Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

23 kwietnia 2004, Piątek

Jestem głodny.
Tak, jak zwykle bywa po godzinie 23, odczuwam ogromną ochotę, aby coś przekąsić, jednak najpierw mam w planach opisanie dzisiejszego dnia. A jest co opisywać, zatem posiłek może zaczekać.
Obudziłem się wyjątkowo późno, bo grubo po siódmej. Zwykle wstaje już o piątej, gdyż nie lubię wylegiwać się do późnych godzin. Jestem jednym z tych ludzi, którzy twierdzą, że spanie to strata cennego czasu.
Kiedy myłem zęby, będąc już po śniadaniu, na które składała się jajecznica z bekonem i kilka grubych skibek chleba z masłem, usłyszałem dzwonek do drzwi. Z początku pomyślałem, że to pewnie znowu ta stara bżdziągwa spod szesnastki chce pożyczyć cukier, ale kiedy spojrzałem przez wizjer, ujrzałem mężczyznę w eleganckim czarnym garniturze, trzymającego w dłoni jakąś teczkę. Postałem chwilę przy drzwiach, zastanawiając się nad tym, czy przypadkiem już kiedyś go nie widziałem.
W końcu otworzyłem drzwi. Mężczyzna był wysoki, miał krótko ostrzyżone włosy, kozią bródkę i pachniał perfumami Dolce & Gabbana. Dopiero wtedy zobaczyłem, że przedmiotem, który trzymał w ręku nie jest teczka, tylko czarna, lśniąca walizka.
" Dzień dobry " - powiedział donośnym głosem, który zupełnie do niego nie pasował. Zapytałem, o co chodzi, a on na to, czy może wejść do środka.
" Zajmę panu naprawdę niewiele czasu, a jestem przekonany, że będzie pan zainteresowany tym, co mam do zaoferowania " - dodał, lekko się uśmiechając. Taki uśmiech zwykle wabiąco działa na kobiety, lecz jeśli chodzi o mnie, odparłem krótko:
" Nie "
Przymierzałem się do tego, aby zamknąć drzwi, ale mężczyzna zwinnie wsunął się do mieszkania i z przepraszającym wyrazem twarzy powiedział:
" To naprawdę nie zajmie wiele czasu, a na pewno pana zainteresuje. Wiem, że jest pan doskonałym kucharzem, kochającym dobre jedzenie, przyrządzone przez siebie. Wiem także, że zna się pan na perfumach i bardzo je kocha, zapach ma dla pana ogromne znaczenie i przywiązuje pan do niego dużą rolę ".
Nie miałem pojęcia, skąd dowiedział się o mnie tych rzeczy, które oczywiście były prawdą, jednak nie zrobiło to na mnie większego wrażenia.
" Nie jestem niczym zainteresowany " - rzekłem spokojnie i poprosiłem nieproszonego gościa, aby opuścił moje mieszkanie. Facet roześmiał się, co lekko mnie zdenerwowało. Już miałem powiedzieć, że jeśli nie wyjdzie grzecznie z mojego mieszkania, to zadzwonię na policję, ale wtedy otworzył walizkę, kładąc ją na maleńkim stoliku pośrodku korytarza. Ujrzałem kilka kolorowych flakoników o różnych rozmiarach, od kilku do kilkuset mililitrowych, wypełnionych jakimiś cieczami. Domyśliłem się, że były to perfumy.
" Przez blisko osiem lat pracował pan w perfumerii i jest pan doskonale obeznany w zapachach" - Mężczyzna mówił płynnie, wydawał się starannie dobierać każde słowo, jakby bał się, że niewielkie chociaż zająknięcie może go srogo kosztować. " Nie przyszedłem tu po to, aby wcisnąć panu chłam, nie jestem akwizytorem, ani nikim podobnym. Sądzę jednak, że mam coś, co spodoba się panu i nie mogę się już doczekać, kiedy zrozumie pan, o co mi chodzi".
Gadał jak skończony wariat, ale trzeba było przyznać, że pasja, z jaką cedził każde słowo spowodowała, że spytałem;
" O co konkretnie panu chodzi? " - Krążył naokoło walizki, jak psiak zainteresowany małą myszką, która właśnie wyszła ze swojej norki.
" Jednak w jakiś sposób udało mi się pana zainteresować " - powiedział z dumą - " Jestem bardzo ucieszony z tego powodu. Czy moglibyśmy gdzieś usiąść i porozmawiać? " - kiedy szeroko się uśmiechnął, zobaczyłem jego białe, jak śnieg zęby. Był bardzo schludny, zadbany i elegancki. Wyglądał mi na dość zamożnego człowieka i chyba był niegroźny. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Zaprowadziłem go do jednego z dwóch pokoi i poprosiłem, aby usiadł w fotelu. Kiedy zaproponowałem mu kawę odmówił, nie chciał też napić się wina, ani nawet wody mineralnej. Usiadłem zatem na drugim fotelu i spojrzałem na niego pytająco. Było mi trochę duszno i oblewałem się potem, ale to nie było w tamtej chwili dla mnie zbyt istotne. Ciekawiły mnie flakony w jego walizce. Wpatrywałem się w nie uważnie. Ułożone były w dwóch rzędach po pięć butelek, które kształtem nie przypominały żadnych znanych mi perfum.
Mężczyzna chrząknął głośno i zaczął mówić:
" W walizce znajduje się dziesięć flakonów wypełnionych po brzegi perfumami, których zapachów pan z pewnością nie zna, mimo, iż nawąchał się ich pan całe mnóstwo. Nie są to żadne podróbki, które często sprzedaje się na rozmaitych targach po niższej cenie. To są wyjątkowe perfumy ".
Słowo "wyjątkowe" wypowiedział przymykając na chwile oczy tak, jakby chciał podkreślić magię tego wyrazu. Ostrożnie wyciągnął jeden z flakonów i podał mi go do ręki. Buteleczka była niewielka, wiśniowego koloru, znajdowało się w niej niewiele ponad dziesięć mililitrów płynu. Była chłodna w dotyku.
" Proszę odkręcić " - powiedział podniecony.
