Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Mam średnie zawodowe wykształcenie z egzaminem dojrzałości - maturą, a z zawodu jestem komputerowym składaczem tekstu - poligrafem, jestem po trzech pracach: pracowałem w Zakładzie Pracy Chronionej, Archiwum Akt Nowych i Narodowym Klubie Libertyńskim, jednocześnie: w Archiwum Akt Nowych miałem szkolenie z Obrony Cywilnej i kurs archiwalno-kancelaryjny z oceną: dobry, miałem również kurs z aktywnego poszukiwania pracy na warszawskim Muranowie, nie wspominając już o praktykach szkolnych - praktyki miałem w wydawnictwie drukarskim na warszawskiej Woli, dodam jeszcze: pozasystemową samoedukację i jak to sobie wyobrażasz: czy taki umysł twórczy, doświadczenia zawodowe, także: życiowe - miałby nagle zostać lutownikiem, bokserem, kucharzem, hydraulikiem, spawaczem, drwalem, stolarzem, szewcem i szeregowym - żołnierzem? Najbardziej odpowiadała mi praca w Archiwum Akt Nowych na stanowisku - pomocnika gospodarza, inaczej: jako złota rączka, mogę ze wszystkiego zrezygnować, jednak: niech jakaś dziewczyna mnie znajdzie - musi mieć dom z ogrodem i poprosić mnie o rękę, wtedy wezmę ślub państwowy jako zabezpieczenie przed kolejnym, jakby inaczej: bezprawnym wyrzuceniem na warszawską kostkę brukową - żony nie mają prawa wyrzucać mężów, ona: będzie pracowała, ja: będę gospodarzem domu - złotą rączką.

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Łukasz Jasiński ja też bym tak chciała, być bogatą żoną i nic nie robić. chodzić sobie jak moje siostry na pogawędki, jeździć na wczasy. moje siostry czy ciocie w mojej rodzinie nie pracują, mają mężów. w obecnych czasach papierek z uczelni jest nic nie wart. wiesz ja też gdzieś pracowałam, a czy ja pamiętam co ja tam robiłam, nic nie pamiętam. liczy się tylko ten moment obecny co robisz.

Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Zamiast użyć własnych argumentów - kontrargumentów, tylko: "wszystko to bzdury" - sama wystawiłaś sobie świadectwo - masz bardzo niski poziom intelektualny, bardzo i bardzo, aby nie powiedzieć - tragiczny... Istnieje coś takiego jak łańcuch pokarmowy: pierwsze są pszczoły, ostatni - człowiek i ten łańcuch pokarmowy tak funkcjonuje, aby rośliny, zwierzęta i ludzie mogli przetrwać i muszą ze sobą współżyć i współpracować, nawet nie wiesz co to jest kanibalizm - ty jesteś duchowym kanibalem - zjadasz moją duchową energię i nie masz żadnego prawa decydować o tym - co mam jeść, mówiłem już: charakterystyczna dla każdej sekty jest destrukcja (materializm i pasożytnictwo - też) - namówiłaś mnie do głodówki, inaczej: namówiłaś mnie pośrednio do popełnienia samobójstwa, proszę cię, skorzystaj z pomocy psychiatry - naprawdę masz bardzo duży problem z samą sobą, jednocześnie: była to ostatnia rozmowa z tobą - marnujesz mój czas i energię.

 

Z poważaniem

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

 

Łukasz Jasiński

 

@violetta

 

Nie, nie muszę: jestem Ciałem i Umysłem i Duszą - CUD-em (trzy pierwsze litery) - doskonale znam własny organizm i mam bardzo silny instynkt przetrwania - słucham tylko i wyłącznie własnego organizmu, natomiast: proponuję pani grę strategiczną - Forge of Empires - może ona nauczy panią logicznego, a także: samodzielnego myślenia, zresztą: panią już pożegnałem - proszę więcej do mnie nie pisać, sam często jestem oskarżany o brak szacunku dla innych osób, właśnie: oto jest dowód - przez kogo jestem oskarżany - przez takich ludzi jak pani, którzy nie mają szacunku dla innych, a sami żądają szacunku dla samych siebie - to nic innego jak kompleks niższości - odwrócenie podstawowych wartości w drabinie społecznej - próba likwidacji istoty człowieczeństwa na rzecz dwunożnych ssaków agresywnych - bezmyślnych stad, jeszcze raz proszę panią o okazanie mi szacunku i zaprzestania - pisania do mnie, zresztą: przecież pani jest w pracy, nieprawdaż?

