Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I.

 

      Było Ich dwanaście,

Pięknych niczym gwiazdy na hebanowym niebie,

Odbite nocą w prastarej krystalicznie czystej Wiśle,

Na lustrze wody tańczące swym skrzącym blaskiem,

 

A każda z nich miała swą misję dziejową,

Dziś niemal doszczętnie już zapomnianą,

Zasnutą przed domysłami kronikarzy pradziejów tajemnicą,

Przez prastare bory wiernie strzeżoną,

 

A każdej z nich wkrótce serce zabiło,

Ku wielkiemu królowi niewinną szczerą miłością,

Podszeptami bogów w Ich umysłach roznieconą,

Powiewem wiatru dziejów w serc głębinach rozżarzoną,

 

A każda nosiła dumne miano żony,

Pierwszego w dziejach króla Słowiańszczyzny,

Władającego niegdyś swymi rozległymi ziemiami,

Panującego niepodzielnie nad żon swych sercami…

 

II.

 

Gdy cudnymi letnimi wieczorami,

Rozczesywały swe długie włosy,

Zachodzącego słońca skrzącymi promieniami,

Mrużąc przy tym błękitne swe oczy,

 

Miast misternie wyrzeźbionych z kości grzebieni,

Używając skrzącej słonecznej tarczy,

Ujętej dłońmi dziewczęcej wyobraźni,

Potężniejszej od wielomilionowych wojów armii,

 

Snując domysły o przyszłym swym losie,

Z woli bogów wplecionym w pogańską Słowiańszczyznę,

Niczym w długie sięgające bioder warkocze,

Smukłymi palcami wstążki wielobarwne,

 

Spoglądały w przyszłość ogarnięte trwogą,

Zrodzoną w Ich umysłach młodego wieku przezornością,

I licznych rozmyślań zawiłością,

Niewidzialnymi palcami losu utkaną…

 

III.

 

Spoglądając wówczas na nikły sierp księżyca,

Zarysowujący się z wolna na tle nieba,

Miały go za swego towarzysza,

Dziewczęcych swych sekretów zaufanego powiernika,

 

Utkane emocjami słowa prostych swych modlitw,

Nanizywały na nici potajemnych swych myśli,

By kędy płyną po niebie chmury,

Zawiesić je wieczorem na sierpie księżycowym,

 

W wieczorną letnią ciszę bez pamięci zasłuchane,

Okraszoną zachodzącego słońca pozłocistym blaskiem,

Przeszytą przenikliwym bzów zapachem,

Rozbudzającym tkliwie nadzieje i lęki  uśpione,

 

Rozniecały o zmierzchu obaw swych iskrę,

Zamartwiając się przyszłym swym losem,

By pod wyszywanym gwiazdami nocy niebem,

Rozgorzała tysięcy trosk pożarem…

 

IV.

 

Gdy okrutnych Awarów ucisk straszliwy,

Był już tylko wspomnieniem zamierzchłych dni,

Zaklętym w starych żerców słowach przestrogi,

Nieść się mającej przez kolejne wieki,

 

Gdy międzyplemiennych sojuszy umocnienia,

Z biegiem dni zrodziła się potrzeba,

Trwałych przymierzy na łonie Słowiańszczyzny zawarcia,

Dla frankijskich najazdów skutecznego odparcia,

 

By niczym rozległego, potężnego grodu mury,

Były granice Słowiańszczyzny,

Obwarowane wolnych Słowian niezłomnością woli,

By wszelkie wrogie jarzma z dumą zrzucić,

 

Łączącym słowiańskie ludy nierozerwalnym spoiwem,

Miały być pięknolice córy książęce,

Przesławnemu zwycięskiemu królowi z czcią ofiarowane,

Przez dumnych ojców na małżonki królewskie…

 

V.

 

Gdy wyzwolonej Słowiańszczyzny dzieje,

Płynęły nieśpiesznie sielankowym swym tępem,

Dumnego króla wymowne spojrzenie,

W oczach każdej z nich znalazło swe odbicie,

 

Gdy król Samo objeżdżał rozległe swe ziemie,

Z tysiąca walecznych wojów orszakiem,

Każda z nich stanęła przed Jego obliczem,

Gdy przedstawioną mu była przez plemienia starszyznę,

 

A kiedy dumne Samona spojrzenie,

Na twarzy każdej wypaliło dziewczęcy rumieniec,

Gorący niczym ognia płomienie,

Trawiące ofiarowaną słowiańskim bogom żertwę,

 

Okraszając swe twarze łagodnymi uśmiechami,

Delikatnymi niczym letniego wiatru powiewy,

Na przyszłego męża nieśmiało podnosiły oczy,

Z młodzieńczą trwogą wypisaną w głębi źrenic…

 

VI.