W skupieniu popatrzyłem na flakonik, po czym delikatnie odkręciłem błyszczące wieczko. Prawie natychmiast poczułem zapach. Był ujmujący; słodki, jakby owocowy. Mężczyzna miał rację: nigdy czegoś podobnego nie wąchałem. To było coś innego, coś naprawdę przejmującego. Zapach szalenie przypadł mi do gustu. Przymrużyłem oczy.
" Skąd pan to ma? " - zapytałem po krótkiej chwili. Opanowanym głosem mężczyzna w garniturze odpowiedział:
" Jest na razie tajemnicą wszystko, co dotyczy tych perfum, nazwa firmy, która je produkuje jest nowa i na pewno pan o niej nie słyszał. Brzmi ona "hunger" i nie ma jej jeszcze na rynku."
" Hm " - westchnąłem cicho, nie przestając delektować się niebiańskim zapachem. Z pewnością nie był on zwyczajny. Pachniał luksusem.
" Widzę, że podoba się panu ta woń, i wcale się nie dziwię, to tylko jeden z dziesięciu zapachów, jaki mam przy sobie, za chwile pozna pan resztę tego cudu."
Nie mogłem się doczekać, kiedy poprosi mnie, abym otworzył kolejną butelkę. Byłem przejęty jak niemowlę, które za chwilę napije się mleka z piersi matki. Przez chwilę próbowałem porównać ten zapach do jednego z wielu, które znałem. Jednak żaden z zapachów Hugo Bossa, Giorgio Armaniego, Kenzo, Yves-Saint Laurent czy Gucciego nie przypominał ani trochę tego z małej czerwonej buteleczki. Nie potrafię teraz trafnie opisać tego zapachu. Był słodki, nawet bardzo, może trochę brzoskwiniowy, albo morelowy, nie wiem. Po prostu cudowny.
Kiedy została mi wręczona druga buteleczka, zadygotałem z podniecenia. W pośpiechu otworzyłem flakon i zacząłem wąchać. Ten zapach prawie powalił mnie na kolana; ostry, intensywny jak Chanel nr5, słodkawy jak Hugo i tajemniczy jak Rush Gucciego, zdecydowanie damski zapach. Rozkoszny. Skojarzył mi się z domem nad brzegiem jeziora, polnymi kwiatami, wanilią.
" Wspaniały " - wyszeptałem.
Mężczyzna w czarnym garniturze przytaknął i zapytał:
" Bardzo by pan chciał posiadać jeden z tych zapachów, prawda? Jest pan bardzo podekscytowany ".
" Owszem " - odparłem natychmiast- " ale obawiam się, że nie stać mnie na kupno ani jednego. I to prawda, jestem podekscytowany."
" Zatem mam dla pana niespodziankę. Proszę ocenić, który z nich jest najlepszy i najbardziej fascynujący, a potem proszę go zatrzymać dla siebie".
Popatrzyłem na niego i spytałem:
" To jakaś forma promocji? Reklamy? "
" Nie, nic z tych rzeczy, jestem tu, bo wiem, że pan zna się na sprawie i potrafi rozpoznać dobry zapach. Dlatego też firma po przejrzeniu pana dokumentów stwierdziła, że najbardziej nadaje się pan na osobę, która mogłaby wydać opinię na temat owych perfum. W zamian za to otrzyma pan jeden z flakonów. "
" Teraz rozumiem " - odpowiedziałem" - Zatem nie ma sprawy, myślę, że powinienem czuć się zaszczycony".
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, a ja zacząłem wąchać i oceniać inne zapachy. Muszę przyznać, że były ujmujące, wprost niebiańskie i byłem pewny, że firma szybko zabłyśnie na rynku. Kiedy skończyłem delektować się ostatnim zapachem, usłyszałem:
" Teraz proszę wybrać sobie jeden".
Nie miałem wątpliwości, który zatrzymać. Chwyciłem do ręki kilkudziesięciomililitrową złotą buteleczkę i oświadczyłem, że ten zapach najbardziej mi się podoba.
" Zatem, jest już pana ".
" Dziękuję serdecznie ".
" To ja bardzo dziękuję. Na wszelki wypadek zostawię swoją wizytówkę. Myślę, że pan zadzwoni niedługo, przynajmniej taką mam nadzieję."
" A dlaczego miałbym dzwonić? " - zapytałem nieco zaciekawiony.
" Hmm "- facet roześmiał się - " Po prostu porozmawiać "- dokończył już bardziej poważnym tonem.
Nie wiedziałem dokładnie, o co mu chodziło, ale miałem jeszcze jedno pytanie, które od razu zadałem:
" Kiedy zaczynaliśmy rozmowę, powiedział pan, że wie, iż dobrze gotuję. Wiedział pan, że z zawodu jestem kucharzem i powiedział pan też, że to spotkanie dotyczyło będzie również tej dziedziny. Czy mogę się dowiedzieć, co pan miał na myśli? "
Oczy mu zabłyszczały, kiedy rzucił na mnie swoje spojrzenie. Odpowiedział po chwili:
" To, proszę pana, również jest tajemnicą. Sam pan zobaczy, co miałem na myśli."
" Sam zobaczę? Obawiam się, że nie rozumiem "
" Proszę mi wierzyć, że zrozumie pan niebawem "
Dziwny facet to był, stuprocentowy ekscentryk. Kiedy wyszedł, przez moment stałem w przedpokoju myśląc o naszym spotkaniu, po chwili poszedłem do pokoju zobaczyć jak miewa się mój nowy perfum. Stał na stoliku, złota buteleczka lśniła przepięknie.
Resztę dnia spędziłem w domu przed komputerem relaksując się przy grze w szachy przez Internet. Co jakiś czas odbierałem telefony od znajomych i rodziców, równo o szesnastej poszedłem z psem na spacer, a o dwudziestej wyskoczyłem do pobliskiego marketu po kilka puszek heinekena i chipsy o smaku ketchupowym.
Teraz troszkę boli mnie głowa. Poza tym odczuwam głód. Chyba pójdę zjeść spóźnioną kolację. Nie wiem jeszcze, na co mam ochotę. Może przyrządzę smażone mielone klopsiki? Chyba tak, na samą myśl aż cieknie mi ślinka.
Smażone klopsiki. Hmm. Tak sobie teraz pomyślałem, że chyba lepsze byłyby surowe.



