Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Z róż zostały blizny na sercu

 

Dzwony głuche, martwe biją w głowie
Uderzenia przywołują burzę i zamęt
Jakbyś wsparł w istnienia odnowie
Nie zabiłby mnie otchłani lament

 

Róża zdradzona obrasta w ostre kolce
Tym kwiatem ja choć wstyd mówić
Rozjeżdżają mnie tyrańskiej siły walce
Pozwól mnie mgłą modlitwy spowić

 

A dzwony i róże jak chrystus i krzyż
W ogrodzie duszy zaszczyty chowają
Tu panuje prawo i znieczulicy odwilż
Tu modlitwy Bogu się lekko oddają

 

Kochać to jakby być wolnym w domu
To jak powietrze dla głodnych kwiatów
Tylko miłość dziś nie potrzebna nikomu
Nikt nie szuka sztuki trudnej już polotu

 

Czy miłość może żyć bez innej miłości
Bez kontaktu jak bez tlenu wciąż umierać
Czy uczucie istnieje tak twarde jak kość?
Czy niewoli czy pozwoli nam wybierać?

 

Jak kochać gdy nie czujesz jej oddechu
Gdy jej serce do mnie długo nie pisze
Czy jest prawo miłości w serca cechu
Które niszczy czerwona siłę jak ciszę

 

Zdradziłaś wbijając dziecku nóż w plecy
Tej mojej części tak bardzo zniszczonej
Czy mnie jeszcze jakaś siła dziś uleczy
Czy ucałuje z szacunkiem małą koronę

 

Nie pragnę wiele - ciszę i spokój chcę
Wolność, która przecież jest podstawą
Czuje jak upadam, każdej nocy lecę
Życie mnie zabija a miało być zabawą

 

Czy jest ktoś co wierzy w sprawiedliwość
Uznaje, ze morderców trzeba ukarać
Jestem sam, bezbronny jak na złość
Gdzie jest moja opoka - miłosna brać?

 

Bez znaczenia - Boże mój mnie wybaw

Kto o miłości zapomina nie wart uczuć
Przecież z tęsknoty przypłynął by wpław
Bo prawdziwe kochać - to wiecznie móc

 

Autor: Dawid Daniel Rzeszutek

Edytowane przez Dawid Rzeszutek (wyświetl historię edycji)
  • Dawid Rzeszutek zmienił(a) tytuł na Z róż zostały blizny na sercu

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...