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Nie wiem co to za jegomość i nie interesuje mnie on, wiesz, że bardzo łatwo jest słuchać i mówić, a trudno czytać, pisać i myśleć - oglądam tylko filmy z polskimi napisami: fabularne i dokumentalne na YouTube, CDA, Rakuten TV i TVP VOD, powtarzam: jestem osobą niesłyszącą i osoby słyszące muszą wreszcie zrozumieć - nie są na wyższym poziomie intelektualnym, gdyby twój kolega był bardzo mądry, to: bez problemu przeczytałby - "Posłowie", "Wizja magika poezji", "O moim szwadronie śmierci", "Sumka" i "Tajne Specjalnego Znaczenia" - zrozumiałby wtedy, iż uprzedzam fakty, które dopiero nastąpią i zawsze należy sprawdzać datę powstania danego tekstu - na samym końcu, nigdy: datę publikacji - na samym początku, niech pani zrozumie wreszcie: nie publikuję bezpośrednio z tutejszego Warsztatu, tylko: z Worda. 

 

I czasami słucham muzyki, a właściwie - odbieram drgania i wszystko można tutaj znaleźć.

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Łukasz Jasiński zgodzę się z Tobą, trudniej czytać, zewsząd tyle informacji, ale ja jestem bardzo dynamiczną osobą. sama chciałabym mieć swój kanał na youtube i rozmawiać o poezji i o poetach, o zdrowym, bezpiecznym stylu życia, spotykać się z nimi, za mną też wszyscy przepadają. podróżować po świecie z ukochanym. Łukasz jesteś bardzo fajnym, zaściankowym chłopakiem, pozytywnie zakręconym.

są aparaty na słuch. jeżeli nie masz, to Ci kupię.

Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Nie! Żadnych aparatów! Przeczytaj: "Nektar okrutnej niedoli" - aparaty mi nie pomagają, mam, kurwa jego mać, wyjąć wszystkie zdjęcia z torby podróżnej i pod cholerny twoj nos pokazać ci dowody: byłem na Ukrainie, we Włoszech, w Watykanie, w San Marino, na Litwie, na Łotwie i w Rosji, nie wspominając już o Polsce - zwiedziłem pół Europy i całą Polskę, a teraz, kurwa jego mać, chcę mieć święty spokój - jesteś bardzo męcząca i denerwująca, także: niewiarygodnie - głupia! Nigdy, ale to nigdy nie oceniaj ludzi, których realnie nie znasz, nie wspominając już o tym, iż w ogóle ich nie czytasz! A teraz: vale, infans!

 

Łukasz Jasiński 

 

In holocaustum polonica

 

Dym, krwisty, dym i słodkawy - smak

jak pełzająca cisza zawładnie twoje ciało,

umysł

 

i duszę: zdominuje - rzeź -

tam hen u krainy i tam hen u krainy

kościotrupy

 

tańczą, wołyniankę, tańczą:

hej, sokole, hej, leć wysoko nad padliną -

ludożercą - Banderą.

 

Łukasz Jasiński (maj 2023)

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Otóż to: aparaty słuchowe są bardzo drogie, musiałem złożyć wniosek o dofinansowanie z Państwowego Fundusz Osób Niepełnosprawnych, wróć wreszcie na ziemię - nie masz tyle pieniędzy, a w twoim wypadku - byłyby to trzy całe wypłaty, opublikuję poniżej: "Prozę śmiertelnej nudy" - jak to się mówi: do trzech razy sztuka i tam znajdziesz do czego aparaty słuchowe mnie doprowadziły, zresztą: tu wcale nie chodzi o słuch, tylko: mózg, dźwięk przez uszy przechodzi do mózgu i to nic innego jak robienie wody z mózgu - pranie mózgu, jasne: aparaty słuchowe oddałem w przychodni na Iwickiej, powiedziałem: nie pomagają mi i pogarszają stan zdrowia pod względem psychicznym i fizycznym, zapamiętaj: posiadam wrodzoną niepełnosprawność - to co innego od nabytej i pewnie teraz aparaty słuchowe nosi osoba, której naprawdę pomagają.