24 kwietnia 2004, Sobota

Jestem potwornie zmęczony, dzisiejszy dzień był naprawdę wyczerpujący i jestem pewien, że jak tylko skończę pisać w pamiętniku, od razu położę się do łóżka i usnę jak kamień.
Wstałem równo o godzinie piątej i wyszedłem z psem na spacer. Cała dzielnica Chelsea pogrążona była we mgle. Szedłem spokojnie ulicą Cheyne Walk, delektując się świeżym powietrzem. Obok mnie woda w rzece leniwie mknęła swoim kursem. Rozmyślałem o dniu wczorajszym, o mężczyźnie z kozią bródką w czarnym garniturze, o perfumach, i o tym, co mnie dzisiaj czeka. Na siedemnastą umówiony byłem z Robertem na partyjkę pokera. Robert jest moim znajomym jeszcze z czasów studiów i jedną z nielicznych osób z tamtego okresu, z którą utrzymuję stały kontakt. Mieszka na West Endzie wraz ze swoją śliczną żoną i dwójką małych dzieci. Ostatnio dość często spotykamy się popołudniami, aby pograć w karty, obu nas to odpręża i wycisza.
Powracając do porannego spaceru chciałbym opisać zachowanie swojego psa Berniego - owczarka niemieckiego, który ni stąd, ni zowąd wyrwał mi się ze smyczy i zaczął podążać w kierunku starszej kobiety, która idąc spokojnym krokiem prowadziła na smyczy białego pudla.
Nie wiedziałem, co odbiło Berniemu, zawsze był bardzo spokojnym, powiedziałbym, że wręcz potulnym psiakiem, którego ulubionym zajęciem było wylegiwanie się na kanapie.
Zobaczyłem, z jaką furią podbiega do pudla i jak rzuca się na niego. Toczył pianę z pyska i warczał. Ruszyłem momentalnie w jego kierunku krzycząc, aby przestał. Starsza kobieta wrzasnęła na całe gardło:
" Moja Sofie, moja droga Sofie! " - zawodziła.
Podbiegając do Berniego krzyknąłem, aby się uspokoił i szarpnąłem za smycz, z której się wyrwał. Wtedy zobaczyłem, co zrobił temu nieszczęsnemu pudlowi, którego sierść splamiona była krwią. Zwierzak leżał bezwładnie na trawniku, nie oddychał. Staruszka zawodziła głośno oskarżając mnie o zabicie jej ukochanej Sofie. Przykucnąłem nad pudlem i stwierdziłem, że ma przegryzione gardło, z którego wypływała parująca krew. Spojrzałem najpierw na Berniego, a potem na kobietę. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Byłem lekko roztrzęsiony.
Starsza pani przysięgła mi, że osobiście dopilnuje, aby mi się oberwało za to, co zrobił mój pies.
Kiedy wracaliśmy do domu spoglądałem ukradkiem na Berniego. Co chwila oblizywał zaplamiony krwią pysk. Szedł równo przy mojej nodze wymachując ogonem, jakby nic się nie stało.
W domu skarciłem go za to, co zrobił. Krzyczałem na niego i wymachiwałem rękoma, aż skulił się na podłodze ze oklapniętymi uszami, patrząc na mnie jak na kata. Po chwili otworzyłem lodówkę i wyciągnąłem z niej karmę Chappi i dwie butelki heinekena.
Bernie nie chciał nic zjeść. Pomyślałem, że jest trochę przestraszony i pewnie niedługo wmłóci wszystko z półmiska.
" Ładnie mnie dzisiaj urządziłeś " - warknąłem, zastanawiając się, dlaczego to zrobił. Nie miał żadnych powodów, aby zagryzać tamtego psa. Myśląc o tym wziąłem piwo ze sobą i poszedłem do pokoju.
Obejrzałem film na DVD "How to loose a guy in ten days", poczym wziąłem prysznic. Stojąc w łazience i patrząc w lustro, zobaczyłem wąską twarz czterdziestolatka z głęboko osadzonymi brązowymi oczami i trzydniowym zarostem. Pomyślałem, że najwyższy czas, aby się ogolić.
Po goleniu posmarowałem wysuszoną twarz kremem, po czym użyłem nowego perfumu ze złotego flakonu. Przez chwile napawałem się jego zapachem, a następnie wróciłem do pokoju, aby założyć kraciastą koszulę i spodnie. Bernie spał na kanapie cicho pochrapując.
Kiedy zegar wiszący na ścianie wybił piętnastą trzydzieści, nałożyłem marynarkę i wyszedłem z domu. Spodziewałem się obfitych korków, stąd też półtorej godziny zapasu czasowego. Po drodze kupiłem jeszcze kilka piw, aby gra lepiej szła, oraz białe wytrawne wino dla Sandry: żony Roberta i po paczce czekoladowych cukierków dla jego dzieciaków.
Pogoda była naprawdę piękna. W samochodzie zdjąłem marynarkę, bo myślałem, że się ugotuję. I tak, jak się spodziewałem ponad czterdzieści minut ślęczałem w korkach.
Do Roberta zajechałem na czas. Drzwi otworzyła Sandra, niska, szczupła kobieta o dużych piersiach i blond włosach. Zawsze bardzo mi się podobała, czego nie ukrywałem nawet przez samym Robertem.
Z kuchni dobiegały mnie zapachy lazanii, oraz dziewiąta symfonia Beethovena. Osobiście nie przepadam za klasyką, wolę starsze rockowe brzmienia, takie jak Deep Purple, Led Zeppelin, Queen, czy Aerosmith. Ale nie pojechałem tam, aby słuchać muzyki, tylko pograć w karty z Robertem, który właśnie pojawił się w salonie. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko, eksponując swoje wielkie jak łopaty jedynki, po czym podał mi rękę i zaprosił od razu do niewielkiego pokoju, w którym stała jedynie mahoniowa szafa, czarny stolik z dwoma skórzanymi fotelami i sprzęt stereo. Okienne szyby przysłonięte były błękitnymi firankami.
Graliśmy prawie do dwudziestej pierwszej rozmawiając, słuchając płyty "The best of Tina Turner" i pijąc piwo. Było bardzo przyjemnie. Wygrałem od Roberta prawie dziewięćdziesiąt amerykańskich dolców, zatem będzie na kilka dodatkowych puszek heinekena na jutrzejszy wieczór.
W drodze do domu prowadziłem nadzwyczaj ostrożnie po wcześniej spożytych czterech butelkach piwa. Kręciło mi się w głowie i odczuwałem zmęczenie.
W mieszkaniu panowała duchota. Ściągnąłem z siebie przepoconą marynarkę i odpiąłem guziki koszuli, po czym udałem się do kuchni po butelkę wody mineralnej. Upiłem trzy łyki i opłukując usta chłodną wodą poszedłem do pokoju. Tam widok, który rozpostarł się przede mną przeraził mnie.
Zobaczyłem Berniego leżącego na parkiecie. Był cały umazany krwią, a dookoła niego leżały porozrzucane szczątki surowego kurczaka, oraz czegoś jeszcze, co wyglądało na rozprutego gołębia. Wszędzie walały się jakieś kości i szczątki mięsa, a ptasie pióra unosiły się jeszcze w powietrzu.
Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Bernie spał. Jego pysk był cały we krwi, podobnie jak połowa pokoju. Uprzątnięcie tego całego bałaganu zajęło mi dobre dwie godziny.
Byłem wściekły. Zadawałem sobie pytanie: jak ten cholerny pies otworzył lodówkę i wyciągnął z niej kurczaka, skoro ten tkwił w zamrażalniku? I jakim cudem w moim mieszkaniu znalazł się gołąb? I dlaczego do jasnej cholery został on zeżarty przez najłagodniejszego psa pod słońcem?
Przykucnąłem przy Berniem i spojrzałem na jego pysk cały usmarowany krwią. Zrobiło mi się niedobrze i w pewnej chwili wydawało mi się, że puszczę pawia wprost na jego łeb, ale udało mi się opanować.
Rzuciłem wzrokiem na rozszarpanego gołębia. I w tym momencie doznałem szoku. Nie na jego widok, ale dlatego, że moje ręce pochwyciły resztki zmasakrowanego ptaka i zbliżyły go do moich ust. Poczułem niepohamowany głód. Czułem metaliczny zapach krwi i to spowodowało, że gwałtownie jednym ruchem szczęki odgryzłem kawałek ptaka. Czułem głód. Miałem ochotę zjeść go w całości, a w moim umyśle narodziła się złość, że Bernie nie zostawił nic dla mnie, tylko same ochłapy.
Zobaczyłem, że ptak nie ma wyżartych do końca wnętrzności, więc wydłubałem ręką niewielkich rozmiarów miękkie zakrwawione serce i coś jeszcze, co najbardziej przypominało żołądek. Potem wpakowałem sobie wszystko do ust. Cieknąca po brodzie krew załaskotała mnie, więc próbując ją zetrzeć, jeszcze bardziej ją rozmazałem po całej twarzy.
Byłem głodny.
Rozejrzałem się po pokoju i dotarło do mnie, co właśnie zrobiłem. Krzyknąłem, odrzucając rozprutego gołębia przed siebie. Bernie obudził się i spojrzał na mnie leniwie. Pomachał ogonem i podszedł do mnie, aby się przywitać.
" Co się dzieje? "- zapytałem patrząc mu prosto w oczy, ale nie odpowiedział mi. Zaskomlał tylko i wskoczył na kanapę. Po chwili już spał.
Tak jak już pisałem, dwie godziny zajęło mi doprowadzenie pokoju do jako takiego ładu. Przez cały czas odczuwałem uporczywy głód. Kiedy później poszedłem do kuchni, aby sprawdzić, co znajduję się w lodówce, stwierdziłem, że nic ciekawego w niej nie ma. Były tylko pomidory, ogórki w słoiku, czerwona papryka, dwa tuziny jajek, kilka plastrów wysuszonej szynki, kilka jogurtów truskawkowych i od groma chrzanów, majonezów i ketchupów. Niczego surowego. Żadnego mięsa.
Zamknąłem lodówkę.
Na dziś mam dość pisania, jest już grubo po północy. Mam głowę wypełnioną myślami dotyczącymi całego dzisiejszego dnia. Zaczynają mnie one przerażać. Muszę się położyć. Wypiję jeszcze piwo i spróbuję usnąć.
Jestem cholernie głodny. Ale na nic nie mam ochoty. Albo ujmę to inaczej. Sama myśl dotycząca tego, co bym zjadł napawa mnie depresyjnym lękiem.



