Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Nie, Agnieszko, w niczym nie przeszkadzasz, mówiłem już: jestem pogańskim racjonalistą - libertynem i intelektualnym biseksualistą - uniwersalnym, gdybym miał do wyboru ciebie i Wiolettę - wybrałbym ciebie i dobrze wiesz dlaczego (nikomu o tym nie mów, niektórzy ludzie lubią plotkować).

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Po pierwsze: jesteś ładniejsza, po drugie: piszesz lepsze teksty i po trzecie: widziałem twój tyłeczek na rowerze - sama opublikowałaś tutaj zdjęcie, dodam jeszcze: dużo lepiej ciebie znam (wirtualnie) i wiem czego mogę się po tobie spodziewać, a prezent ode mnie już dostałaś w postaci fragmentu filmu.

 

Łukasz Jasiński 

 

@Somalija

 

Jeszcze jedno: twoja przyjaciółka nie okazuje zainteresowania historią i potrafi mocno zakpić z mojego pochodzenia i mojego przodka: generała Jakuba Krzysztofa Ignacego Jasińskigo herbu Rawicz - masona, poety i jakobina, powinna wiedzieć: nie mam wpływu na geny i pochodzenie, także: herbowe nazwisko, gdyby naprawdę była zainteresowana - zaczęłaby czytać jego wiersze, szczególnie: erotyki i zrozumiałaby - on naprawdę chciał zrobić rewolucję i zlikwidować pańszczyznę, dlatego też: trzymam kciuki, aby "Chłopi" otrzymali Oscara.

 

Łukasz Wiesław Jan Jasiński herbu Topór 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Do Rozety*

 

Nadchodzi widok smutnej jesieni,

Liście pożółkłe na drzewie,

Mojej Rozety nic nie odmieni,

Zawsze zacięta w swym gniewie.

 

Wnosiłem sobie - wiosna wesoła,

Co wskrzesza całą naturę,

I jej też serce zmiękczyć podoła...

Lecz zawsze równie ponure!

 

Próżne me męki, próżne wzdychanie,

Darmo się nurzam w rozpaczy,

A nuż się gniewać przestanie,

Gdy smutną zimę zobaczy?

 

Ach i stąd próżne wznosząc nadzieje,

Już za nic moje kochanie;

I to zapewne jej nie zachwieje,

Bo zawsze piękna zostanie.

 

Rozeto, patrzaj na te odmiany,

Cała natura niestała,

Tylko twój umysł nieubłagany.

Będziesz się jeszcze gniewała?

 

Jakub Jasiński 

 

*Rozeta jest również symbolem słowiańskich pogan i oznacza, skrótem mówiąc: Słońce, dlatego też jest moim symbolem obok Oka Opatrzności - prawe oko też jest symbolem Słońca, a jednocześnie - masonerii, otóż to: po uchwaleniu Konstytucji Trzeciego Maja - w Łazienkach Królewskich miała powstać Świątynia Opatrzności, jak wiemy: powstała ona dopiero w tych czasach jako Świątynia Opatrzności Bożej na Polach Wilanowskich.

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego niedostępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

 

Adama Mickiewicz: "Pan Tadeusz" - skromny fragmencik o moim przodku...

 

Moi przodkowie nie mieli żadnego tam zaścianka, wręcz przeciwnie: potężny Dwór w Jasionce niedaleko Rzeszowa - teraz jest tam lotnisko, może sama waćpanna Agnieszka sprawdzić w internecie i proszę nie słuchać przyjaciółki waćpanny Wioletty, iż moi przodkowie należeli do szlachty zaściankowej.

 

Łukasz Wiesław Jan Jasiński herbu Topór 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Wiem, a jednak jest to dowód charakterologiczno-genetyczny na moje pochodzenie, inny dowód? Według astrologii liczba - 3 - oznacza: Ciało i Umysł i Duszę (CUD) - Harmonię i mój przodek zmarł mając - 33 - lata, dodam: w masońskim rycie francuskim jest to najwyższy stopień wtajemniczenia i oznacza - Rycerza Kadosz - biorąc pod uwagę moją datę urodzenia - 27.07.1981 - mam dwie - 7 - według astrologii liczba - 7 - jest iście magiczna, pełna ukrytej mocy wewnętrznej, mądrości i mistycyzmu i oznacza całkowite dopełnienie - spełnienie, tak więc: jak będę miał - 77 - lat, to: zakończę ziemską drogę życiową i moje Ciało zostanie skremowane, aby Dusza mogła spokojnie odejść w zaświaty.

