Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

A to miło mi, że się zgadzasz.

Choć obawiam się, że do takiego stanu może dojść w skutek czegoś bardzo niedobrego, bo po dobroci to ludzie raczej nie zrozumieją, poza nielicznymi.

Żądza pieniądza zaślepia.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Poeci podobno są w tym dobrzy, choć ja to raczej opieram się na historii i analizie procesów społecznych, które czasem potrafią przyspieszyć wskutek jakiegoś nieprzewidywalnego wypadku.

 

Gdyby ta pandemia zabiła 95% ludzkości, to mogłoby być ciekawie...

A epidemiolodzy przewidują kolejne dużo gorsze.

Opublikowano

@Rafael Marius Możliwe, ale nie umiem się rozsądnie ustosunkować. Przy tego typu teoriach najłatwiej mi się posługiwać teoriami Hawkinga, który gdzieś tam zakopał się w książkach i doszedł do wniosku, że ludzkość na ziemi to jeszcze jakieś 500 lat. Wirusy się potęgują, ale i człowiek coraz lepiej z nimi walczy. Bronie gigancieją ale i pokojowi rosną w siłę....

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Covid sam się zwalczył, bo zmutował i stał się mniej zjadliwy. Zresztą większość osób miała łagodny przebieg, albo wcale. A zarażeniu uległo 95% populacji.

 

A ja myślę, że znacznie dłużej, tylko w takiej formie organizacji życia społecznego jak opisałem powyżej.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Czasem też trzeba w poezji poruszyć strunę, która zagra melodię niezgodną z tym co powszechnie sączy się z głośników.

O tym, że cyfryzacja polepszy i przyśpieszy słyszymy od 30 lat, a fakty często są takie, że opóźnia i pogarsza jakość życia.

 

Dziękuję za serduszko i zajrzenie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Tak przede wszystkim o tą wewnętrzną przemianę chodzi. Bez tego żadna rewolucja się nie uda. Jeden system zastąpi drugi, niekoniecznie lepszy. Tak jak to było w Rosji w 1917 roku.
Jak mówią "zamienił stryjek siekierkę na kijek"

 

Prawdziwy przewrót prowadzi do etycznego postępowania, jednak by ono było możliwe człowiek powinien wiedzieć co jest dobre, a co jest złe.
A skąd ma wiedzieć skoro nikt go nie nauczył?

 

Kiedyś był w szkole taki przedmiot etyka do wyboru z religią, ale w praktyce trudno było na niego chodzić. Nie wszędzie był i nie w tych godzinach, co trzeba. Zatem większość chodziła na religię, bo wygodniej.

 

Jak rozmawiam z młodszymi od siebie to jedyne postępowanie, które uważają  za etyczne to takie, które prowadzi do zarabiania jak najwięcej. Większe pieniądze, większe szczęście.
A to jest fałszem, co wynika choćby z prawa malejącej użyteczności. Każda kolejna zarobiona złotówka jest mniej użyteczna.

 

Gdy społeczeństwo przestaje być etyczne skazane jest na zagładę.
Przeżyją tylko te jednostki, które wyłączą system i będą się spełniać poza tak zwanym światem rozwiniętym.

 

Dziękuję za miły komentarz i serduszko.

 

Opublikowano

@Rafael Marius Ja akurat nie aż tak kłócę się z pieniądzem, zwłaszcza że ten jest potrzebny by tutaj żyć. Sam niejednokrotnie zauważam, że szereg moich motywacji ma wymiar finansowy, również pisanie, ale pewnie niekoniecznie jest to prawdziwe o tyle, że jednak jakaś tam motywacja ma również inne uzasadnienia. Szereg moich porażek miało również jak najbardziej materialny wymiar. Młodzi potrzebują forsy na samodzielność, mieszkanie, ubranie, związki, dzieci, urlop, rozrywkę etc., a z założenia są osobami szczerszymi choćby dlatego że mniej doświadczonymi. Poza tym szeregu osób starszych, którym się powodzi nie wypada mówić o pieniądzach bo je mają w przeciwieństwie do wielu młodych. Słyszę tu i tam głosy o etycznym przewartościowaniu, ale prawdę mówiąc nie bardzo w nie wierzę. Moim zdaniem, o czym zresztą piszę w tutejszym opowiadaniu dobrze by było gdyby jak najwięcej z nas żyło w wygodzie, która ma zresztą bardzo wiele aspektów i jak najbardziej również etyczne i sumieniowe. Na ten moment widzę w tym mini klu aż się jeszcze bardziej zestarzeję, coś mi się znów przekręci w głowie bo przecież może jak najbardziej i napiszę o jakiejś innej myśli przewodniej ;)))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

To jednak pewne procesy trzeba wychwycić. Zarówno liczba mieszkań, domów jak i metrów kwadratowych w przeliczeniu na głowę mieszkańca systematycznie rośnie. Zatem funkcjonuje się coraz wygodniej. To nie ma końca. Jak tak dalej pójdzie to pałac dla każdego będzie za mało.

