Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Idą do mnie. Wyciągają się zewsząd czyjeś ręce. Jakieś uschnięte, spalone kikuty.

Wyrastają ze ścian, sufitu, pootwieranych szafek...

Ręce, nie-ręce. Jakieś skostnienia odległej przeszłości, która prosi o litość.

 

Gdzie ty jesteś? Powiedz. Mów, mimo milczenia,

mimo zatkanej śmiertelnym obrzękiem krtani.

 

Nasłuchuję.

 

W szumiącej, piskliwej ciszy wyławiam nikłe, pojedyncze tchnienia.

Bardziej fantomowe iluzje dźwięku, jakieś glissanda...

 

W pokoju obok, w którym jest biblioteczny regał,

szron pokrywa półki z pleśniejącymi słojami

przeszłego czasu, brzegi

zakurzonych książek.

Niknące w półmroku nocy widma

ze zjawami gestów, twarze dawno umarłych…

 

Cicho. Cicho. Ojciec jest jeszcze tutaj. Siada w swoim fotelu, na którym siedział tyle razy za życia.

Raz nawet usnął na nim pijany z tlącym się jeszcze papierosem, wypalając w oparciu dziurę.

Teraz okrąża ją palcem. Przypomina sobie. Przypomina, roztaczając wkoło błękitnawą poświatę

drżącego hologramu, prześwitującego rentgenowskiego zdjęcia...

 

Jest tu jeszcze.

 

Nachyla się nad stołem, na którym leżą pożółkłe roczniki, fotografie, czasopisma…

Gładzi to wszystko dłońmi, przypominając sobie raz jeszcze.

To i owo. I tamto, co się już zdążyło

rozsypać, stoczyć w otchłań przeszłości.

 

Czyta bez przekładania stronic, gdyż wszystko jest dla niego

czytelne i jasne,

nawet niezapisana kartka.

 

Skąd to jego nagłe przybycie? Nic mi ostatnio nie mówił we śnie. Nie uprzedzał.

Przyszedł z zaskoczenia. Jakoś tak sam z siebie.

Tak jak się odwiedza porzucone dawno miejsca.

Przyszedł z wieczności, ze snu śniącego na jawie przeze mnie. W rozstrojonych dźwiękach pianina.

 

Dotyka klawiszy. Przebiega dłonią.

Dźwięk wydobywa się, jakby nie stąd. I nie z teraz...

 

Ciscollo! Ciscollo!

 

Mawiał

wtedy.

Krzyczał…

 

Kiedy żył. Kiedy jeszcze oddychał.

 

Jest tu jeszcze.

 

Otwarte na oścież drzwi.

Opuszczone pracownie,

rzeźby, popiersia… Dłuta walające się wokół.

 

Drzwi otwarte.

Zatrzaśnięte

na wieczność…

 

Na podłodze okładki

gramofonowych płyt.

 

Patrzy się na mnie zalotnie Violetta Villas, odchylając głowę.

I odsłaniając w jakimś zmysłowym pragnieniu swoją smukłą szyję.

 

Czego ode mnie chcesz?

Powiedz.

Erotyzm wybija się

z każdej litery, każdego piksela…

 

Wiesz o mnie

wszystko

-- mówi do mnie.

 

Czy, aby na pewno?

 

Uśmiecham się do ciebie, nie widzisz? Albowiem uśmiechem miłość się zaczyna… Szepcze…

 

Ale to nie ta miłość. To miłość zupełnie inna. Do kogoś zupełnie innego.

Widzę, że nie czeka z odpowiedzią.

Rozpływa się w jakichś jarzeniach, szelestach…

 

W niebieskawym dymku z papierosa spoziera Hanka Ordonówna.

Posyła uśmiechy ze Sfinksa, ze sceny Qui Pro Quo.

Zdaje się, że mówi do mnie, szepcze:

nie bój się, już odchodzę na zawsze, już zaraz, bo kogo nasza miłość obchodzi?

 

To jakieś małe nic. Odejdę, tak po prostu, na pierwszy znak.

Na lekki ruch ramienia,

na nieśmiałe przechylenie głowy…

 

Jewgienijo, to ty? To znowu ty?

 

Skąd tu nagle ta zbłąkana dusza? Ta błądząca postać?

Nie. To tylko cień na ścianie.

Od mojej ręki, którą odgarniam z czoła kosmyk włosów (twoich?)

Albo od maleńkiego żagla piórka, w powietrzu, które wypadło z opuszczonego gniazda.

 

To nic. To już

zniknęło.

To tylko tak, na chwilę...

 

Aleksander Żabczyński, tak, to ten, co rzuca spojrzeniem spod kapelusza.

To ten, co przysiągł miłość.

