pracuje zawzięcie, by popsuć mi resztki śniadania, które z Mr. Beanem zjadamy codziennie na ławeczce w parku. Facet już się nieswojo poczuł w Londynie, to go nad Wisłę przyniosło. On przynosi bułkę, a ja ogórek kwaszony, po czym natychmiast, z powodu ogórka, dosiada się znajomy pijak, z już gotową pod zagrychę flaszeczką. I.zaczyna się ... „Jak to miło się złożyło, że sielanka ta, tak słonecznie trwa, tra la la la la” I o to chodzi, żeby słoneczko grzało! Broń Boże gorzałę. Od tego mamy dołek, pod ławeczką, żeby ziębił, a na serdelki przeważnie czekamy parę godzin, zanim Józio nie wyleczy się z wczorajszego kaca. I tak przykro wcale nie jest, bo Franek od razu opowiada o dniu wczorajszym, który przeważnie podobny jest do przedwczorajszego, a mianowicie wpomina czule gorące uściski małżonki, która jak zwykle czekała rozpalona do czerwoności miłością, ale nie do niego, tylko do jego zarobionych pieniędzy, których resztki wyrywa ruchem wprawnej wiewiórki wprost z wewnętrznej kieszeni jego marynarki. Dniówkę mocno uszczuploną, przesiąkniętą mocnym zapachem przetrawionego alkoholu. Pan Bolek, co już zna dokładnie jego nocne wymagania zawsze zamyka za nim drzwi mniej więcej w połowie wypłaty, by zadośćuczynić tej dobrej kobiecie, która już parę razy odwiedziła jego przyjemną knajpkę z czymś podobnym do noża i połączonym ręką z głową o umieszconych w niej wściekłością pałających oczach i ustami pełnymi niestrawnych „steków”. Po paru tych, jakże miłych odwiedzinach, barman już zaopiekował się Frankiem, prawie jak przedszkolakiem i nawet odprowadza go do drzwi bez sceny ostatniej, którą zwykł czynić w przypadku innych miłych gości, za pomocą swej silnej, dobrze umięśnionej nogi z głośnym okrzykiem huzara:
-Zamykamy!!!!!!!!!!!!!!!!!!
A jest to przeważnie blada godzina, więc Franek wiele czasu do spotkania z nami nie ma, ale zawsze kimnie trochę i dosiada się ze swą jak na patefonie zarysowaną płytą, tą samą melodią z poprzedniego wieczora.
- A jakże tam, panowie!?- Pyta zawsze, jakby to było pierwszy raz. No, ale tak się już ustaliło między nami, że formy grzecznościowe muszą być. Głównie z powodu Beana. Franek jest punktualny, w przeciwieństwie do Józia, który za to pojawia się przeważnie z wiankiem smakowitych serdelków, pochodzących od najlepszego w dzielnicy rzeźnika, który jest jego teściem, a który to, co prawda, nie pała do niego gorącą miłością, ale szczęściem dla nas, boi się nawet jego splunięcia, jako, że Józio wychylił się niedawno zza krat, które zdobiły jego szlachetne oblicze przez przeszło dziesięć lat i przy niezłej pogodzie nawet odznaczyły się na czas jakiś na jego szlachetnym, a szpetnym obliczu; nie powiem rzezimieszka, bo by się obraził, ale starego sługi bezprawia, co już niejeden medal, jako stary tej służby wiarus dostać powinien. Niestety, nikt nie przyznał mu nawet kilku dni uczciwej pracy i drzwi zamykały się przed jego mięsistym nosem nagminnie i szczelnie w każdej agencji zatrudnienia. No, cóż, szkoda, ale kiełbaski zawsze dostaje bez najmniejszego szemrnięcia za jedyne tylko słówko, oznaczające, że jego uczciwa stopa nie postanie już drugi raz tego dnia na tak zacnym terenie pachnącym mięsem i dobrym biznesem.Tym sposobem cała nasza paczka z Mr. Beanem na czele świetnie egzystuje dnia każdego w cieniu lipowego drzwa, na wyświechtanej od zacnych tyłków ławeczce koloru wyżartej ze świeżości zieleni. Jak już wspominałem, te miłe chwile dzielimy „tugeder” z ukochanym Mr. Beanem, który dostarcza nam co dzień świeżej prasy, prosto ze stolicy wszystkich stolic, pod której niebem zbierają się nasi w poszukiwaniu uczciwych zarobków, gdyż takowe jakoś nie czepiają się u nas uczciwych ludzi, i za którymi tęsknią tacy, których książki pozjadały prawie do cna, zostawiając jedynie głowę, która jeszcze pracuje całkiem nieźle i całkiem nieźle