Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zanim się obudzę, przyśnij mi się ten jedyny raz, kiedy płoną gwiazdy, kiedy myśl przemija bez echa. Dopóki trwa we mnie czysta noc, moje zmysły pozostaną szeroko otwarte. Odkąd zakochałam się w twoim westchnieniu, miłość przybrała prostsze imię. Mroczny Mesjaszu, powrócę do raju, jeśli samotność stanie się jedynym pretekstem, aby zasnąć dobrowolnie. Odnajdę twoją bujną pustkę, odszukam pozbawione żalu łzy. W naszych sercach, złączonych jak do modlitwy, guzdra się światło, dla jakiego mogłabym zginąć na miejscu. W moim dzisiejszym świecie płonie bolesny uśmiech, tak bezkresny, że ciało odmawia posłuszeństwa.

 

Mroczny Mesjaszu, dzielimy się dziś tym samym smutkiem, tą samą krwią, która spala się w naszych tęsknych słowach. Odnalazłam pośród niewypełnionych stuleci krztynę wiary, odrobinę ufności, że to, co nagłe, zazwyczaj jest przepełnione nostalgią i nienasyconym błąkaniem się od drzwi do okna, od okna do drzwi...

 

Trwa długi, zimowy wieczór. Radosny płomień hasa na palenisku, dając uśmierzające ciepło. W palcach trzymamy kieliszki z winem, wznosząc toast za to, co stało się odległym, lecz niedokończonym wstępem do niezbyt naiwnej bajki. W naszych żyłach płynie alkohol, przynosząc ulgę dla przerysowanych myśli, dla jątrzących się ran po pocałunku. Mroczny Mesjaszu, jesteś tak bliski, że przez moją duszę przetacza się spazm namiętności. Opieram policzek o twoje masywne ramię; jest tak cudownie cicho, że słyszę spokojne, ostrożne kroki twojego snu. Przymykam powieki, twój szept wypełnia kąty mojej głowy. Delektuję się zapachem cynamonu i pomarańczy...

 

Wiem, że pewnego razu zabraknie nam powietrza, aby dalej żyć. Zachłyśniemy się haustem nieba, towarzyszącego nam tego bezkresnego wieczora. Chciałabym nauczyć się języka ludzi, ale zdaje się, że tylko ty mnie rozumiesz. Jedynie ty pojmujesz, co miałam na myśli w kolejnym liście. W naszych skroniach buzuje wino, coraz odważniej spoglądam w twoją pogodną twarz. Tobie też udzielił się spokój i szeroki uśmiech. Purpurowe oczy lśnią z radości, przepastny kaptur zsunął się z wysokiego czoła. Ubywa wina, ale wypiliśmy dostatecznie dużo, żeby zasnąć pośród wyczerpanych fantazji, między słowami, którym nikt nie nadał myśli.

 

Nabieram pewności siebie, chcę zdjąć z twojej głowy tej paskudny kaptur... Lecz ty chwytasz w ostatniej chwili mój nadgarstek. Czynisz to łagodnie, ale zdecydowanie. Zaglądasz mi w oczy, rozumiem wszystko z wyrazu twojej twarzy. Nie wypowiadasz ani jednego słowa, milczenie jest zbyt upojne, aby je dobrowolnie zburzyć. I kiedy tak patrzę w te zachwycające oczy, dociera do mnie, jak wiele snów zaprzepaściłam, zanim ciebie spotkałam. Pojęłam, że znalazłam się tak blisko twojego serca, że światło pękło na pół, cień zgubił właściciela...

 

Tak... Rozumiemy się bez zbędnych słów, wystarcza ballada, która płonie w naszych sercach. W pewnej chwili pragnę otworzyć usta, ale przykładasz do nich swój smukły, chłodny palec. Kręcisz przy tym nieznacznie głową, jakbyś odpowiadał moim myślom... I wszystko wraca do równowagi, znów skupiamy się na swojej bliskości. Jesteś dostatecznie niedaleko, żebym mogła słuchać twojego oddechu, jak sentymentalnej ballady...