 

Gdy międzyplemiennych sojuszy umocnienia,

Rękojmią każda z nich była,

Trwalszą od wykutego w ogniu żelaza,

Bowiem przypieczętowaną obrzędem zrękowin małżonków dwojga,

 

Kiedy to stając przed przyszłego męża obliczem,

Rozjaśniła twarz każda radosnym uśmiechem,

Niczym skrzącym słońca promykiem,

Mieniącym się w porannej rosy kropelce,

 

Gdy każda z nich kwiat swej młodości,

Ofiarowała sławnemu królowi Samonowi,

Pierwszemu wielkiemu władcy prastarej Słowiańszczyzny,

Od awarskiego ucisku przesławnemu wyzwolicielowi,

 

Miast w zwierciadłach w złoconych ramach,

Przeglądały się wszystkie w oczach króla Samona,

Ukochanego ich wszystkich i każdej z osobna męża,

Któremu ofiarowały wszystkie swe młode życia…

 

VII.

 

Dwunastu wyjątkowych nocy poślubnych,

Dwanaście młodych dziewcząt wspomnień niezwykłych,

Na trwale zapisanych w Ich pamięci,

W szkatułach wspomnień miłością zapieczętowanych,

 

Gdy w noc Kupały przy księżyca pełni,

Rozpuszczały wszystkie swe długie włosy,

Rozniecając błysk w głębi Samonowych źrenic,

Niczym nocne niebo skrząco kruczoczarnych,

 

By przerodził się wnet w pożądania pożar,

Trawiący z wolna dumę wielkiego króla,

Bijący wewnętrznym ogniem z królewskiego spojrzenia,

Otulający płomieniem wstydu nagie Ich ciała,

 

Gdy zrzucały weselne swe szaty,

Na wielowiekowe dębowe podłogi,

Otulonych  księżycowym blaskiem grodów prastarych,

Wzniesionych z dębów pamiętających chłód odwiecznych kniei…

 

VIII.

 

Gdy dumnego króla drżącej dłoni dotyk,

Przy tajemniczej księżyca pełni,

Gładził z wolna nabrzmiałe Ich wargi,

By ześliznąć się wzdłuż szyi łabędzich,

 

Dreszcz podniecenia przeszywał ich plecy,

Każdej z tamtych tajemniczych nocy,

Niczym nieujarzmione świetliste pioruny,

Bezmiar burzowego nieba czerni,

 

By po całym ciele wnet powędrować,

Wraz z dłonią rozpłomienionego króla Samona,

Niczym niezwyciężonych wojów niezliczone wojska,

Aż ku najodleglejszym krańcom ziem Słowian,

 

By pośród upojnych księżycowych nocy,

Rozniecić iskry istnień nowych,

Szeptem pradziejów w matek łonach utkanych,

Odwiecznym prawem natury na świat wydanych…

 

IX.

 

Gdy w pozazmysłowym tajemniczym cieniu,

Płynących nieśpiesznie Słowiańszczyzny dziejów,

Zbliżał się dla każdej czas porodu,

Powitych niemowląt pierwszego krzyku,

 

Rodząc w bólach kolejne Słowiańszczyzny dzieci,

Zaciskały do krwi oblane potem wargi,

Niekiedy w letnim upale dojmującym,

Niekiedy przy tajemniczej księżyca pełni,

 

By wydawane na świat Samona potomstwo,

Dzieje Słowiańszczyzny przez wieki pisało,

Granice ojcowizny sojuszami i mieczem poszerzając,

Okrywając się za życia nieśmiertelną sławą,

 

By kiedyś u kresu życia swego,

Powierzając swym następcom Samona dziedzictwo,

Pokłoniwszy się w zaświatach przodków swych duchom,

O wolnej Słowiańszczyźnie dać mogli świadectwo…

 

X.