podpowiada. Czytamy sobie nieraz takie na przykład smakowite fraszki o tym, jak chmara cudzoziemców okrada z angielskości angielski Londyn. I co z tego wyniknie? A czy pod takim lipowym drzewem mamy się znęcać nad sobą, żeby się takimi bzdurami zajmować? Są gorsze problemy. Czasem Józio nie przyjdzie i zdychamy z głodu, jak zaszyte w lesie wilki odcięte od stada tłuściutkich baranów, które są za zasłoną dymną lasu trudności do pokonania, których pokonanie umożliwiłoby schwytanie ich, w celach nie czysto humanitarnych, aczkolwiek byłoby to sprawą dyskusyjną, gdyż stado zgłodniałych wilków także musi utrzymać się jakoś przy życiu. One, albo owce. W obu przypadkach będzie strona poszkodowana. A w przypadku baranów nawet zjedzona. Baran to baran, zawsze poszkodowany, czasem tylko nie jedzony z powodu swej jurnej postury rozpłodowej. Ale i to ma swój koniec, zazwyczaj na gorszych stołach tanich jatek. A my, tu pod lipą, zamiast jeść kiełbaski od Józia musimy znosić angielskie humory Beana, przyglądać się jego głupim minom i zjadać jego śmierdzące skarpetką śniadanie, zazwyczaj ukraszone czymś w rodzaju zdechłej ryby rodem z Tamizy, złowionej przez niego samego dnia poprzedniego. Nawet kiszony ogórek kurczy się w sobie na jej widok i dostaje krostowatych wyprysków na skórze. A gorzała znika jak z półek najświeższe wydanie bestsellera, bo reszta jest tak niestrawna, że nawet żebrak pogardziłby, gdybyśmy takiego mieli pod ręką, ale i w tym nawet szczęście nam nie sprzyja. Musimy zapijać, bo nic innego nie pozostaje. Brr, tak marnować dobrą Stołeczną pod takie świństwo!
Nostalgia za Józiem wzmaga się z godziny na godzinę i kiedy on pojawia się nagle, co zdarza się późno, gdyż jego zwiotczałe ciało nie jest w stanie naprężyć oczekujących pracy mieśni i poddaje się uczuciu straszliwej niemocy, co oznacza dla nas straszliwą i całkowitą głodówkę, lub powyżej opisane cierpienia.
- Ale jest, nareszcie!
- Józiu!!!!!!!-Wyjemy chórem. Są serdele??!!!-Wołamy niezwykle serdecznie, po czym osłaniając oczy przed jadowitym słońcem wypatrujemy, czy idzie ze zdobyczą , czy też jedynie Józio, który bez serdelków nie stanowi dla nas większej wartości poza zdechłym kawałem zmęczonego mięcha z szerokim uśmiechem na zakłopotanej twarzy. Mr. Bean wymachuje znów szmatą spod której wysuwa się flegmatyczny kawałek londyńskiego akcentu , który spod chusteczki do nosa wkracza w nasze uszy nieartykułowanymi dźwiękami, które z angielskim mają tyle wspólnego, (na tyle się możemy sami zorientować) co skrzypienie deski ze śpiewem ptaka. Ale, chyba się przesłyszałem!? On mówi po polsku:
- Przy- nio- słem serdelki.
-A to co innego, możesz nawet zjeść dziś swoją rybę bez naszego udziału, a my zajmiemy się serdecznie serdelansami. Swoją drogą, jak ci to przyszło do tej angielskiej głowy?
- Polish guys mówić mi, że jeżeli kupić Polaku zagrychę to być przyjaciel, jak Kali.
- Ano, zgadza się-dawaj serdelki.
- Na to nie mieć dzisiaj ochoty, może inną razą, jak Józio nie przyjdzie.
-A, niech cię...umilkłem, bo...za mgłą, serdelków już nie było widać, jak i jego, Bean`a, który tylko mi się przyśnił w kolejce po bilety do Londynu. A jeszcze wczoraj tak przyjemnie wcinaliśmy jego serdelki. Ale, to były pożegnalne. Potem, po żabich udkach, przeleciał nad kanałem kukuruźnikiem. Ma już facet wprawę, bo ten, co go grał świetnie go tego nauczył gdzieś w Afryce.
-Józek, nie szarp tak, bo mi rękaw urwiesz i obudzisz Franka, a wtedy jego „macocha” wyląduje nam na karku ze swoją wilczą łapą na pieniądze. Przecież wiesz jak on się jej boi. Zaraz będzie do niej wydzwaniał, że już połowa dniówki czeka w wewnętrznej kieszeni marynarki.I zleci nam baba na głowę jak nic. Lepiej cicho siedź, podaj tylko gorzałę, to się we dwóch napijemy, zanim się obudzi.
- O kurde, on chyba nie żyje!!!!!!!!!!! Chyba Bean otruł go tą wredną rybą!?