25 kwietnia 2004, Niedziela



Od razu po przebudzeniu poczułem ten zapach. Znałem go doskonale, był bardzo ujmujący, słodkawy, delikatny. Tylko jak to możliwe, że czułem go właśnie teraz? Szybko się zorientowałem, że jego woń roznosi się w całym mieszkaniu. Poszedłem do łazienki, gdzie zobaczyłem stojący pośród kilku rozmaitych buteleczek i dezodorantów złoty flakonik, ten sam, który otrzymałem od tamtego gościa w czarnym garniturze z uśmiechem a'la Jack Nicolson. Stał zamknięty na najwyższej półce między wodą po goleniu Old Spice, a dezodorantem Fahrenheit. Zadałem sobie pytanie: jak to możliwe, że czuć go w całym mieszkaniu, skoro stoi zakręcony, w dodatku za szklaną szybą szafki?
To, co opiszę za chwilę zdarzyło się naprawdę. Pewnie osoba, która będzie kiedyś trzymać w ręku pożółkłe strony tego pamiętnika i zechce go przeczytać, pomyśli sobie, że jestem obłąkany. Obłąkany i zboczony. I nie będę się jej dziwił, bo po tym, co się dzisiaj wydarzyło, ja sam zaczynam myśleć o sobie jako o kimś, dla kogo prawdopodobnie najlepszym miejscem na spędzanie czasu jest wariatkowo.
W pisaniu przeszkadza mi tylko głód. Jest uporczywy, nieznośny i... potworny. Nie wiem, co stanie się jak skończę pisać, wolę o tym nie myśleć. Niemniej jednak postaram się dotrwać do jutra w tym stanie. Potem pobiegnę szybko do sklepu mięsnego... Muszę kupić mięso. Surowe mięso.
Powracając do tematu dzisiejszego dnia: zauważyłem, że zarówno ze mną, jak i z Berniem dzieją się naprawdę dziwne rzeczy. Wszystko zaczęło się od chwili, kiedy wróciłem ze sklepu mięsnego, w którym zakupiłem kilogram surowej kiełbasy. Wpadłem do mieszkania i nie myśląc o niczym, jak tylko o jedzeniu, zacząłem wyciągać kiełbasę z siatki. Kiedy ugryzłem kawałek, pojawił się Bernie. Piana ciekła mu z pyska i warczał na mnie. Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi. Kiedy zapytałem, czego chce, rzucił się szaleńczo na szafkę kuchenną, na której leżała siatka z surowym mięsem. Wtedy podałem mu kawałek kiełbasy. Widok był szokujący. Zwierzę po prostu połknęło ją, nawet nie gryząc. Potem znowu rzuciło się na szafkę, uderzając z furią przednimi łapami o kuchenny blat. Rzuciłem mu dwie kiełbasy na podłogę, tak naprawdę tylko dlatego, żeby odczepił się ode mnie i pozwolił mi konsumować. Jedliśmy łapczywie, delektując się każdym kęsem. Kiedy skończyła się kiełbasa, czułem niedosyt. Bernie ziewnął i polazł do pokoju uwalić się na kanapie. Zostałem sam w kuchni razem z pustą siatką na blacie i myślami dotyczącymi tego, co właśnie sie stało.
Pragnąłem nadal mięsa. Chciałem jeść. Czułem w sobie wściekłość, niepohamowaną żądzę krwi. Żałowałem tych dwóch kiełbas, które rzuciłem psu na podłogę.
Przez jedną krótką chwilę błysnęła w mojej głowie jedna myśl. Przez ułamek sekundy pomyślałem sobie o czymś, co teraz nie daje mi spokoju. Mianowicie pytanie: jak smakuje surowe psie mięso?
Jestem przerażony. Nie mogę myśleć o niczym innym. Wyobrażam sobie smak, jaki posiada psia wątroba, żołądek, płuca, serce. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest normalne. Coś się ze mną dzieje. Coś bardzo niedobrego. Powoli tracę nad tym kontrolę i zaczynam obawiać się tego, co może się wydarzyć.
Siedzę teraz bezradnie przy biurku i próbuję pisać. Chyba nie bardzo mi to wychodzi. Czuję głód. Nie wiem, co się dzieje.
Za chwile położę się do łóżka i będę czekał na moment, kiedy usnę. Jutro odwiedzę sklep mięsny. Muszę się dobrze zaopatrzyć. Coś mi się wydaje, że mój pies także poczuł nagłą chęć na surowe mięso. Obaj poczuliśmy. Ale do jutro rana pozostało mnóstwo czasu, minęła dopiero dwudziesta druga. Przede mną długa noc. Muszę wytrwać. Postaram się, lecz...
... Co, jeśli nie będę mógł się pohamować i zrobię to?
Co jeśli głód będzie uporczywy do tego stopnia, że zabiję własnego psa? Co wtedy?
Boję się. Bardzo się boję. A głód świdruje moje wnętrzności uniemożliwiając mi skupienie się na czymkolwiek.



