Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Siedziałem w przedziale pociągu, obserwując beznamiętnie rozpędzoną za oknem monotonię krajobrazu… Sady, pola, łąki… Lśniące stawy… Poprzetykane żółtymi kwiatami gęste kępy traw… Woń letniego powiewu… Po łagodnych, zalesionych zboczach wspinał się razem z cieniem giętki bluszcz, goniąc umykającą wciąż linię horyzontu… Ważyły swoje skrzydła płonące ptaki… Promieniowały tą jasnością niemą, której wtórowały kryształowe rozbłyski szemrzących strumieni… Pulsowały mi skronie od dudniących pod żelaznymi kołami drewnianych mostów, przerzuconych nad lśniącymi wstęgami ziemskiego krwiobiegu, niczym wielkie rezonansowe pudła… Usypiałem, oparty czołem o szybę… Białe obłoki, ścinane przez szkło, przybierały rozmaite, nietrwałe formy… Drżały od ciepła strumienie atmosfer… Coraz cięższe powieki… Kołyszący, jednostajny rytm… Tam-tam… Tam-tam… Tam-… Ta… T…

 

Obudził mnie świdrujący, przeciągły gwizd hamowania. Rozwarłszy zlepione jeszcze, jakby zapiaszczone powieki, zobaczyłem ― jak przez mgłę ― parterową bryłę brudnego, zaniedbanego dworca. Otworzyłem okno, wychylając ostrożnie głowę. Nazwa miejscowości nic mi nie mówiła, więc zacząłem studiować mapkę trasy nad oparciem siedzenia, wodząc palcem po kolejnych, oznaczonych cyframi punktach. Otworzyły się niespodziewanie drzwi. Zobaczyłem kątem oka wchodzącego mężczyznę koło pięćdziesiątki. Nie wyróżniało go nic szczególnego, ot przeciętny obywatel… Po grzecznościowym, wymówionym półgłosem przywitaniu, usiadł sztywno naprzeciw mnie, kładąc sobie na kolanach czarny neseser. Przymknął oczy. Wyglądał niby zwyczajnie. Lekko łysiejący, szpakowaty z kilkudniowym zarostem. Ubrany przeciętnie, choć schludnie. Ciemno-szary garnitur, biała koszula, poluzowany u szyi czarny krawat, czarne, nieco zakurzone półbuty… Sprawiał wrażenie przybitego… Biła od niego jakaś trudna do zdefiniowania zagadkowość…

Pociąg znowu ruszył, mijając wolno opuszczone, stacyjne zabudowania… Powiewały bezgłośnie zasłonki… Promienie zmierzchającego dnia okrywały podłogę przedziału pomarańczowymi smugami światła… Panował całkowity spokój… Mężczyzna najwyraźniej nie miał ochoty ze mną rozmawiać. Ja zresztą też. Głowa zaczęła mi powoli opadać… Już ogarniał mnie kolejny sen, kiedy nagle usłyszałem głęboki głos mojego współtowarzysza podróży:

― Wiem, że to pana wszystko nuży ― odparł spokojnie, aczkolwiek stanowczo.

Spojrzałem na niego zaskoczony. A on ciągnął dalej:

― Zastanawiał się pan nad tym, co nas otacza? Nad sensem stworzenia? Jakie ma pan koncepcje?

― Szczerze mówiąc, nie mam chyba żadnych. Wie pan, codzienne obowiązki, problemy. ― Próbowałem jakoś uciec od tych nader zaskakujących pytań. ― To chyba sprawa dla filozofów. ― Ściekały mi po plecach krople zimnego potu.

― Ma pan rację. Myślało już wielu… Począwszy od Platona, poprzez Kanta… aż do teraz...

― Pisze pan książkę, artykuł albo scenariusz?

― Nie piszę żadnej książki, ani scenariusza. ― Zmarszczył brwi, jakby go chwycił bolesny skurcz. Wyraźnie cierpiał.

Nie wiedząc czy nie przekroczę delikatnej granicy, zapytałem:

― Proszę wybaczyć moją niedyskrecję… Ma pan jakieś zmartwienie? Choć może nie powinienem…

― Nic nie szkodzi. Śmiało.

Milczałem.

― Wyczuwam u pana lęk. ― Lekki grymas politowania wykrzywił mu spierzchnięte usta.

― No cóż… Każdy ma jakieś kłopoty, niespełnione marzenia…

― Wobec tego odpowiem panu, ale uprzedzam… ― dozna pan ogromnego szoku!

― Mianowicie? ― Spytałem zdziwiony.

― Słyszał pan o Wielkim Wybuchu?

― Owszem, słyszałem.