 

W pewnym momencie zaczynam mówić. Pierwsze wypowiedziane przeze mnie słowa dotyczą ziemi i nieba, miłości i samotności, kobiety i mężczyzny, człowieka i Boga... Mówię odważnie o namiętności, na którą oboje zasłużyliśmy, jakiej się spodziewaliśmy. W pewnym momencie łza przecina mój blady policzek; zgarniasz tę życiodajną perłę swoim palcem...

 

Czekam, aż przestanę szlochać, po czym mówię dalej. Wspominam wieczność, która dziś nie należy do nikogo. Ubieram w słowa myśli o samotności i piękniejszej przyszłości. Nic, co obce i znikome, dziś mnie nie dotyczy. Odnajduję pośród skał tę trawę, tak niewinną w porównaniu z rozłożystymi kamieniami...

 

Opowiadam ci spokojnie historię mojego życia, wspominam lukę, która w niej zieje. Mówiąc, śledzę mowę twojego ciała. Widzę, jak boisz się tego, co słyszysz. Miętosisz w palcach rąbek czarnej szaty. Nieprzytomny wzrok masz utkwiony w pustce. Wiem jednak, że słuchasz mnie uważnie, że spijasz z moich ust każdą nazwaną myśl... Kiedy kończę szeptać, przez chwilę nie reagujesz. W końcu jednak otwierasz na oścież serce. Zaczynasz przydługi monolog o tym, co ludzkie, a tak nam wszystkim odległe i nieogarnięte. Usiłujesz naiwnie odszukać człowieczeństwa na tym ubogim, usychającym świecie. Mówisz, że życie nie zawsze musi być pustą zagadką, której rozwiązania nie znamy nawet my. Nawet najlichsze wspomnienia sprawiają, że człowiek zaczyna marzyć o powrocie do przyszłości...

 

Milkniesz. Odstawiamy na stolik puste kieliszki. Zwracasz się w moją stronę i przykładasz dłoń do miejsca, w którym bredzi moje serce. Stwierdzasz, że twój cały wszechświat ma dom właśnie tutaj. Wszystkie twoje myśli są skupione na świetle wypełniającym moją duszę. Przyznajesz się bez bicia, że jedynym zwierciadłem, w którym się przeglądasz, są moje oczy. Oczy pełne serdecznych łez.

 

Po chwili milczenia kontynuujesz. Nawiązujesz do naszych marzeń, które przybywają wtedy, gdy ich już nie potrzebujemy. Masz na myśli pragnienia, z jakimi nie warto walczyć, którym warto czasem się poddać. Kiedy mówisz tak pięknie, że słucha cię z uwagą całe moje życie, spod twojej powieki uwalnia się szkarłatna łza. Ocieram ją. W ramach wdzięczności ujmujesz mnie za nadgarstek i całujesz grzbiet mojej dłoni. Szepcę, że jestem tutaj tylko po to, aby zasnęła nasza wspólna teraźniejszość. Wszystko, co ulega złudzeniom, jest smutną wyprawą w te strony, których nie zdążyliśmy jeszcze poznać, jakie wciąż pozostają nieznajome i dalekie. Wiem, że nie kłamiesz. Wiem, że jesteś objawieniem, które powierzył mi sam Demiurg. Słucham, gdy szepcesz o samotnych snach, w których nikt już nie mieszka, w których roi się od bezbolesnych przewinień. Spijam z twoich warg każde słowo, nawet to najdrobniejsze, najmilsze...

 

Kiedy przestajesz mówić o wiośnie w ludzkich duszach, otwieram nieznacznie drzwi do mojego zmyślonego świata. Przykładam dłoń do twojej klatki piersiowej i słyszę ten dobrotliwy stukot serca... Mówię, że tutaj zamieszkała cała moja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Mówię, że brakuje mi takich łez, które udźwignęłyby całą radość mojej powszedniości. Płaczę. Zaczynam płakać, wtulając twarz w twój tors. Głaskasz mnie czule po głowie i usiłujesz uspokoić łagodnym szeptem. Moje łkanie stopniowo przemienia się w kojący spokój. W materiał twojej szaty wsiąka ostatnia łza.