26 kwietnia 2004, Poniedziałek

Nie wiem jak udało mi się zasnąć ostatniej nocy, ale najważniejsze jest to, że krótko po tym, jak skończyłem pisać w pamiętniku moje powieki nagle zrobiły się ciężkie jak ołów i prawie natychmiast po położeniu się na łóżku usnąłem. Miałem sen, w którym znajdowałem się w niewielkim pomieszczeniu, w którym unosiła się słodkawa, bardzo przyjemna woń jakiegoś bliżej mi nieznanego perfumu. Dookoła mnie płonęły ogromne świece stojące w złotych lichtarzach. Okna przysłonięte były jedwabnymi zasłonami, a z sufitu zamiast lampy zwisała bezwładnie nie zapalona świeca. Byłem sam, ale wyczuwałem obecność kogoś jeszcze. Ktoś mnie obserwował. Nie musiałem widzieć, aby zgadnąć, kto. Był to mężczyzna w czarnym garniturze z kozią bródką, to jego perfumy roznosiły się w pomieszczeniu.
Wtedy ni stąd, ni zowąd na maleńkim stoliku stojącym dokładnie po środku małego pokoiku pojawiła się plastikowa misa wypełniona po brzegi ociekającym krwią mięsem. Natychmiast, instynktownie wstałem z wiśniowego skórzanego fotela, na którym wcześniej spoczywałem i podszedłem do miski. Zobaczyłem w niej dość dużej wielkości płuco, oraz mięso, które wyglądało na wyszarpnięte z ludzkiej łydki. Dotknąłem opuszkami palców ciemnego, śliskiego płuca, poczym niezgrabnie przyłożyłem je sobie do ust i zacząłem łapczywie konsumować. Krew spływała mi po podbródku i szyi, ale nie zwracałem na to uwagi. Jadłem.
Nagle w narożniku pomieszczenia dostrzegłem jakiś kształt. Zrobiło się ciemno, więc nie potrafiłem rozpoznać, kto to taki. Wszystkie świece w jednej chwile zgasły, jakby dmuchnęło w nie tornado.
W jednej ręce trzymając nadgryzione płuco, a w drugiej kawał mięsa zacząłem podążać niepewnie do miejsca, w którym stała jakaś istota. Podszedłem bardzo blisko, tak blisko, że poczułem smród zgnilizny i rozkładu bijący od niej z ust.
Wtedy świece znowu zabłysnęły. Ujrzałem swoją nieżyjącą matkę. Patrzyła wprost na mnie. Była naga, bez włosów, ale najgorsze było to, że jej klatka piersiowa była rozpruta, jakby ktoś rozciął ją piłą łańcuchową. Zobaczyłem wylewające się na czerwony dywan wnętrzności. Upuściłem lepkie płuco z rąk, usłyszałem jak mlasnęło o podłogę. Spojrzałem na nogi swojej matki. Miała rozerwaną łydkę, widziałem białą kość. Krew kapała jak oszalała na podłogę, na którą po chwili runęło całe jej ciało. Wrzasnąłem na całe gardło i wtedy spostrzegłem, że znajduję się w łóżku. Mój podkoszulek był mokry od potu, a ja trząsłem się z przerażenia.
Spojrzałem na elektroniczny zegarek stojący na nocnej szafce i zobaczyłem, że minęła przed chwilą piąta. Tym razem jednak nie miałem zamiaru wstawać, byłem osłabiony i dalej chciało mi się spać. Odczuwałem też uporczywy głód, ale był on do wytrzymania.
Wtedy zabrzęczał telefon. Głośne piiiiip piiiiip piiiip rozległo się w całym mieszkaniu, więc poszedłem odebrać. Kiedy podniosłem słuchawkę i przyłożyłem do ucha usłyszałem znajomy głos:
" Witam pana "
" Dzień dobry " - odpowiedziałem.
" O jak miło, że mnie pan poznaje, już myślałem, że będę musiał się przedstawiać "- w jego głosie wyczułem nutę ironii.
" Nie musi pan "
" Jak sprawuje się perfum? " - czułem, że o to zapyta. W jednej chwili odniosłem wrażenie, że ten facet ma wiele wspólnego ze wszystkim, co się ostatnio działo i co trwa nadal.
" Dlaczego pan o to pyta? "
" Pytam z ciekawości " - odparł.
" Wszystko w porządku "
Nastała chwila ciszy, poczym usłyszałem głos:
" Oboje wiemy, że nic nie jest w porządku, panie Greenwood "
" Co pan przez to rozumie? "- zapytałem lekko zdziwiony.
" Pan doskonale wie, co przez to rozumiem " - usłyszałem w odpowiedzi. Mój rozmówca był wyraźnie rozbawiony.
" Obawiam się, że chyba nie wiem " - tak naprawdę chciałem usłyszeć to od niego, przez jedną chwile pomyślałem sobie, że facet jest odpowiedzialny za mój stan, odpowiedzialny za metamorfozę, jaka we mnie nastąpiła. I jak się później okazało, nie myliłem się.
" Perfum, który panu ofiarowałem " - zaczął, ale przerwał w połowie zdania, zdawało mi się, że zaciąga się papierosem w tym czasie. Kontynuował nieco głośniej i donośniej - "Perfum ten jest dość specyficzny, sam pan jednak zdążył się już o tym przekonać, prawda? "
" W istocie tak było" - odparłem trzymając kurczowo słuchawkę - "Nie przypuszczałem, że to pana sprawka".
" Och " - po drugiej stronie usłyszałem śmiech - "Jakże pan mógł się domyślać, nie dziwię się wcale, że o nic mnie pan nie podejrzewał, bo raczej nie miał pan podstaw. Ale w istocie to moja sprawka, a dokładniej rzec biorąc środka, który pan przyjął "
" Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co się teraz ze mną dzieje? " Poczułem przygnębienie i strach. Nie czułem natomiast wcale złości. Ona pojawiła się później.
