Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

A więc to tędy wychodzą. Wychodzą ze ściany i idą. Idą zamaszystym krokiem na przestrzał. Przez środek pokoju w świetle wiszącej lampy. Wychodzą zawsze w nocy, kolebiąc się dziwnie na boki i podzwaniając małymi dzwoneczkami w tym osobliwym korowodzie omamów i zwidów. Nie dostrzegają mnie wcale. Przechodzą przeze mnie, aby wtopić się na powrót w senny bezkres przeciwległej ściany.

Za oknami noc. Za trzaskającymi okiennicami w rytmie bijącego serca. Okiennice uderzają o futryny rytmicznie, tak bardzo rytmicznie, podczas gdy firanki wybrzuszają się na podobieństwo wzdętych wiatrem żagli oceanicznego brygu. Wychodzą. Przechodzą w noc. W nic. W łoskot. W ciszę. I znowu w łoskot, jakby bijącego rękami kowala młota w kowadło. W głuchy tętent buzującej w uszach krwi. W rozpalone do czerwoności jestestwo. W gorączkową scenerię martwego krajobrazu.

 

Leżę na podłodze. Na dywanie. Na niczym. Na łące. Wdychając zapach wirującego kurzu śnię snem wiekuistym i ostrym zarazem. Śnię zwinięty w kłębek przerażenia albo raczej zatopiony w jakiejś przeszłej iluminacji dawnego życia. W nieokreśloności zdarzeń stępionych na krawędziach skrzydeł przez atrofię pamięci. Przechodzą. Przelatują niczym ptaki nad polami pożółkłej wegetacji. Nie. To światło żyrandola rozlewa się mdławą poświatą po mnie, po dziwnych obrysach słoi dębowej klepki, po sękach, po fornirze szafy, po zasłonach, w których majaczą jakieś wiry, skłębione obłoki, przełęcze i jary, przecinające wszystko mroczne rozpadliny…

Ja tu jestem w jakimś nieodgadnieniu. W czymś pomiędzy. Między czymś a czymś. Między czasem a bez-czasem. W jakimś spowolnieniu.

 

Coś się przede mną świeci. Lśni i migocze blaskiem odbitym od księżyca albo od gwiazdy porzuconej na krawędzi szyby. Próbuję dotknąć. Musnąć drżącymi palcami. Chwycić oburącz i stwierdzić twardość zimnego kamienia. To coś jest martwe i nigdy nie mogło być żywe. Lśni przede mną w piskliwej tym razem ciszy. Dosięgam ów przedmiot. To kryształowa popielniczka po ojcu z brunatnymi śladami od żarzących się papierosów, które ojciec dociskał po skończeniu palenia. Artefakt prehistorycznych dziejów w nawale pulsującego światła. Od czego to pulsowanie? Od trawiącej mnie gorączki. Od bijącego serca. Od napastujących mnie haustów powietrza, kiedy je łykam chciwie i pożądliwie rozwartymi szeroko spierzchniętymi ustami.  

Coś się we mnie złamało z chrupotem uschniętej gałęzi. Nie mogę się ruszyć. To znaczy ruszam się, ale jakoś inaczej, tak jak można się poruszać wyłącznie podczas próby wniebowstąpienia, w którejś tam fazie sennej maligny.  

Jestem. Nie ma mnie. Albo znowu jestem, nie będąc wcale, gdzieś wśród miotanych wiatrem gałęzi jaśminu, miedzy czarnymi skibami ziemi, kiedy wzruszam je całym swoim martwym ciałem, nie mogąc się pogodzić ze śmiercią. Gdzieś na piaszczystej drodze, na łące, któregoś tam dawno przeszłego lata…

 

*

 

I tu przerwałem na chwilę pisanie, albowiem rozbolała mnie głowa od nadmiaru powietrza…

 

*

 

Siadam przy stole i zaczynam znowu pisać, mimo środka nocy. Jakaż to targnęła mną zmiana nastroju. Jakież to niejasne w swojej istocie. Strumień świadomości nieoczekiwanie skręca, wije się jak rzeka. Targany nawałą imaginacji. Wpatrzony w marynarza w jakimś takim dziwnym stroju sado-maso. W skórzanej kurtce nabitej srebrnymi ćwiekami na etykiecie butelki Tom Of Finland. Marynarz patrzy się na mnie zalotnie. Porusza wąsem, coś na podobieństwo Wołodyjowskiego albo Łomnickiego, co grał Wołodyjowskiego. Brakuje mu tylko szabli, którą by tylko siekał na lewo i prawo. Ale ma za to błysk w oku i chęć do skonsumowania nabrzmiewającej czułości, którą próbuję wyrazić poprzez mimikę twarzy i wyzywającą pozę. Jest piękny, taki przystojny. Można by było spróbować. Posmakować do ostatniej kropli nektaru życia.