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Powtarzam jeszcze raz: mam nabytą niepełnosprawność i na świat przyszedłem jako osoba pełnosprawna - już widziałaś moje zdjęcie - jestem blondynem o brązowych oczach, jak byłem dzieckiem spadła na mnie szyba - byłem cały we krwi i lekarze ledwo uratowali mi życie - było to za komuny, prawdopodobnie przez źle użytą narkozę, słuch traciłem stopniowo - prawe ucho - całkowity ubytek słuchu, lewe: w dziewięćdziesięciu procentach - ubytek, przecież doskonale pamiętam ryk tramwajów, pisk pociągów i warkot samolotów pasażerskich, a wtedy, kobieto, umiałem już mówić - nie będę robił już kolejnych badań - wszystko mam w czarnej teczce, jaki jest sens, aby po raz czwarty pozwolił na robienie eksperymentów na moim mózgu? Jestem osobą niesłyszącą o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności, nie jestem osobą głuchą i głuchoniemą, właśnie, to te osoby powinni nosić aparaty słuchowe w celu nauki mowy lub osoby w podeszłym wieku, którym trudno już zrobić pranie mózgu, bo: tabulę rasę mają już ukształtowaną przez życie, podobnie jest ze wzrokiem - też nie nosiłem okularów, jednocześnie: mam silny instynkt przetrwania i nauczyłem się odczytywać mowę z ust, tak: język migowy i migany też znam - nie lubię ich używać - nie jestem małpą i nie mam zamiaru machać łapami, zauważ jedną rzecz: osoby niewidome poznają świat za pośrednictwem słuchu i dotyku, kiedy po operacji zaczynają widzieć - nie poznają żadnych rzeczy - na nowo muszą uczyć się wszystkiego za pośrednictwem wzroku i w moim wypadku też tak miało być - gdybym odzyskał słuch - musiałbym od nowa uczyć się takich słów jak mama i tata, rozumiesz? 

 

Łukasz Jasiński

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Proza śmiertelnej nudy*

 

          I otrzymujesz formalną ankietę do wypełnienia drukowanymi literami - wersalikami, posiadasz swobodne pole - wypełniasz, niestety: twoja ankieta zostaje odrzucona, dostajesz kolejną ankietę, tym razem: pole zostaje ograniczone do napisania trzech słów, to jest: mój drogi czytelniku - narodowa integracja społeczna, inaczej: odgórne wytyczne systemu (Otwarte Drzwi - Dom Rotacyjny), otrzymujesz urzędowe pismo jako wniosek - on jest tak ułożony, aby obywatel wypełniał pod aktualnie panujący system, słowem: system potrzebuje mentalnych niewolników, to jest: mój drogi czytelniku - narodowa integracja społeczna, inaczej: odgórne wytyczne systemu (Opieka Pomocy Społecznej) i otrzymujesz zaoczny wyrok sądu: czytasz każdą literę - poddajesz ją analizie: wnioskujesz - wyrok został wydany solidarnie - zastosowano wobec ciebie zbiorową odpowiedzialność karną i nie przysługuje tobie jakikolwiek lokal socjalny, otwierasz ustawę zasadniczą - konstytucję: ona mówi co innego - ona jest po twojej stronie, to jest: mój drogi czytelniku - narodowa integracja społeczna, inaczej: odgórne wytyczne systemu (Ministerstwo Sprawiedliwości), cóż: taka jest rzeczywistość - fakty, bierzesz czysty papier - drukarski, układasz długie zdania czarnym długopisem, pokazujesz swój charakter pisma: estetykę, kulturę i logikę - dowód zdrowia umysłowego, inaczej: psychicznego, niestety: twoje argumenty nie są pod jakimkolwiek pozorem akceptowane, przypominam: jestem osobą niesłyszącą - posiadam całkowity ubytek słuchu, aparaty słuchowe nosiłem w ośmioklasowej szkole podstawowej - ropne zapalenie lewego ucha, aparaty słuchowe nosiłem w pięcioletnim liceum zawodowym - rutynowe bóle głowy i aparaty słuchowe nosiłem w pięcioletniej pracy zarobkowej - bardzo wysokie ciśnienie (dwutygodniowy pobyt w czerniakowskim szpitalu), niestety: moje argumenty nie są pod jakimkolwiek pozorem akceptowane, osobistą świątynię wiedzy budowałem przez całą dekadę - od dwutysięcznego piątego roku do dwutysięcznego piętnastego roku, tak: miałem już wszystko, teraz: niczego już nie chcę, tym bardziej: nie będę już niczego budował - zaczynał od początku, niestety: moje argumenty nie są pod jakimkolwiek pozorem akceptowane, ten system posiada charakter feudalny, ten system jest pod nadzorem czarnej mafii - kościoła i ten system demoralizuje takie jednostki jak ja - zmusza mnie do brania udziału w wyścigach szczurów - jest to niewiarygodnie chora konkurencja, muszę przechodzić przez różne stopnie hierarchiczne w urzędzie gminnych zasobów lokalowych: od noclegowni poprzez schronisko do lokalu treningowego, socjalnego i komunalnego, tak: nie mam przyjaciół - mądry człowiek w stadzie głupich ludzi wzbudza zazdrość, nienawiść i mściwość - mam coraz więcej wrogów i ten system posiada charakter niszczarki - niszczy ciała, umysły i dusze: cały czas pragnie uznania, akceptacji i szacunku, przykro mi - we mnie jest tylko pogarda, jestem osobą nielegalnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą, posiadam wykształcenie średnie zawodowe ze świadectwem intelektualnej dojrzałości - maturą, jestem po trzech legalnych pracach, jednocześnie: jestem racjonalnym filozofem - poetą, dokładnie: magikiem przepięknych słów - prawdy, kończąc: za ewentualne literówki proszę czytelników o łaskawe wybaczenie mojej skromnej osobie.