 

Nawet rysy twarzy mamy w dziewięćdziesięciu procentach podobne: sprawdź zdjęcie na Wikipedii i moje: "Na granicy frontu" i jak najbardziej słodkich snów...

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Dziękuję, najprawdopodobniej: nie będę głosował - nigdy w życiu, ostatni raz na wyborach byłem wtedy, kiedy mieszkałem na Czerniakowskiej - Komisja Wyborcza była w szkole podstawowej - Orła Białego - na Zwierzynieckiej, a po bezprawnym wyrzuceniu mnie na warszawską kostkę brukową przez Hannę Gronkiewicz-Waltz - nie głosowałem ze względu na brak mieszkania - żyłem poza systemem, de facto - zostałem pozbawiony praw obywatelskich, zrozum: była to pierwsza moja sytuacja w życiu, dopiero na Woli jako tymczasowy mieszkaniec schroniska na Żytniej i jako osoba nielegalnie bezdomna - dostałem informację od tamtejszej Komisji Wyborczej, iż mogę głosować, jednak: potrzebne było zaświadczenie z Urzędu Miejskiego o miejscu tymczasowego zamieszkania - to było już po fakcie, teraz: miałem taki plan - chciałem iść do Administracji DOM Konduktorska po zaświadczenie o stałym miejscu zamieszkania (na wszelki wypadek) - mieszkam na Konduktorskiej i informację o tym - gdzie mogę głosować - u mnie są trzy szkoły i przedszkole, wszystko dobrze funkcjonowało, aż tu nagle otrzymałem pismo o niedopłacie w postaci 2000 zł, chociaż od dwóch lat otrzymuję co pół roku pismo o niedopłacie w postaci 400 zł, mieszkam sam i używam bardzo mało wody - nie mam pralki, lekkie pranie piorę w misce - duże ubrania piorę w publicznej pralni, drugą miskę mam w zlewie w kuchni - oszczędzam wodę - zakręcam również wodę obok liczników, więc: jakim cudem nagle mam zapłacić cztery razy więcej? Nie, nie jestem frajerem: wina leży po stronie księgowości z administracji lub po stronie wodociągów, otóż to: mieszkanie należy do Gminnego Zasobu Mieszkaniowego, wodociągi jako Warszawskie Wodociągi należą do Stołecznego Miasta Warszawy i tym majątkiem gospodaruje Rada Warszawy i prezydent Rafał Trzaskowski, słowem: Kolacja Obywatelska, blisko, blisko i blisko było, aż tu nagle wszystko spierdolili i straciłem wtedy chęć do aktywności obywatelskiej, po raz drugi (po bezprawnym wyrzuceniu mnie na warszawską kostkę brukową) - zmarnowali szansę i stracili zaufanie, jasne: nie była to żadna motywacja, wręcz przeciwnie: demotywacja i destrukcja, jasne: bez wyroku sądu nie mogą mnie eksmitować i komornik też nie może mi nic zrobić, powtarzam: nie będę zaczynał wszystko od samego początku - śpię na materacu, mam półkę na ubrania, lodówkę i torbę podróżną - to mi komornik zlicytuje? Nie wspominając już o mieszkaniu - nie jestem prawnym właścicielem, więc: komornik miałby zlicytować Administrację DOM Konduktorska, Gminny Zasób Mieszkaniowy, Radę Warszawy, Wodociągi Warszawskie i prezydenta Rafała Trzaskowskiego? Mogę uprzedzić fakty i iść do prokuratury lub poczekać na wezwanie do sądu - to sąd decyduje, natomiast: administracja - nic nie ma do powiedzenia i nic nie może mi zrobić, tak właśnie działa ciemnota - sami swoi, przykro mi...

 

A nawet jeśli: komornik zlicytuje mi lodówkę - pozbawi mnie jedzenia, komornik zlicytuje mi półkę z ubraniami - pozbawi mnie ubrań - ciepła i komornik zlicytuje mi materac - pozbawi mnie snu, de facto: jest to morderstwo na raty, dodam jeszcze: jestem osobą niesłyszącą o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności.

 

Łukasz Jasiński 

 

                    Artykuł: 148 - Kodeks Karny

 

1. Kto zabija człowieka:

 

podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat - 8, karze - 25 lat pozbawienia wolności i karze dożywotniego pozbawienia wolności.

