Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

                     - dla Belli i dla A.

 

   Trwającą odpowiednio długo poślubną ucztą i towarzyszącą jej zabawą cieszyli się wszyscy. Gdy zarówno one, jak i jej kontynuacje przekształciły się już w miłe wspomnienia, na amazoński zamek i do jego ogrodów powróciła cisza.

   - To była uroczystość... - powtarzała rzewnie Angoulême, spacerując pod rękę z Regisem ogrodowymi alejkami. - Byłam taka wzruszona... Och! Długo będę pamiętać ten czas. Nie myślałam...

   - Że i ja będę wzruszony? - podjął nadwampir, kulturalnie  odczekawszy właściwie długą chwilę. - To mój pierwszy ślub z ludzką kobietą i pierwsze tak huczne wesele. Nasze wampirze uroczystości są zwyczajowo mniejsze... I pierwsze dziecko w tym świecie. Żyłem tyle lat pomiędzy ludźmi - wszak od Koniunkcji Sfer minęło kilka wieków - nie zamarzyła mi się żadna ludzka kobieta. A tu proszę - ty, moja ukochana! Nie spodziewałem się, że...

   - Ale pewnie zauroczyłeś niejedną - Angoulême uśmiechnęła się z wdziękiem, a zarazem lekko żartobliwie-podchwytliwie. - Zarówno swoją wampirzą przystojnością, jak i rzucając czar. Przyznaj: tak pewnie nieraz bywało - uśmiechnęła się znów, kładąc wolną dłoń na lekko zaokrąglonym brzuchu. 

   - Bywało, przyznam szczerze - przyznał szczerze Regis. - Nie raz, ba - nie dwa. Ale to dawne dzieje. Świat, którego już nie ma, kobiety, które....- zadumał się.

   - Chciałeś powiedzieć, że umarły - domyśliła się Angoulême. - Cóż, taka kolej rzeczy. Ja też kiedyś umrę. Chyba, że mnie przeinaczysz...- zawahała się, nie mając pewności, czy użyła odpowiedniego słowa. - Prze... przeistoczysz, o! - poprawiła się z uśmiechem zadowolenia i lekkiej dumy równocześnie. - To jest to słowo. Ale nie wiem, czy tego chcę. I czy ty. Jednak na razie cieszmy się sobą - zatrzymała się, aby czule pocałować męża. - Chodź - ujęła jego dłoń, aby zboczyć ze ścieżki ku rosnącym nieopodal drzewom. - Mam ochotę na... 

   - Ach, ty moja słodka... - pomyślał nadwampir, ulegając woli żony. - Moja słodka i nienasycona... - uśmiechnął się. Do siebie i swoich wampirzych pragnień. - Kiedy tylko chcesz. 

                   

                    *     *     *

 

   Tego ranka, po pełnym uniesień wieczorze i po spokojnie przespanej nocy także mąż Milwy miał ochotę na więcej. Uznał, iż nie będzie czekać na żonine przebudzenie. Pochylił się nad nią i zaczął delikatnie całować jej usta. Po trzecim - a może czwartym? - pocałunku lekko uśmiechnęła się, wciąż jeszcze przez sen. Tak w każdym razie mu się zdało. Odsunął się i odczekał chwilę. Gdy uśmiech zwolna znikł, złożył na jej wargach kolejne pocałunki. Gdy Milwa poruszyła się, przerwał. Wtedy, jeszcze senna, otworzyła powoli oczy. I uśmiechnęła ponownie, obejmując go za szyję.

   - Długo każesz mi czekać? - mruknęła. - Po prostu mnie weź... 

 

                    *     *     *

 

   Noc Soy i Olega, w przeciwieństwie do snów Milwy i Amadisa, była zdecydowanie emocjonalna. Dopiero gdy przedporanna godzina zaczęła rozjaśniać świat za oknami, potrzeba odpoczynku dała znać o sobie. Soa po raz następny przytuliła się do męża, kładąc głowę na jego torsie i lewą nogą obejmując jego nogi.

   - Znów mnie kusisz... - zamruczał na wpół sennie Oleg. - Kobieto... 

   - Znów - jej uśmiech też był bardzo senny. - Zawsze...

Cdn.

 

   Voorhout, 3. Marca 2024.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Maniuś   Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.   Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.   Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.   Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.   Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.   Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".   W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie. Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.  
    • Ograna w czasu saz cwana RGO    
    • Ograna w czasu saz cwana R.G.O.  
    • A da gnom Edytę - zdobiona baba, no i Bodzęty demon gada.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...