 

W końcu przełykam ostatni smutek i wracam na miejsce u twojego boku. Ujmujesz moją dłoń i składasz na swoim kościstym kolanie. Wybija znienacka północ, ale my się tym nie martwimy. Ani ty, ani ja nie uciekamy przed bezgwiezdną nocą. Na czarnej płachcie nie ma choćby nadgryzionego księżyca. Wino się skończyło, ale nie brakuje nam odwagi, aby mówić o Bogu i miłości.

 

Dzisiejszej nocy popłynęło jeszcze wiele łez. Bardzo, bardzo smutnych i zimnych. Nienasycona ustawicznym żalem i melancholią, co rusz sprawdzam, czy jesteś tuż obok. Tak jakbym się bała, czy nikt mi cię znienacka nie odbierze... Na moich wargach wciąż trwa piętno twoich urodziwych pocałunków. Na skórze błąka się burzliwy dotyk. Nie istnieje taka moc, taka rzeczywistość, która mogłaby nas dziś rozdzielić. Mijają kolejne niezaspokojone godziny, następne uśmiechy prosto w twarz.

 

I choć zaczyna się pomału nowy dzień, my się tego nie boimy. Wciąż siedzimy przed kominkiem, na którym już nie bryka radosny płomień. Nieśmiała jutrzenka puka spokojnie do okna, jakby wstydziła się swojej obecności. Na ściany pokoju wpełza powolutku pierworodne światło.

 

I wiem... Powrócą takie dni, kiedy człowiek marzył o lepszym świecie. Powrócą sny, w których nie boimy się rodzić. Z naszych zespolonych serc umyka ostatni podryg bólu. Nasze myśli przepełnia cisza i urodzajna radość. Spokojne są dziś nasze łzy. Choć nie ma ratunku dla melancholii, to szczęście napełnia naszą przyszłość. Przyszłość z reguły bezbolesną i niecierpliwą.

 

