Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I.

 

     Mój maleńki saksofonisto,

Będący jedynie małą, plastikową figurką,

Szpulce nici rozmiarami ledwo co dorównującą,

Bym mógł cię objąć niewielką swą rączką.

Przy łóżku stojąc na nocnej szafce,

Na swym maleńkim złotym saksofonie,

Wygrywałeś mi niesłyszalną kołysankę,

Rozniecając po zmroku mą senną wyobraźnię…

 

Kołysanka ta choć ludzkim uchem niesłyszalna,

Ku tajemnicom przeszłości wyobraźnię mą unosiła,

I niosła się ma senna imaginacja,

Czarodziejską melodią zaklęta…

Zaczarowałeś dźwiękami swej niesłyszalnej kołysanki,

Uśmiech najwspanialszej nauczycielki życia Historii,

By w snach moich nocą się objawił,

Dziecięcymi emocjami dnia codziennego przywołany…

 

Zaś długimi nocami tajemnicza Historia,

W snach mi uchylała swych niezliczonych tajemnic rąbka,

Szepcząc do ucha o sekretach średniowiecza,

Zaklętych w prastarych małopolskich legendach…

Niczym moja pierwsza w życiu nauczycielka,

Nie z namacalnej rzeczywistości lecz wyśniona,

Opowiadała mi o sekretach starożytnego świata,

Oprowadzając po rozmaitych dziejów bezdrożach…

 

Śpiąc otulony puchową pierzyną,

Wraz z strzegącą mnie maleńką saksofonisty figurką,

Ofiarowywałem mą wyobraźnię niezliczonym snom,

Nawiedzającym mnie każdą szczęśliwego dzieciństwa nocą,

Wędrując przez niewysłowienie piękne sny,

Po tajemniczych światach nieznanych,

Dla rozbudzania dziecięcej mej ciekawości,

Za rękę przez troskliwą Historię oprowadzany…

 

II.

 

Przez tysiące niezwykłych małopolskich nocy,

Wtulając w dzieciństwie głowę w wypchane pierzem poduszki,

Wędrowałem w snach do świata legend i baśni,

Snutych niegdyś wieczorami przez starych gawędziarzy,

Ochoczo przeze mnie wówczas zasłyszanych,

W pamięci kilkulatka dobrze wyrytych,

Zaś długimi nocami przy księżyca pełni,

Odmalowujących się pędzlem sennej wyobraźni…

 

Niegdyś w dzieciństwie zawędrowałem w mych snach,

Przed dumne oblicze legendarnego króla Kraka,

By legendarnemu władcy lechitów uniżony pokłon oddać,

Z nieporadnością a pociesznością rezolutnego kilkulatka.

Widząc mój pokłon oddany Krakowi nieporadnie,

Jasnowłosa Wanda roześmiała się serdecznie,

Nagradzając dziewczęcym uśmiechem,

Me poczynienia hołdu staremu Krakowi staranie…

 

Zaś wzruszony Krak stary,

Dobrotliwie się uśmiechając brwi zmarszczył,

Kładąc dłoń pomarszczoną na ramieniu moim,

Wyszeptał mi do ucha sekret przedziwny…

A była to jego wielka tajemnica,

Na kartach kronik nigdy nie odnotowana,

Przez średniowiecznych kronikarzy szyderczo wyśmiewana,

Gdy z ust ludu w bajaniach starców padała…

 

Było bowiem tajemnicą pradziejów niepamięcią zasnutych,

Co we śnie tylko mnie zdradził,

Iż smoka wawelskiego sam niegdyś oswoił,

Niczym wiernego rumaka bez trwogi dosiadłszy…

I dosiadając go niczym narowistego konia,

Pędził na nim przez rozległe przestworza,

Przecinając smoczymi skrzydłami ogromnych chmur kłębiska,

Śnieżnobiałych niczym niegdyś Wandy i Waleski lica…

  

III.

 

Z dziecięcą ciekawością kilkulatka,

W snach stukałem piąstką w czoło kamiennego Sfinksa,

Ciekawym wielce będąc jak zareaguje rzeźba,

Stworzona ludzką ręką z martwego kamienia.

Czy mająca ludzkie rysy kamienna statua,

W śnie mym na mnie się nie pogniewa,

Za próbę odwiecznego jej spokoju naruszenia,

Prostoduszną dziecięcą ciekawością świata…

 

Wtem w sennym koszmarze Sfinks nagle ożył,

W pogoń za mną natychmiast się rzucił,

Rzeźbionymi łapami oderwawszy się od ziemi,

Począł czynić susy wzdłuż schodów kamiennych…

I miałem w dzieciństwie jeden straszny sen,

W którym kamienny Sfinks nocą gonił mnie,

Po wijącym się nadkruszonych schodów labiryncie,

Z którego z koszmaru przebudzenie było jedynym wyjściem…

 

Przebierając w mym śnie krótkimi kilkulatka nóżkami,

Z płaczem pędem zbiegałem kamiennymi schodami,

Srogiego Sfinksa mając wciąż za plecami,

Nie zaprzestałem ku przebudzeniu panicznej ucieczki.