" Oczywiście, że zdaję sobie sprawę. Teraz pewnie nie zapyta pan więcej o temat kulinariów, jaki poruszyłem na naszym spotkaniu."
" Nie, nie zapytam "- burknąłem i po raz pierwszy tego dnia poczułem ssący głód.
" Zatem panie Greenwood wydaje mi się, że należą się panu jakieś wyjaśnienia dotyczące całej sprawy. Mam zamiar pana poinformować o całym przedsięwzięciu firmy produkującej perfumy firmy hunger "
" Nie wiem, czy mnie to zainteresuje, chciałbym jedynie powrócić do normalności, o ile to możliwe."
Znowu zapanowała chwila ciszy. Słyszałem jak mój rozmówca zapala papierosa.
" Widzi pan" - powiedział wzdychając - " Obawiam się, że z tym może być problem. I to duży problem. Preparat, jak pan zauważył pobudza organizm do jedzenia. Człowiek czując jego zapach odczuwa pragnienie spożycia krwi, mięsa i tak dalej, nie muszę o tym mówić".
" Do czego pan zmierza? "
" Musi pan zjeść żywą istotę "- padła odpowiedź. Zamurowało mnie.
" Słucham? "
" Doskonale wiem, że ma pan ochotę na mięso i zapewne myślał pan o tym, aby, hm, jak by to ująć..."
" Zjeść czyjeś mięso? "- spytałem zaszokowany.
" O właśnie "- znowu ten śmiech. Aż się wzdrygnąłem - " Musi pan poczuć jego smak, smak prawdziwego świeżego mięsa. Wiem, że ma pan psa. I że już myślał pan o tym, aby go skonsumować."
" O czym pan do cholery mówi! "
" Niech pan nie zadaje idiotycznych pytań. Tylko to może pana ocalić. W pana mieszkaniu umieszczone są kamery. Muszę mieć na nich zarejestrowane to, co chcę mieć zarejestrowane, a więc moment, kiedy pan zabija psa i spożywa jego mięso. Obawiam się, że to będzie konieczne. Wie pan, firma potrzebuje takiej taśmy "
Otumaniony przez szok i przerażony stałem w przedpokoju, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Miałem mgłę przed oczyma i czułem straszliwe gniecenie w żołądku.
" Kamery? Jakie kamery?"- spytałem.
" Panie Greenwood, nie wie pan, co to kamera? "- usłyszałem ironiczny śmiech " Ma pan wspaniale poczucie humoru ".
" Nie będę potrafił zjeść własnego psa "- odparłem.
" Będzie pan potrafił, nich mi pan wierzy "
" A co jeśli odmówię? Co jeśli natychmiast po skończeniu tej rozmowy pójdę do łazienki i wyrzucę tę cholerną butelkę za okno? ".
" Obawiam się, że to nic nie zmieni. Pogorszy pan tylko swoją sytuację. Skutki tego środka są nieodwracalne. Tylko antidotum może pomóc. Zatem jeśli wyrzuci pan tą butelkę i tak pana stan utrzyma się. I nie będzie już mowy o antidotum"
" Do czego pan zmierza? - denerwowałem się. Poczułem gniew, a kłykcie moich palców zbielały na słuchawce telefonu.
" Musi pan użyć jeszcze trochę tego, jak pan to nazywa "perfumu", wtedy pana głód na mięso zwiększy się i nie będzie pan miał już oporów, aby zjeść zwierzaka. Ja to zarejestruję na video i od razu potem prześlę panu antidotum".
" Skąd mogę mieć pewność, że rzeczywiście dostanę antidotum? Nie mam pana adresu, ani nic... Na wizytówce, którą pan mi zostawił nie ma nawet pana nazwiska, jest tylko numer komórki."
" Nie może pan mieć pewności. Może pan jedynie uwierzyć mi na słowo. Chodzi tylko o zarejestrowanie tego na kasecie. Dla osobistych celów firmy"
" Mogę wiedzieć, jakich? " - zapytałem czując, że jeszcze chwila i zemdleję. Cała ta sytuacja wydawała mi się nierealna.
" Nie panie Greenwood, mogę jednak powiedzieć, że kaseta nie ujrzy światła dziennego"
" Co potem? "
" Co potem? Potem dostanie pan antidotum i będzie pan żył tak, jak jeszcze parę dni temu, i niech się pan zdecyduje szybko, pana pies robi się coraz bardziej głody i wściekły. A wiem, do czego taka wściekłość może doprowadzić. "
Właśnie ujrzałem Berniego. Leżał na kanapie w pokoju. Widziałem jak podnosi łeb i jak spogląda na mnie. Zawarczał i ziewnął, a potem znowu zapadł w sen.
Głos po drugiej stronie stał się cichszy, ale nadal napawał mnie przerażeniem.
" Ma pan czas do wieczora na decyzję, zna pan mój numer, proszę zadzwonić jak podejmie pan już ostateczną decyzję. Wtedy powiem, co ma pan robić."
" Potem, to wiem, co mam robić "
" Hehe, jaki pan bystry"
Miałem już odkładać słuchawkę z powrotem na widełki, kiedy usłyszałem:
" Aha i jeszcze jedno. Niech pan nikogo nie miesza w to wszystko. W pana mieszkaniu są kamery i mikrofony i jeśli usłyszę, że mówi pan cokolwiek na ten temat osobom trzecim, nie skończy się to dla pana dobrze".
Milczałem.
" I proszę do wieczora nie wychodzić z mieszkania "
" Miałem zamiar iść do sklepu "
" Nie potrzebuje pan sklepu, ma pan psa "
" Ty gnoju! " - krzyknąłem uderzając słuchawką o ścianę.
" Niech się pan tak nie unosi, już jutro może być po wszystkim, to zależy od pana"
Tylko tyle na koniec zdołałem usłyszeć. Potem odłożyłem słuchawkę, a raczej trzasnąłem nią w aparat. Zajrzałem do pokoju i ujrzałem śpiącej Berniego. "Biedny psiak" pomyślałem i rozpłakałem się jak mały dzieciak.