 

Tak, to ten, to ten, co przysiągł, że.

To ten, co stwierdził, że:

Nie kochać w taką noc, to grzech.

 

Że można zamknąć serce

przed miłością. I uczynić najsilniejszą z twierdz.

 

Ale w taką noc, ktoś jednak,

jakby więzy rozciął.

I miłość sama wkrada się do serc.

 

Ech, miłośnik z tego Aleksandra.

 

Tola Mankiewiczówna, wśród jesiennych róż,

uśmiecha się wśród odrobiny szczęścia w miłości…

 

Eugeniusz Bodo

pozujący dumnie

ze swoim arlekinem.

 

Taki drań. Taki z niego zimny drań...

 

Słońce. Ogromne słońce nad akropolem. Nad Atenami. Nad resztkami kamiennego masywu

na wyobraźnię.

 

Paulos Raptis:

Akropolis Adieu.

 

I co ja mam z wami zrobić? Nikt was nie chce. Nie słucha.

Wszyscy, co was wielbili umarli. Zaprzepaścili się w potoku dziejów.

 

Zaciskam

powieki.

Otwieram.

 

Barwne światło przenika do wnętrza przez wysokie witraże. Sprawia wrażenie uduchowienia.

A powtarzające się we wnętrzu wertykalne linie i znaczna odległość do  sklepienia

kierują wzrok ku górze.

Jakby sala władysławowska, bądź bryła katedry w Amiens. Czy udziwniony konstrukt

Sagrada Familia.

 

I ten pogłos. Echonośne struktury dźwięku wkraczające przezroczystym wymiarem, niemalże świętym, do nieba…

 

A w dole. Cóż. Swoiste to katabasis eis antron.

Popękane, porysowane koła, obręcze.

Jakieś sprężyny, tekturowe wycinanki...

 

Zwoje zleżałej taśmy od szpulowych magnetofonów, perforowane wstęgi od komputerów.

 

W potłuczonych resztkach kineskopów połamane stosy drewnianych obudów od telewizorów.

I dalej jeszcze, i wciąż, i w nieskończoność to ów, ów… ów...

 

Od czegoś

jeszcze.

Od czegoś...

 

Ciągnące się znikąd donikąd

rozgałęzienia. Korzenie…

Żeliwne rury pradawnego krwiobiegu.

 

W absolutnym milczeniu trwa powolny przepływ wirującego kurzu.

 

Zamykam oczy.

Na skroniach

osiada powiew

nikłego tchnienia.

 

*

 

Otwieram.

 

Obejmuje

mnie ramionami…

 

Nicość.

 

*

 

Ktoś mi umarł, wiesz? Umarł i już. Umarł tak jak się umiera, umierając raz jeszcze.

 

Umarł…

 

A zresztą ty o tym wiesz, prawda? Wiesz o umieraniu wszystko.

 

Ty i matka. Oboje…

 

Jeśli opowiadacie o przeszłości to tak,

jakbyście nigdy nie mieli umrzeć.

I istnieli od zawsze w tym poza-świecie.

 

*

 

Wiesz, śnił mi się żebrak, który trzymał się balustrady, poręczy kładki.

Czy czegoś tam jeszcze. Stał, trzymając się usilnie poręczy

ze zbielałymi kostkami dłoni. Tak jakby relingu oceanicznego statku, podczas sztormowej nawały.

 

Trzymał się tak, podczas gdy inni patrzyli na niego ze wstrętem,

wytykając mu podarte spodnie, łachmany…

Marynarkę miał poplamioną, to fakt.

Wirowała wokół jego głowy natrętna pszczoła upojenia.

 

Śledził ją, zezował nań.

Odganiał ręką.

Raz jedną, to drugą.

 

I śpiewał. Nucił jakąś chwytliwą pieśń znaną tylko sobie.

Ale cały czas trzymając się poręczy, aby nie upaść,

nie stoczyć się w nicość z całym tym łoskotem zwalającego się w przepaść wszechświata..

 

I ta pszczoła. Brzęcząca pszczoła. Nie.

 

Milcząca i niewidzialna dla innych.

Będąca jak nicość. Jak nic.

Kołująca wokół jego głowy.

 

I te ściany. Ceglane ściany, ceglane mury kamienic…

Kuta, żeliwna brama wydająca jękliwy zgrzyt w uderzeniach wiatru.

 

Histeryczny pisk zawiasów w podmuchach,

w tchnieniach zimnej nocy,

w której niesie się popromienny pył

przenikającej wszystko śmierci. Umarłych przed wiekami.

 

Ich sponiewierane resztki

osiadają na ścieżce usianej igliwiem.

 

Na asfalcie drogi.