 

Kiedy niemowlęta cicho kwiliły,

One łagodnie się nachylały,

A słysząc szept ich cichy i delikatny,

Uspokojone dzieciny swego płaczu zaprzestawały,

 

A kiedy matki nad kołyskami się pochylały,

Kruszynom swym do ucha cicho szeptały,

O rozległej Słowiańszczyzny dziejach barwnych,

O pradziadach ich dumnych i walecznych…

 

Jak kiełkują rzucone w żyzną ziemię ziarna,

Dorastało z lat biegiem liczne potomstwo Samona,

Wbijając w dumę starzejącego się ojca,

Smutki i nadzieje wlewając w matek swych serca,

 

Dorastając pośród utkanej tajemnicami Słowiańszczyzny,

Wchodząc z wolna w dorosłe życie z dziecięcych dni,

Wspominając z rozrzewnieniem obrzędy postrzyżyn,

Przeglądając się w oczach wybranek w dni zrękowin…

 

XI.

 

Nie smućcie się Samonowe żony,

Iż ledwo was wspomniały karty kronik,

Ledwo napomknęli o was chrześcijańscy mnisi,

Nietrwałym inkaustem i piórem łamliwym,

 

Choć imion waszych nie znamy,

Zapisałyście się na wieki w historii Słowiańszczyzny,

Świadectwem trwalszym od kronik kart pergaminowych,

Ofiarowanym biegowi dziejów potomstwem swym licznym,

 

Wraz z nieubłaganym wiatru dziejów powiewem,

Zapisałyście się w swych ludów pamięci wdzięcznej,

Przekazywanej ustnie z pokolenia na pokolenie,

Przez babki do snu wnukom wyszeptywanej…

 

A król Samo wszystkie was kochał,

Każdą w sercu swym zachował,

Gdy u dni schyłku z życiem się żegnał,

Każdą z swych małżonek z rozrzewnieniem wspomniał…

  

XII.

 

Przesławna niegdyś dynastia Mojmirowiców,

Zabrała z sobą do grobów dziesiątki sekretów,

Niczym złote iskierki pośród zimnych popiołów,

Tlących się gdzieś w pomroce dziejów…

 

Jest wielkim zachodniej Słowiańszczyzny sekretem,

Czy Mojmir był Samona potomkiem,

Ze wszech miar zdolnym samorodnym talentem,

I swego wielkiego pradziada godnym prawnukiem,

 

I czy z głębi wieków szept Samona,

Przemawiał nocami do duszy Rościsława,

Śpiącego snem głębokim na Wielkomorawian nadziejach,

Władcy godnego owianego legendami Słowian króla…

 

Przeto w licznych pogańskiej Słowiańszczyzny władcach,

Odnotowanych przez historię na kronik kartach,

Winniśmy doszukiwać się potomków Samona,

Z dociekliwością godną wytrawnego badacza…

 

- Wiersz zainspirowany utworem ,,Pieśń świętojańska o Sobótce" autorstwa Jana Kochanowskiego.

Opublikowano (edytowane)

Równo rok temu publikując w Internecie w najkrótszą noc w roku mój pierwszy wiersz zatytułowany „Sobótkowe ognie niczym Słowiańszczyzny tajemnice” rozpocząłem tym zarazem moją trwającą już rok przygodę z publikowaniem swych wierszy w Internecie. Wcześniej dziesiątki moich wierszy o tematyce historycznej pisałem wyłącznie do szuflady.

Jednak ze względu na fakt, że ten mój konkretny wiersz był ściśle osadzony w temacie najkrótszej nocy w roku, postanowiłem wtedy w rzeczoną noc udostępnić go szerokiemu gronu odbiorców… Dziś, dla uczczenia tej rocznicy, w kolejną już najkrótszą noc w roku, chciałbym opublikować kolejny z moich wierszy zatytułowany ,,Dwanaście żon króla Samona". Mam nadzieję że spodoba się on szerszemu gronu odbiorców równie mocno co rok temu „Sobótkowe ognie niczym Słowiańszczyzny tajemnice”…

 

-------------------------------------------------------------------------------------

Jeżeli podobają się Państwu moje teksty o tematyce historycznej i szanują Państwo moją pracę, mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą.

 

Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję!

 

KRAKOWSKI BANK SPÓŁDZIELCZY 96 85910007 3111 0310 9814 0001

Edytowane przez Kamil Olszówka (wyświetl historię edycji)
  • 2 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...