Już późny wieczór. Ja i Bernie mamy się kiepsko. Powiedziałbym, że bardzo kiepsko. Przez cały dzień nie jedliśmy. Kiedy nasypałem psu suchej karmy, nawet jej nie powąchał, nie spojrzał także na gotowane jajka, ani na szynkę. Wiem, czego mu trzeba...
Mi potrzeba dokładnie tego samego: mięsa. Oddałbym wszystko za kilka krwistych kawałków jakiegoś soczystego i surowego mięsiwa. Na samą myśl cieknie mi ślinka.
Myślę o Berniem.
Jestem głodny.
Jestem bardzo głodny, moje ręce drżą i mam problemy z pisaniem w tej chwili. Na moim biurku leży karteczka z telefonem do świra, który wpakował mnie w to całe gówno. Nie wiem, jakim sposobem zapach oddziaływać może na apetyt. Wiem jednak, że może. Właśnie to robi.
Co chwilę spoglądam na numer telefonu.
Jestem głodny.
Spoglądam też na Berniego. Pies był dzisiaj bardzo agresywny względem mnie. Kilka razy próbował mnie ugryźć. Nie karciłem go jednak za to. Doskonale rozumiem jego zachowanie. Biedny psiak ma niepokojąco mętne oczy.
Teraz kończę pisanie. Muszę załatwić pewną sprawę. Muszę zadzwonić. Lęk, który przeniknął do mojego wnętrza nie pozwala mi trzeźwo myśleć.



27 kwietnia 2004, Wtorek

Jestem umazany krwią. Cały się trzęsę. Nie umiem opanować drżenia rąk.
Biedny Bernie.
Boże, co ja zrobiłem? Och, Boże...
Musiałem to zrobić. Musiałem go zabić, musiałem stawić temu czoła. W końcu to był tylko zwierzak. Teraz jest mu lepiej, tak to sobie tłumaczę. Nie potrafię się skoncentrować na niczym. Patrzę na me dłonie umazane jego krwią i chce mi się płakać.
Jestem bezradny. Pozostaje mi tylko czekać na jakiś znak od szaleńca, przez którego to wszystko się dzieje. Czekam na antidotum. Mam nadzieję, że nie kłamał mnie. Boże, błagam spraw, aby ten horror się skończył!
Staję się znowu głodny. Chyba bardzo zasmakowało mi mięso. Nie umiem powstrzymać pragnienia. Mam chęć wyjść na ulicę i zapolować.
Nie mogę uwierzyć w to, co piszę. To mnie przerasta.
Straciłem chęć nawet na piwo. Chcę tylko jeść, chcę jeść, tak bardzo jestem głodny.
Mijają minuty, godziny, a ja stale siedzę tutaj i walczę z głodem. I dłużej już nie potrafię tego powstrzymać. Muszę wyjść. Tylko raz, tylko jeden raz, jedno ciało, jedno świeże ciało.
Czas na mnie. Wychodzę...



28 kwietnia 2004, Środa

Dzwonił.
Przywiezie mi osobiście antidotum. Powiedział, że jest ze mnie dumny. Chrzanię go. Mam ochotę go zabić.
Myślę o ostatniej nocy.
Kobieta.
Lat około trzydziestu.
Śliczne kasztanowe włosy do ramion. Blizna na brzuchu, zapewne poporodowa.
Ten smak. Niebiański. Delektowałem się każdym kawałkiem jej ciała. Spijając jej słodka krew czułem, że odzyskuję siły. Niebo nade mną wydawało się należeć do mnie. Nie potrafię tego opisać.
Ale znowu czuję głód.
Są jeszcze kości. Choć tyle mi zostało. Muszę poczuć ten zapach. Muszę.
Trzymam kość w lewej ręce. Prawą piszę. Kość jest biała, obgryziona do czysta.
Co mam teraz zrobić? Czekam na antidotum. Zauważyłem, że kiedy jestem syty czuję się lepiej, nie odczuwam strachu, lecz stan ten jest krótkotrwały. Szybko znowu staję się głodny. Tak jak teraz. Mam chęć na mięso. Uczucie jest silniejsze ode mnie, nie mam tyle energii, aby walczyć. Poddaję się.
Chyba czas na mnie.



29 kwietnia 2004, Czwartek

Antidotum nie działa.
Jestem głodny, znowu głodny. Zabijam. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Jest coraz gorzej.
Mój umysł przepełniony jest skrawkami przeplatających się nawzajem myśli: mózg czternastoletniej dziewczynki, moje zęby wbijające się w szyję jakiejś kobiety, krew, krew i jeszcze raz lejąca się strumieniami krew.
Jest coraz gorzej. Dłużej nie dam rady.
Ten głód. Boże, ten głód...



Fragmenty pamiętnika, który właśnie skończyliście czytać, należał do mojego brata, Josepha Greenwooda.
Kiedy wszedłem do jego mieszkania, zastałem tam rzeź. Wszędzie dookoła walały się rozszarpane ciała ludzkie i zwierzęce. Panował niewyobrażalny smród zgniłego mięsa. Wszystkie ciała były w stanie znacznego rozkładu.
Zastanawiam się, co rzeczywiście wydarzyło się w jego mieszkaniu. I na samą myśl o tym dostaję dreszczy i odechciewa mi się wszystkiego. Czuję w sobie strach i panikę nawet, kiedy siedzę wraz z żoną w naszym salonie w małym domku na West Endzie i popijamy Martini. Nie potrafię wymazać z pamięci tego widoku.
Kiedy wchodziłem w głąb jego mieszkania, co chwila potykając się o zwłoki, ujrzałem widok, który nawiedza mnie po dziś dzień w nocnych koszmarach. Ujrzałem Josepha wysmarowanego krwią. Nie posiadał rąk oraz stóp. Jego brzuch był rozpruty, a wnętrzności wylewały się na podłogę.
Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci było...
On się zjadł, rozumiecie? Najpierw poodgryzał sobie palce u rąk, a potem skonsumował resztę kończyn górnych. Następnie poodgryzał i strawił palce u stóp. A na końcu zdołał wstać i nadziać się na ostry hak wiszący w przedpokoju, służący mu zawsze do wieszania parasola.
Nie mam pojęcia, co się naprawdę wydarzyło. Pamiętnik, jaki prowadził miał być cenną wskazówką dla policji, ale okazało się, że nigdzie w jego mieszkaniu nie było żadnej kartki z numerem telefonu rzekomego "gościa w czarnym garniturze", nie znaleziono tez nigdzie żadnej kamery, czy mikrofonu. Nigdzie nie było też żadnych innych odcisków palców, niż samego Josepha.
Lecz kiedy wszedłem do łazienki ujrzałem małą szafkę, w której trzymał perfumy i przyrządy do golenia. Mój wzrok przykuła mała, stojąca wepchnięta między dezodoranty Old Spice i Fahrenheit buteleczka.
Kiedy wziąłem ją do ręki, od razu poczułem zapach. Był oszałamiająco piękny. Pomyślałem, że bije od niego poezja. Spojrzałem w lustro i ujrzałem swoja twarz. W oczach miałem łzy, które zaczynały spływać po policzkach.