 

*

 

W którymś upalnym dniu lata, wśród skwaru. W którejś sennej godzinie oczekiwałem ojca aż przyjdzie, przybędzie w jasnopopielatym garniturze i z teczką. Uśmiechnięty. W tych swoich przyciemnionych od blasku okularach, nagrzany słońcem. Czekałem aż przybędzie prosto z piekarni, z pachnącymi jeszcze bułkami. Nasłuchiwałem chrzęstu żwiru od jego kroków. I czekałem długo, aż do wieczora. I dłużej, trzymając w rękach gliniany dzbanuszek jak to dziecko z syndromem Aspergera, czy innym spektrum autyzmu..

Pamiętam, że usiadłem w drzwiach. I oparłszy się plecami o ścianę obserwowałem srebrną smugę wschodzącego księżyca, co wspinała się, szła, pełzła i dotykała mojego bucika, bądź mojej gołej stopy, mojej dłoni, odsłoniętego ramienia… Lecz nie przyszedł. A czekałem długo, skubiąc swoją siwiejącą już brodę i zdrapując paznokciem łuszczącą się farbę z futryny otwartych na oścież drzwi. Coś przez chwilę zaszurało, zaszeleściło, stuknęło, jakby owad o blaszaną konewkę. Zatrzeszczało jak pusta huśtawka poruszana niczyją ręką. Zamilkło. Ucichło. Choć znowu przez chwilę… Nie. Rozpłynęło się w nic. W skrzydlaty wiatr tchnący chłodnym powiewem w przeciągu od dalekich pól.

 

Kto tu jest? Próbuję otworzyć zlepione ściśle oczy. Rozewrzeć krawędzie tak jakby zapiaszczonych powiek. Kto tu jest? Czy jest tu kto? Nasłuchuję. Macam, macam. jak ślepiec, który wysila swoje zmysły zaraz po przebudzeniu. Macam wokół, lecz natrafiam na korzeń, kamień, ułamaną gałązkę. Coś szepcze do cienia, do krzaku pachnącego bzu, co zaszedł znienacka temu czemuś drogę. Co to za szept? A może czyj? Nasłuchuję uważnie… Coś przemyka chyłkiem, niepostrzeżenie, ukryte szczelnie przed światem. Nasłuchuję. Znowu nic… Odlatuje za to z furkotem skrzydeł przeciągły gwizd wilgi.

 

Tak oto przeszło. Przeminęło. Albo wcale tutaj nie było. Otwieram oczy i widzę migot słońca w gałęziach topoli. Szeleszczą, klaszczą drobne liście. Witają albo żegnają kogoś tkliwie. Owiewa moje skronie jakiś nikły powiew, jakby muśnięcie czyichś dłoni przemyka czule po mojej twarzy.

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2024-01-15)

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • kiedy to wszystko się wreszcie skończy jeśli kiedyś się w końcu skończy, będziemy musieli nauczyć mówić się na nowo, bo język, który przynieśliśmy ze sobą, we własnych plecakach, jest mokry, podarty i wytarty w fałdach: podaje słowo „ziemia”, ale znaczy ono to, co wbija się pod paznokcie i w lufy automatów, nie coś, z czego wyrośnie gęsta, zielona trawa podaje słowo „sen”, ale znaczy ono piętnaście minut odpoczynku na polu usianym minami, nie sprawiedliwy sen we własnym domu podaje słowo „mama”, ale brzmi ono jak ostatnia modlitwa zanim oniemieje świat więc nie pytaj, o czym jest ten wiersz jest o wyrazach, które stają się z każdym dniem coraz cięższe, kiedy próbujesz je z siebie wycisnąć z ustami pełnymi od ziemi
    • A on... Też jakoś znajduje  Fajną muzykę  Myślałem, że tylko ja Oceniłem go na starcie  Nie myśląc wcale    Głębia    Niewiadomo co  Wymiana książek  Nieprzespana noc Przespany porządek    Nowe flow  Rymy  Dojrzej Ciało    Ruszam ręką  Mam wcale  Mam niemniej  Niekiedy    Kiedy wstaje burzy się mój sen  W burzy loków moja głowa  Aneta coś mówi  Ja...   Gryzę, smakuję i pluję  Duszę się w dusznej duszy  Chociaż hmm Niewiem co to jest Wymiana książek    Kupiłem chipsy i colę Drę włosy częściej niż piję colę A rytm wybijam nogami  Moje poncho złote wisi na krześle  Marek wziął dekoder i ogląda Magię Nagości    Nie wiedziałem co o tym myśleć więc powiedziałem, że pierdole nie oglądam takiego czegoś    Wróciłem do pokoju, w którym mam suplementy, których nie używam by nie przeciążyć wątroby skoro i tak biorę leki   Śmieszne rzeczy  Tak je postrzegam  Wymiana książek jest stabilnym elementem mojego życia  Mamy wiosnę czyli nie jest już zima  W lodówce trzymam zgniłe warzywa 
    • Lunatyczka Fara z przedmieść Bejrutu Lunatykując wplątala się w kłębek drutu Ten drut był na wnyki A nie na szaszłyki  Usttrzeli ją za to myśliwy ze śrutu
    • @Leszek Piotr Laskowski Idealne ukazanie portretu psychologicznego poety.  Pozdrawiam serdecznie. 
    • @Benjamin Artur Krótko, zwięźle, lecz dosadnie i w punkt.  Pozdrawiam serdecznie.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...