Kołyszemy w ramionach nowo narodzony świt. Od niechcenia siorbiemy sobie gorącą czekoladę z kubków. I choć wiemy doskonale, że prawdomówność do niczego dobrego nie prowadzi, wciąż tłamsimy w sobie zalążek spełnienia, odrobinkę wiecznej jasności... Nie pozostanie w nas ani trochę przestrzeni czy wolności - Bóg obiecał nam ciekawszy los... Tak. Bogu oddajemy nasze życie, Jemu powierzamy naszą wiarę. I choć modlitwa nie zdobi naszych warg, nie rozjaśnia serca - zrozumiemy dzisiejszą jawę, dzisiejszy sens dalszej egzystencji. Z uśmiechem wtargniemy do kolejnego dnia. I rozumiemy dobrze: światło powróci, dopóki w naszych sercach tkwią urodzajne cienie, pozbawione blasku łzy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • -Mistrzu, w rosyjskich książkach niewielu szczęśliwych. -Twórcy zapewne chcą, by obraz był prawdziwy.   Jeśli ktoś zetknął się z optymistycznym dziełem, gdzie choćby jeden z bohaterów jest szczęśliwy i mu się udało, byłbym wdzięczny za podanie. bo chętnie przeczytam.  Gogola znam, tam, jak mawiał mój rusycysta, to "śmiech przez łzy". Mistrz i Małgorzata też jest mi znany, a to dzieło samo w sobie jest unikalne. Dzięki. 
    • @Achilles_Rasti Pozorna prostota powyższego utworu podkreśla gęstość jego niejawnego przekazu, który ma charakter quasiterapeutyczny. Zastosowanie dialogowej formy wprowadza dynamikę i sprawia, że czytelnik/odbiorca odgrywa podwójną rolę. Może być obserwatorem zmagań podmiotu lirycznego ze swoją egzystencjalna inercją, a zarazem zostaje zaproszony do konfrontacji z własnym poczuciem marazmu, poddany bezpośrednio sile oddziaływania komunikatu.   Końcówka wskazuje, że zawsze istnieje wyjście z zaklętego kręgu bezsilności. Poranna kawa staje się symbolem materii, uruchamiającej poczucie kontroli nad czasem i przestrzenią. Prawdziwym zwycięstwem nad "nie chce mi się/ bo życie mnie przeczołgało" jest prosty, aktywny gest, stanowiący świadectwo odzyskania woli i sprawstwa.   AH
    • "Ludzki las chłódu w centrum"   Przez ten ruchomy las ludzki, w jednostajnym, tępym szumie, idziesz środkiem, cicho mkniesz, co tak trudno jest zrozumieć. Mijasz te martwe fasady – wzrok ślizga się po wystaw szkle, w rytmie świateł lekko zwalniasz, by w tym wszystkim nie zgubić się.   W pełnej pustce taki obcy – jakby za srogą pokutę – niesie przez białe cię pasy twoje życie już nadpsute. Są nikim zarazem wszystkim, w porannym, szarym pośpiechu, między dumą a swym wstydem, wciąż im brakuje oddechu.   To las bez drzew, w którym coś drży,  już tylko pogłosem echa, Gniew nie daje im oparcia, życie do nich się nie uśmiecha.  Chciałbym im/nam podarować choćby iskrę jasności lecz oni drwią z tych moich słów – że dobroć, to znak słabości.   Szczelnie domknięci w klatkach własnego, gęstego milczenia, dziwni przechodnie – każdy powoli w cień się zamienia. Własną miarą ich mierzysz, choć pod skórą się opierasz, aż wreszcie w tym ich natłoku sam po cichu się zmieniasz.   Płyniemy razem wzdłuż witryn, taflą szkła złączonych cięciw,  odbiciem warstw codzienności  od siebie całkiem odcięci. Zanim nas zmierzch dopadnie, nim noc nas w końcu pochłonie, szukamy schronienia, azylu w bezpiecznym, zimnym betonie.   Ulica głęboko odetchnie, gdy opadną ostatnie kurze, sprzątacze wymiotą z chodników wszystkie te leśne iluzje. Zostanie tylko chłód płyt, co w pamięć głęboko zapadnie, i ślad po kimś, kto zniknął – tak prosto, po ludzku bezradnie.    Leszek Piotr Laskowski.     
    • napisał do nieba  list który szybko wrócił na kopercie zostało napisane  takiego adresu nie ma   więc sobie pomyślał co tu jest grane przecież adres  podałem mało tego dopisałem że tuż za gwiazdami   przecież to niemożliwe  żeby  całe życie kościół mnie oszukiwał  tak mu ufałem a jednak mnie zawiódł   teraz siedzi zawiedziony nadzieje stracił że ci bliscy odpiszą  - na ciebie czekamy jest dla ciebie miejsce   wiem  ktoś mu zarzuci więcej bracie wiary ale on już więcej nie  pozwoli  by  inni robili  z niego durnia    najwyżej umrę i będę  tam gdzie pochowają nie będę kombinować że gdzieś tam  w niebie może jest lepiej
    • @Simon Tracy Naprawdę wciągające! Jak zazwyczaj egzotyczne klimaty takich kultów mnie nie przejmują jakoś specjalnie, tak utworzona tutaj atmosfera działała wręcz hipnotyzująco. Lubię literaturę grozy - utwór wywołał ten specyficzny dreszczyk tzw. morbid curiosity, chorobliwej ciekawości ciągnącej mnie, jak po nitce do kłębka ku nieznanemu fatum :D Uchwycił mnie też obraz wszelkiego robactwa, szkodników i zarazy, która jednocześnie w swój podły sposób tworzyła jakąś koherentną część tego tajemniczego miejsca, dając znać już na wstępie intuicji czytelnika, że to czego doświadczy może być makabryczne, ale stanowi naturalną część mistycznej całości, wykraczającej poza podstawowe zmysły ludzkie.   Mam też pytanie. W jaki sposób decydujesz o podziale zdań na wersy w swoich utworach? Jest to proces bardziej intuicyjny, czy zwracasz uwagę na to, aby niektóre części były wyszczególnione intencjonalnie?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...