4 maja 2004, Wtorek

Wiem, co mnie czeka. W oczach mam obraz mojego brata leżącego we krwi. Myślę o swojej wiecznie rozpromienionej, pełnej wdzięku i miłości żonie i dwunastoletnim synu. Nie potrafię opisać uczucia, jakie tkwi we mnie. Jest przepotężne. Przytłacza mnie. Boję się. Tak bardzo się boję. Najgorsze jest to uczucie. Ono ssie mnie. Nie wiem, co mam robić. Tracę kontrolę nad sobą i wiem, że teraz będzie tylko gorzej.
Myślę o żonie. Burczy mi w brzuchu.
Jestem głodny.

Opublikowano

Znakomity pomysł. Przeczytałem z wielkim zainteresowaniem. Cieszę się, że tym razem ci się chciało, napisać dobre opowiadanie. Jednakże, nie ma tego dobrego, co nie mogłoby być choć trochę lepsze.
Nie będę się rozwodził nad tekstem wspomnę jednak o pewnym denerwującym (mnie) błędzie-otóż kilkakrotnie powtarzasz "perfum" (w mianowniku). Nie wiem, być może rzeczywiście mieszkasz od dawna w G.B. , ale w języku polskim perfuma jest rodzaju żeńskiego., a więc "ta perfuma", lub jeszcze lepiej "te perfumy pacniały...".No i jeszcze to koślawe "nie będę potrafił..."
Więcej grzechów już ci nie wypomnę.

Opublikowano

"ta perfuma"? Przyznam, że nie miałem pojęcia, że to się tak odmienia. Serdecznie Ci dziękuję za przeczytanie utworu i za komentarz. Koślawe zwroty postaram się poprawić;) Do poczytania!

Opublikowano

jeeeejjj, no masakryczne Robercie,
ale wciągające, jak opisywany głód, czyli bardzo dobre to opowiadanie :)
błędy owszem, ale kilka i niegroźnych,
natomiast z "tą perfumą" Leszku to chyba przesadzasz, chodzi o to, że wyraz ten występuje w liczbie mnogiej tylko, te perfumy, tych perfum, tymi perfumami, tak mi się wydaje.

Opublikowano

Dzięki natalio za komentarz. Apropos perfumów - masz rację, sprawdziłem i obstaję przy swoim, gdyż jest poprawnie. Masakrycznie - uwielbiam horrory, także tworzyć... i cieszę się, że tak to nazwałaś- masakrycznie - uwielbiam ten zwrot;) Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Napisałem:a więc "ta perfuma", lub jeszcze lepiej "te perfumy"
Rzeczywiście perfumy występują jedynie w liczbie mnogiej, więc pierwsza część mojej wypowiedzi jest błędna- przepraszam.
Znalazłem jednak:
poszedłem do pokoju zobaczyć jak miewa się mój nowy perfum. Stał na stoliku
po czym użyłem nowego perfumu
- w tych konkretnych przypadkach nie zmieniłeś pierwotnej wersji.

Opublikowano

Ty krwiożerczy potworze, skąd przyszedł ci do głowy taki krwawy pomysł. Jadłem już dość dawno więc jakoś dotrwałem do końca.

Już chyba nigby nie powącham perfum.

pozdrwiam

ps
własnie poczułem dziwny głód, choć niedawno jadłem. Na szczęście mój pies jest daleko ztąd, na działce ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • I tak też można, a tak przy okazji: jak się pani spało?   Łukasz Jasiński 
    • Ten tekst akurat pani dobrze wyszedł, a czytam tak:   Płakałam w nocy, nie słyszał mnie, unikał spojrzenia - nie chciał widzieć   miłości, a każdy płacz i każdy oddech  był tylko o nim i jęki moje pieśnią    pochwalną - zagrzmiały i przerażał  mnie - jego kamienny spokój - nocny,   już byłam dla niego wspomnieniem, fotografią - poszarpaną fatamorganą...   Mam nadzieję, iż zniknęła u pani samotność...   Łukasz Jasiński 
    • Rozłącza ciągle dźwięk dzwonka, za długo się nie rozgadam. Co tam, orzechy łupisz lub inne wciąż o ogrodach kwietniowych sadach.   Jeszcze za rękę, magnolia, chłopiec z gitarą na plecach. Z miniatur zamek tak jak był stary fiołkowym runem przy Lelewela.   Spokojne to, co umyka — koci ślad muska parapet. Brzask kwiatów w chmurkach, ćwierkanie drzewa jakby czas statków do dobrych planet.         ***   zaopatrzeni na dzień śniadaniowych płatków w nowych sześć strun                    
    • @Sylwester_Lasota Ładnie dziękuję:-) Pozdrawiam również

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • To tak jak w tej rymowance...   Umarłe motyle systemu   Ona: rozdawała światu nadzieję, nago tańczyła na łonie poezji ona: rozdawała światu nadzieję,   diabły, my wcielone my, diabły: wyrzutki, potępione, wyrzutki - diabły, my wcielone my, diabły:   on: spokojnie liczył zimne gwiazdy, kształtował pancerz duchowy on: spokojnie liczył zimne gwiazdy,   diabły, my wcielone my, diabły: wyrzutki, potępione, wyrzutki - diabły, my wcielone my, diabły:   oni: zamordowali ich - wolność, pozostała tylko piosenka ta i ta i ta, oni: zamordowali ich - wolność,   diabły, my wcielone my, diabły: wyrzutki, potępione, wyrzutki - diabły, my wcielone my, diabły:   on: spokojnie liczył zimne gwiazdy, kształtował pancerz duchowy on: spokojnie liczył zimne gwiazdy,   diabły, my wcielone my, diabły: wyrzutki, potępione, wyrzutki - diabły, my wcielone my, diabły:   ona: rozdawała światu nadzieję, nago tańczyła na łonie poezji ona: rozdawała światu nadzieję...   Łukasz Jasiński (lipiec 2018)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...