Na żwirze

parkowej alei....

 

Na betonowych płytach chodnika tego miasta,

do którego idę, podążam, do którego nieustannie powracam na jawie, we śnie.

 

Do którego

jadę wciąż

i jadę do nikogo…

 

Na marmurowej posadzce

opuszczonego pałacu

czyjeś kroki, świetliste kręgi.

Słońce spadające z wysoka. Jaskrawe bryły...

 

*

 

Czy ty mnie kochasz? Powiedz szczerze. Mów!

Albowiem twoje milczenie. To twoje milczenie zza grobu...

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2024-10-10)

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Poet Ka     Poe   udaje brak.   ale w istocie konstruujesz bardzo precyzyjnie jakby milczenie było tu tylko inną formą składni .   kawa i papieros nie są rekwizytami lecz mechanizmem opóźniania sensu a niedopowiedzenie pracuje jak filtr przez który przechodzi jedynie to co nie chce się ujawnić wprost.   broń Boże to nie jest minimalizm tylko redukcja jako strategia kontroli !!!   wciągasz w przestrzeń gdzie brak staje się ciężarem a pytania nie znikają lecz gęstnieją w zawieszeniu jakby język swiadomie odmowił domknięcia własnej funkcji
    • zanim uwierzymy, że to już my dobrze wyjść pod wiatr i powoli guzik po guziku rozpiąć to, co było nam przypięto niech leci dziewczynkę wypuśćmy z pudełka niech biegnie z brudnymi kolanami i śmieje się bez pytania chłopcu zdejmijmy z ramion ciężar nie musi być skałą może się bać i ryczeć w poduszkę a potem mocno przytulmy to, co zostanie
    • super z wyjątkiem trzeciej strofy bo podejrzane  jak można przy kobiecie być młotkiem???? i wbijać uczucie jak gwoździe czy taka kobieta jest groźna czy nie chcesz ją trzymać a buzie    

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława   bardzo dziękuję;)   najmilej pozdrawiam:)         @wiedźma     bardzo mi miło:)   dzięki piękne:)      
    • nie zaczęło się od słowa słowo byłoby za późne  za czyste          za ludzkie to było drżenie drżenie              drżenie w powietrzu pod powietrzem między oddechem a oddechem jak przecięta cisza jak żyła która nie chce się zamknąć i cieknie              cieknie                      cieknie do środka nagle jesteś jesteś              jesteś nie imię nie twarz nacisk              NACISK palec nie z zewnątrz              w środku                      już w środku w czaszce która przestaje być moja mówisz mówisz              mówisz ale to nie język nie język              NIE to rdzeń to impuls który się nie kończy wbity pod paznokcie świadomości pod          pod              pod świadomość nie nadąża gubi się              gubi mnie                      gubi śmiejemy się za głośno              za długo                      za bardzo śmiech pęka              PĘKA                      PĘKA i leci z niego coś czerwonego coś                  co nie było śmiechem już nie wiadomo czy to radość czy awaria czy już nie ma różnicy twoje ręce nie dotykają              przejmują                      przejmują                              przejmują skóra była drzwiami drzwiami              drzwiami otwartymi za długo jesteś dalej niż wewnątrz głębiej niż „ja”              głębiej niż cokolwiek co miało granicę ja ja              ja nie protestuję bo kto              kto                      kto tu jeszcze jest żeby                              żeby                                      żeby powiedzieć nie coś mówi twoim głosem ale głos              nie ma już właściciela                      rozlał się miłość (- nie - ) to zjada nazwy              granice                      mnie      zjada              zjada                      zjada                              zjada śpimy mniej mniej              mniej sen nie nadąża pęka zanim się zacznie miasto odpada              płatami jak martwa powłoka która udawała świat ludzie są cieniem cień jest bardziej prawdziwy              bo nie udaje środka my nie jesteśmy my              NIE jesteśmy środkiem czegoś              czego nie da się nazwać                      bo nazwa zostałaby zjedzona co się pali bez ognia co rośnie bez ciała nie wiem gdzie kończę się ja to zdanie              nie ma końca                      NIE MA kiedy krzyczysz gardło robi się wspólne              jedno gardło                      jeden ból kiedy milkniesz powietrze znika              wszędzie                      naraz to nie jest bliskość to zakażenie              piękne                      bo nie zostawia wyboru już w krwi już w języku już w tym co myśli za mnie jeśli to jest obłęd to jest po czasie              za późno                      za głęboko zdrowie byłoby amputacją ale              ale                      ale nie ma już czego odcinać nie ma miejsca              które byłoby tylko moje i nie pamiętam nie pamiętam              nie czy kiedykolwiek byłem              był                      by                              ł            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...