Mężczyzna kontynuował dalej swój wywód:

― Pierwotna nukleosynteza nastąpiła dokładnie 14 mld lat temu. Była początkiem wszystkiego. Ów początek wyłonił się z niewyobrażalnie gorącej i gęstej osobliwości, czyli punktu, gdzie przyspieszenie grawitacyjne, gęstość, temperatura ― były nieskończone. Osobliwość miała zerową objętość, zerowy fizyczny sens. Nagle ― pod postacią gwałtownego rozbłysku światła ― zaistniały: czas i przestrzeń,. Ten najwcześniejszy moment jest tzw. Erą Plancka, bądź wczesnym wszechświatem kwantowym. Era ta trwała od t = 0 do t = 10 do minus 44 sekundy. Do jej zrozumienia aspiruje między innymi Pętlowa Grawitacja Kwantowa, M-teoria, czy Teoria strun… Nie będę tego rozwijał… Po niej nastąpiła Era wielkiej unifikacji, poprzedzająca Erę inflacji, jej istnienie opisał Alan Guth. Dopiero od tej chwili zaczynają obowiązywać prawa ogólnej teorii względności Einsteina. Kolejne etapy: Era elektrosłaba, kwarkowa, kwadronowa, leptonowa, promieniowania, materii, galaktyczna… Początek, zatem ― nie był zamianą materii w energię, tylko odwrotnie ― energii w materię. Wszystko kipiało od wysokoenergetycznego promieniowania gamma oraz Roentgena. Wielki Wybuch ogarnął od razu całą przestrzeń… Przestrzeń i czas tworzy materia i antymateria, czyli elektrony i pozytony. Podczas swoistego baletu śmierci ulegały one stopniowo anihilacji, stając się fotonami, czyli właśnie światłem. Ostatecznie zwyciężyły te pierwsze, dzięki czemu istnieje materialny świat i wszystkie żywe organizmy. Dzisiejsza ucieczka galaktyk nie następuje od jakiegoś wyróżnionego punktu, tylko każda odbiega od każdej, niczym rodzynki na rosnącym cieście. Wszechświat przypomina kształtem ogromny, puchnący balon. ― Zada mi pan pytanie: a co jest poza jego granicami? ― Otóż poza nimi istnieje coś zupełnie innego z kompletnie odmiennymi prawami fizyki. Doskonały absolut wszechistnienia.  Zilustruję to prostym, obrazowym przykładem. Proszę sobie wyobrazić nieskomplikowaną myślowo grę, tzw. „Strzelankę” na automacie. Na pewno je pan pamięta. Były bardzo popularne w latach 80. Otóż można sterować w niej rakietką klawiszami albo joystickiem w górę, w dół, w bok. Obracać, strzelać do przeróżnych dziwadełek, które ją próbują atakować itd. Ale postanawia pan sprawdzić, co się stanie, gdy skieruje się nią, czy raczej przybliży do krawędzi monitora. I co się dzieje? Ku pańskiemu zdziwieniu (choć doskonale pan wie, że inaczej być nie może) nie wylatuje ona poza obręb monitora i nie lata panu po pokoju, tylko leci od przeciwnej strony ekranu, będąc cały czas w jego obrębie. Dlaczego tak się dzieje? Bo dla tej rakietki to właśnie ten ekran monitora jest prawdziwym wszechświatem, dostosowanym do jej, nazwijmy to, potrzeb. Nie wylatuje na zewnątrz monitora, bo to „zewnątrz”, jest dla niej zupełnie obcym wszechświatem, o zupełnie odmiennych dla niej prawach fizyki. To samo dzieje się z nami. Nie przeskoczymy do multiwszechświata, czy innego wszechświata w nim zawartym, bo panują tam zupełnie odmienne dla nas prawa fizyki uniemożliwiające nam wniknięcie… ― Zanudzam pana?

― Ależ nie. Niech pan mówi dalej… ― Tylko…

― Zatem, istnienie osobliwości zostało potwierdzone matematycznym założeniem, tzw. metryką Friedmana-Lemaitre'a-Robertsona-Walkera. Według niej wszechświat wykazuje jednorodność i izotropowość. Jego elementy: przestrzeń, czas, materia, antymateria, energia, oddziaływania słabe, elektromagnetyczne… ― Tylko?

― Właściwie, dlaczego mi to pan opowiada? Jest pan fizykiem? ― Zapytałem nieco poirytowany.

― Nie. Chociaż… czy ja wiem…

― Nie rozumiem?

― Widzi pan… jestem stworzycielem tego wszystkiego.

― Kpi pan ze mnie?!

― Mówiłem przecież o niewyobrażalnym szoku…

― Hahahaha! ― Parsknąłem nerwowym śmiechem, obejmując dłońmi brzuch, ale po chwili poczułem wściekłość, będąc przekonanym, że facet robi mnie w konia. ― Żarty!? ― Wrzasnąłem. ― Pił pan? ― Znowu ogarnął mnie śmiech.

― Nasze gwiazdy powoli gasną, nie ma dla nich ratunku. Materia ulega entropii, czyli stopniowemu rozproszeniu. Grawitacja słabnie. Zabije ją Wielkie Rozdarcie… Wszelkie molekuły, nawet te subatomowe, zostaną całkowicie rozerwane. Nie będzie nic.