 

2. Kto zabija człowieka:

 

- ze szczególnym okrucieństwem,

- w związku z wzięciem zakładnika, zgwałceniem i rozbojem,

- w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie,

- z użyciem materiałów wybuchowych -

 

podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat - 12, karze - 25 lat pozbawienia wolności i karze dożywotniego pozbawienia wolności.

 

3. Karze określonej w punkcie - 2 - podlega:

 

ten, kto jednym czynem zabija więcej niż jedną osobę lub był wcześniej prawomocnie skazany za zabójstwo oraz sprawca zabójstwa funkcjonariusza publicznego - popełnionego podczas lub w związku z pełnieniem przez niego obowiązków służbowych związanych - z ochroną bezpieczeństwa ludzi i porządku publicznego.

 

4. Kto zabija człowieka:

 

pod wpływem silnego wzburzenia usprawiedliwionego danymi okolicznościami - podlega karze pozbawienia wolności od roku do - 10 lat.

 

Źródło: Internet

Edytowane przez Łukasz Wiesław Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Zrobię padania psychiatryczne, pójdę po dokument w sprawie niekaralności i na policję o pozwolenie na palną broń i nauczę komornika czytać z pełnym rozumowaniem - mam dowody złamania prawa - czarno na białym, zresztą: komornik gówno może - jest on niżej w hierarchii od sędzi i prokuratura, jest jeszcze inna opcja: mogę złożyć wniosek o badania psychiatryczne, aby komornikowi w szpitalu psychiatrycznym przystawili prąd do mózgu i wtedy on lub ona wróci do realnego świata - logicznego myślenia, tak: bardzo, ale to bardzo dużo osób tego potrzebuje, jeśli to nic nie da: zabiję komornika w samoobronie - zgodnie z prawem, przypominam: miałem już do czynienia z komornikiem Olgą Rogalską-Karakulą - przegrała ze mną, dodam: w moim przypadku - efekt jest zawsze odwrotny od zamierzonego celu, istnieje coś takiego jak efekt domina lub efekt kuli śnieżnej - biorąc odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem i wymuszając ode mnie pieniądze za cudze długi - wszystko to będzie wpływało na otoczenie, również na ciebie i Agnieszkę - nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo potrafię być niemiły, bezwzględny i szorstki - potrafię słowami strzelić w samo sedno - zadając piekielnie ogromny ból i doprowadzić człowieka na samo dno - do nieuleczalnej depresji, słowem: kompletnie go złamać psychicznie, jeszcze jedno: mogę iść do pułkownika Bogdana Bogusławskiego - szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, tak: kiedyś miałem gazowy pistolet i wojskowy nóż, dorośnij wreszcie...

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Nie zrobię tego, gdybym był winien - to: zrobiłbym - to, ani mi się śni, a ja życzę tobie - ci, abyś raz na zawsze przestała o mnie myśleć - nie jesteś tego warta i godna, zresztą: sama jesteś przykładem jak byłbym przez siebie traktowany - gdybym się zgodził być twoim pracownikiem jako lutnik, dostałbyś ode mnie jako przełożona otwartą dłonią w pysk za naruszenie mojej godności osobistej (to: zgodnie z prawem - samoobrona) i wtedy grzecznie usiadłabyś na leniwy i śmierdzący tyłek, powinnaś nauczyć się pokory, a teraz idę do sklepu po śniadanie i papierosy, miłej pracy, właściwie: siedzenie na koszt pracodawcy przed komputerem i przelewanie na mnie własnej frustracji.

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Karakula

 

I to tak zwana ta pani komornik,

lekka, panienka, lekka - złotowłosa

i to tak zwana ta pani komornik,

 

trzy dni temu widziałem ja - ją,

oczy, pociemniałe, oczy - wypalone:

trzy dni temu widziałem ja - ją,

 

dałem ja jej francuskiego - rogala,

kiedyś ona była pożądliwa: jak ta osa,

dałem ja jej francuskiego - rogala,

 

jak śpiewają cyganie: cyrangala

i la i le i la i lala i la i le i la i morangala,

jak śpiewają cyganie: cyrangala,

 

dałem ja jej francuskiego - rogala,

kiedyś ona była pożądliwa: jak ta osa,

dałem ja jej francuskiego - rogala,

 

trzy dni temu widziałem ja - ją,

oczy, pociemniałe, oczy - wypalone:

trzy dni temu widziałem ja - ją

 

i to tak zwana ta pani komornik,

lekka, panienka, lekka - złotowłosa

i to tak zwana ta pani komornik...

 

Łukasz Jasiński (październik 2017)

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...