 

*publikuję jeszcze raz ze względu na zewnętrzną cenzurę pod postacią wyrafinowanej aluzji - tak działa głęboko zakonspirowany tchórz

 

Łukasz Jasiński (2019)

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Daj spokój z tym Jezusem Chrystusem i nie był on żadnym tam uzdrowicielem, tylko: żydowskim buntownikiem - rewolucjonistą i filozofem uniwersalnej miłości, zauważ: moje bezpośrednie wypowiedzi są długie, a to wynika z mojej elokwencji i erudycji, natomiast: "Proza śmiertelnej nudy" jest już publicystką - esejem i każde słowo jest tak napisane, aby efekt końcowy wywołał u czytelnika odpowiednią reakcję - to już kompletnie inny rodzaj pracy pisarskiej - zajmuje więcej wysiłku intelektualnego i czasu, nie, nie będę głosował na nikogo - kto mi nie udzielił realnej pomocy, kiedy byłem osobą nielegalnie bezdomną, teraz wspieram słowem Mateusza Morawieckiego, wiem: nie będzie on startował z Warszawy, posłuchaj: według danych z Ratusza - pustostanów w Warszawie jest około - 4000, według nieoficjalnych danych - około 300000, a według mnie: blisko 700000 - w moim bloku są dwa wolne mieszkania, należy również uwzględnić to, że niektóre osoby mają po kilka mieszkań lub łączą dwa lub trzy mieszkania w jedno mieszkanie - to są fakty, Rafał Trzaskowski nie udzielił mi żadnej pomocy, pomogła mi pani Małgorzata Przybysz, a najwięcej: dziewczyny z Wiktorskiej - w dupie mieli wyrok sądu, że mi lokal socjalny nie przysługuje i w dupie mieli prezydenta Warszawy, wracając do sedna sprawy - rząd stworzył Krajowy Zasób Mieszkaniowy "Tanie Mieszkanie" - miało powstać około 150000 mieszkań i rząd zrezygnował, chociaż wykupił już grunty, otóż to: Samorząd swoje, a Państwo swoje - jest to dualizm systemowy i w tym wypadku to jest chore - obie władze nie mogą się między sobą dogadać i wszystko marnują, najbardziej cierpią zwykli ludzie, dlatego właśnie napisałem Konstytucję Polskiej Rzeczypospolitej Narodowej w celu uporządkowania tego burdelu.

 

Łukasz Jasiński 

 

@Somalija

 

I nieświadomie zwiększa mi licznik, jak na zdrowy rozum: nie jest to możliwe, aby tylko dwie aktywne osoby doprowadziły do ponad 4000 czytań, a ja - jako erudyta i humanista o następujących zainteresowaniach: poezja, historia, astrologia, religia, prawo, geografia, muzyka, filozofia, antropologia, architektura, seksuologia, duchowość, wojskowość, teologia, kultura, malarstwo, sport, psychologia, literaturoznawstwo, teozofia, polszczyzna, filologia, erystyka, tautologia, polityka i zoologia - korzystam na tym.

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...