Zdębiałem do reszty. Miałem odczucie jakiegoś wariackiego snu. ― Nie, nieee! Dosyć! ― Zaprotestowałem, zasłaniając sobie uszy.

― Ależ tak! ― Zaszeptał, niemal rozsadzając mi czaszkę, jak czytający myśli telepata! ― Nasz wszechświat nie jest jedyny. ― Dodał już normalnym głosem.

― Słucham?

Nie zwracał uwagi. Mówił dalej:

― Są ich miliardy. Każdy ma swojego Boga, istotę fizyczną i nie-fizyczną zarazem. Zrodzoną z osobliwości i jednocześnie nią będącą. Jestem jednym z miliardów ― odparł.

― Inne wszechświaty? ― Zapytałem, niemal łkając.

― Powstają w bezkresnym nad-wszechświecie albo inaczej, multiwszechświecie, którego nawet ja ― nie mogę ogarnąć rozumem.

― Multiwszechświecie?

― Puchną, pękają… niby bąble wrzącej wody… Wiecznie…

― Chce pan powiedzieć, iż… rozmawiam nie z człowiekiem, lecz… ― Bogiem?

― Tak.

Uderzyła mi do głowy krew. Mężczyzna otworzył neseser, wyjmując dwie nieprzezroczyste fiolki.

― Jeśli te substancje połączę ze sobą oraz wstrząsnę ― nastąpi kres naszego wszechświata. Będzie nowy Wielki Wybuch, który go błyskawicznie unicestwi… Unicestwi razem ze mną... Pierwsza zawiera pramaterię, tzw. Ylem, nad-gęstą ciecz jądrową sprzed 14 mld lat. To zaczyn pierwszych pierwiastków chemicznych. Druga ― mieszankę wspomnianego wcześniej wysokoenergetycznego promieniowania gamma i Roentgena. Istnieje taka teoria Alfa-Beta-Gamma… ― Być może słyszał pan o niej?

― Jakiś absurd! ― Krzyknąłem.

― Żaden absurd ― syknął przez zęby, ściskając dłońmi obie fiolki.

― A więc, totalny idiotyzm!

― Przekonać pana? Mój czas upłynął. Każdy cykl ma swój kres. Powstanie nowe, lepsze... Wszyscy Bogowie tak czynią. To rodzaj ewolucji, rozumie pan?

― Ale, po co mi pan o tym mówi, znaczy, po co mi o tym mówisz… Boże? ― Nie mogłem wymyślić nic rozsądnego, więc wyszeptałem jedynie: ― Dlaczego? ― Zaczynał je powoli odkręcać. Bolesne pulsowanie rozsadzało mi skronie. Najpierw pomyślałem, że chcę, ponieważ byłem przekonany, iż z tego i tak nic nie będzie, gdyż rozum nakazywał mi traktować to wszystko jak jakieś bajdurzenia wariata. Jednakże zwyciężył pierwotny instynkt przetrwania. ― Niee! ― Wrzasnąłem, skacząc mu momentalnie do gardła.

Doszło do szarpaniny. Fiolki spadły na podłogę. Wytrzeszczał przekrwione oczy, charczał… Moje palce coraz mocniej ściskały jego krtań… Miałem tego wszystkiego dość! Pociąg gwałtownie szarpnął. Poleciałem do tyłu, uderzając boleśnie potylicą o coś twardego. Usłyszałem trzask pękającej szyby… Zdążyłem jeszcze zobaczyć Boga, wstrząsającego szybko obie substancje i ― przeszywający wszystko potok jaskrawo-niebieskiego światła… Potem… ― nie było już NIC.

 

(Włodzimierz Zastawniak, Sierpień, 2015)

 

***

 

Bibliografia:

 

1. Alan Dressler (1995): Podróż do Wielkiego Atraktora (przekład: Jerzy Lewiński). Zysk i S-ka Wydawnictwo (1996)

2. John Gribbin (1986): W poszukiwaniu wielkiego wybuchu (przekład: Piotr Amsterdamski). Zysk i S-ka Wydawnictwo (2000)

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nic dodać,  nic ująć. 
    • - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne.    W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba.    Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.   Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.   Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.   Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.   - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?   - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy.    Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód.    - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty?    - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…   - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.   - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem.    Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną.    - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…   - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.   Ojciec roześmiał się ciepło.   - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.   Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.   - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna!    Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.   - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.   - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.   - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon.    - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie.    - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.   Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.   Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności.    Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.
    • @Nata_Kruk to prawda , też tak uważam.   
    • @huzarc.. to, co w wierszu, to .. trwanie... czasem cholernie  trudne, bo.......

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... na władzę przymykam oko.. ale być odpowiednią funkcją, czemu nie.
    • @Radosław   Bardzo dziękuję! Pozdrawiam. :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...