-Dajemy drapaka, bo jak "Scotland Yard" wyślą tu na nas, to nam nikt nie uwierzy!! Miej tu zaufanie do kretynów! Chciał tylko pomóc!!!? Pechowy ten facet, jak cholera, ale Franek jeszcze bardziej. Myśmy tyle razy jedli i nic, a on, popatrz! Za mało zapił...

- Mnie się już tej Anglii odechciało, powiedział Józek. Jak tam więcej takich Beanów, to cmentarzysko niedługo tam będzie. I nie po to się uczyłem łaciny, żeby teraz po angielsku gadać. Sp...my stąd! Co, nie rozumiesz po łacinie? To może po angielsku-Go with the wind, my dear!!! Tam już się powoli ptasie radio robi. Angielski to niedługo w kajdany zakują i do ciupy wsadzą! Wtedy... może. Ale teraz zabieraj gorzałę i jazda. Pod lipę! Napijemy się spokojnie, po polsku.

Opublikowano

Miast Scotland Yardu gonia constable, w ostatecznosci przyjezdzaja biale koszule w kamizelkach kuloodpornych :) Na szczescie mialem do czynienia tylko z pierwszymi, rok temu na Leicester Square przy Soho. Nie wylapalem jeno, czy to akcja w Polandii czy nad Tamiza.

Opublikowano

W Polandii:"...to go nad Wisłę przyniosło"..."w kolejce po bilety do Londynu"
Scotland Yard wzięłam w cudzysłów (zapomniałam)
Ps. Ojej, nie strasz, moja córka tam leci niedługo.To było powodem napisania tego...Taka nerwicowa reakcja. Pozdrawiam.

Opublikowano

Jak nie bedzie pila z Polaczkami w parku, nic jej nie grozi :))))))))))))))
to bardzo cywilizowany kraj. wszedzie sa kamery wlasnie po to, zeby panowie w kamizelkach mogli szybko interweniowac :)))

Opublikowano

Przerwy spowodowane względami technicznymi. Dzięki Wam. Trochę było ryzykowne mieszać kijem w tym "stawie", ale widzę, że prześwituje moje przymróżone oko, skoro bierzecie to na wesoło. Pozdrawiam serdecznie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...