 

Dawniej 3-4 pokolenia w jednym mieszkaniu żyły i miało to swoje zalety. Znam z własnego doświadczenia. Dla dzieci to super układ.  Wysokiej jakości socjalizacja, czego teraz dramatycznie brakuje w tych patologicznych rodzinach 2+1.
Mój ojciec się wychowywał w kilkunastu osobowej rodzinie, też w jednym mieszkaniu, ale dużym.

 

W Warszawie około 30% zasoby to pustostany, które ludzie lub fundusze kupują na lokatę kapitału lub nie wynajmują z innych przyczyn. Dawniej coś takiego byłoby nie możliwe. Byli tacy, co chodzili i węszyli, gdy znaleźli takie puste lokum otwierali z pomocą znajomego ślusarza i zajmowali jako tak zwani dzicy lokatorzy.

Mój dziadek tak właśnie zrobił i 6 pokoleń mojej rodziny tam mieszkało. Dopiero nie dawno bratu ciotecznemu i jego rodzinie zabrali. Za komuny państwo patrzyło na to przez palce. Było bardziej ludzkie.

 

Ja jeździłem na wakacje i za granicę i w Polsce  i nigdy za nie płaciłem. Wręcz przeciwnie przywoziłem z nich pieniądze i to niemałe jak na te czasy. Owszem trzeba było pracować lub handlować, ale przecież nie 24h na dobę. I nikt nie pytał czy mam 18 lat, bo w rzeczywistości miałem 10 i z czasem coraz więcej. Ja szybko wszedłem w dorosłe życie. I wielu innych, przecież nie byłem sam.
Wolny czas też się znalazł i można się było zabawić z takimi, którzy to potrafili i to jak.

 

A byli też i tacy, co wybierali wędrówkę z namiotami, gdzie utrzymanie kosztowało tyle co w Warszawie, a może nawet mniej. Jedzenie ze sklepu, a spanie darmowe. Ja też raz 2 razy na takiej byłem, choć dla mnie to trochę za spokojne było i nudnawe.

Wolałem zagraniczne wyjazdy albo prowadzenie dyskotek w Polsce, gdzie było darmowe spanie, wyżywienie, wycieczki i jeszcze coś zapłacili.

 

Reasumując można żyć w zupełnie inny sposób i mieć dużo więcej wolności i przyjemności za dużo mniejszą cenę, osiągając to na wiele różnych sposobów, których obecnie jest znacznie więcej niż za komuny.

A kluczem do tego są dobre relacje z ludźmi.
Czyli dać się lubić.

 

Opublikowano

@Rafael Marius Tutaj się z Tobą akurat w wielu miejscach nie zgadzam, ale już straciłem rezon do dyskusji na dzisiaj, sorki ;) Ale boli mnie jedna rzecz generalna, że najbardziej się doi młodych, najwięcej od nich wymaga, oczekuje się od nich uratowania świata czy jakiejś niezrozumiałej etycznej przemiany, a najmniej się ich broni i w ogóle jakby się nie dbało o ich interesy, a całe tabuny starszych osób jakby w ogóle na skutek jakiejś pomroczności ciemnej zapomniało definitywnie, że też byli młodzi :// A to podobno ja mam problemy z Ailzaimerem ://

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Ja nie wymagam. Nie mam dzieci zatem nie mam od kogo. Szefem też nie jestem.

Jak byłem młody to nikt ode mnie nic nie wymagał. Rodzice byli zadowoleni, gdy zdałem do następnej klasy. Zresztą gdybym nie zdał to też by pewnie stwierdzili, że to w sumie dobrze, bo przedłużyłem sobie młodość.

 

Umowę o pracę miałem tylko 3 miesiące, a przez resztę życia byłem szefem sam dla siebie. Zresztą ta praca też była luźna, choć długa 12-24h na dobę.

I powiedziałbym, że płacili mi za zabawę. Nawet chciałem więcej.

Grunt to dać się lubić.

 

Ale faktycznie słyszy się o tych wymaganiach zewsząd, także znam sprawę.

No cóż owce dają się prowadzić na rzeź. Jednak i one kiedyś się zbuntują. Ile można.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Może tak być, patrząc z materialnego punktu widzenia.

 

A mistycznie to twarz anioła życia, który zrasza ziemię mgiełką duchowej odnowy, wtedy gdy dobre źródło z wnętrza tryska.

Lub anioła śmierci płaczącego potokiem łez, gdy źródło jest zatrute.

 

Co na dole, to na górze i odwrotnie.

A skutek obecności obu aniołów jest ten sam.

Petent już nic nie musi.

 

Ja się staram pisać wszystkie wiersze tak by były co najmniej dwie warstwy interpretacyjne. Duchowa i materialna nierozłączne siostry.

 

Dziękuję za serduszko i wizytę.

 

i

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Owszem, owszem tak nasz gatunek ewolucja ukształtowała, że są dla nas piękne i przyciągają wzrok, podobnie jak owady. W przypadku tych drugich powód jest jasny, a dlaczego dla ludzi są tak atrakcyjne, tego chyba nikt jeszcze nie wie.

 

A ja bym raczej powiedział, że są tworzone z mgły wewnętrznych źródeł zarówno dobrych jak i złych, tak jak chmury deszczowe z pary zbiorników wodnych.

 

 23 Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym"

Mk 7,23

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...