Bacząc by na stromych stopniach,

Biegnących w sennego koszmaru przepaść,

W razie niefortunnego w zapamiętałej rejteradzie potknięcia,

Nie paść łupem bezdusznego Sfinksa…

 

Dopiero szeroko otwarte w środku nocy powieki,

Od pogoni strasznego Sfinksa mnie uwolniły,

Gdy w środku nocy cichutkim płaczem zakwiliłem,

Na pierwsze koszmaru po przebudzeniu wspomnienie…

I przyjazna czerń matki nocy,

Wybawieniem bywała w dzieciństwie od koszmarów sennych,

Na wyobraźnię kilkulatka po zmroku czyhających,

Niczym na zbłąkane w lesie jagnię drapieżnik…

 

IV.

 

Wyśniłem w dzieciństwie lot mitycznego Ikara,

O anielskiej twarzy nastoletniego chłopca,

Którą ma senna wyobraźnia tak odmalowała,

By przypominała tę z antycznych posągów Hermesa…

Lecz Ikar w mym śnie był zwykłym chłopcem,

Biegającym po łąkach z samodzielnie zbudowanym latawcem,

Unoszonym przez przesiąknięte dziecięcymi emocjami powietrze,

Ku kiełkującej w duszy młodego konstruktora uciesze…

 

Zbudował go w starej szopie z deseczek cieniutkich,

Kolorową bibułą misternie powleczonych,

W budowę prostego latawca serce swe włożył,

Wieńcząc pracę sukcesem niezmiernie się ucieszył…

I biegnąc rozpromienionym przez skrzącą zielenią łąkę,

Wypuścił ku niebu mieniący się kolorami latawiec,

Z długim udekorowanym wielobarwnymi wstążkami ogonem,

Łaskoczącym łąk rozległych wysoką bujną trawę…

 

Wtem zbudowany przez niego latawiec,

Niezrozumiałym ludziom snu prawem,

Począł nagle unosić go w powietrze,

Zapachem lata tak cudownie przesiąknięte…

Widząc oddalającą się pod stopami ziemię,

Okrasił twarz dziecięcą najserdeczniejszym uśmiechem,

Wznosząc ku niebu tym tęskniejsze spojrzenie,

By otuliło go swym skrzącym błękitem…

 

Niesiony wiatrem uśmiechając się szeroko,

Przeleciał w mym śnie nad moją głową,

Serdecznie przy tym machając mi ręką,

Poddając się ochoczo powietrznym prądom.

Ku nieznanej przygodzie wciąż się unosząc,

Radosnymi emocjami porwany ku niebiosom,

Rozpromieniony wzbił się ku śnieżnobiałym chmurom,

Z oczu mych wkrótce całkiem zanikając…

 

V.

 

Zdążając we śnie do wiejskiego kościoła,

Ceglaną jego wieżę dostrzegając z daleka,

Śniąc nie mogłem się spodziewać,

Iż ukryty w jej cieniu Anioł na mnie czeka.

Z daleka obserwując mnie bacznie,

Zza wieży wyłaniając się niepostrzeżenie,

By niezrozumiałym ludziom snu prawem,

Powitać mnie u drzwi kościoła tajemniczym uśmiechem…

 

I sen miałem, w którym wielki Anioł,

Uniósł mnie ku niebu niewidzialną ręką,

Łagodnie przy tym się uśmiechając,

Anielskim uśmiechem twarz rozpromieniając.

W śnie tym tajemniczym świetlisty Anioł wielki,

Uniósł mnie wysoko ku chmurom śnieżnobiałym,

Majestatycznie po błękitnym niebie płynącym,

Na skrzącą zielenią ziemię cienie rzucającym…

 

Ku słońca promieni tysiącom,

Uniesiony zostałem mą senną wyobraźnią,

Która to odmalowała w mej głowie ciemną nocą,

Porywającą mnie świetlistą dłoń anielską…

Bym mógł wieżę wiejskiego ceglanego kościółka,

Zobaczyć we śnie z lotu ptaka,

Która dotąd z ziemi jedynie podziwiana,

Wyobraźnię kilkulatka zawsze rozbudzała…

 

Bym mógł krzyża na kościelnej wieży,

Z czcią dotykać swymi dziecięcymi rączkami,

Dając upust dziecięcej swej ciekawości,

Podziwiając krzyż w blasku słońca skrzący…

Bym krzyż żelazny ucałował,

Szepcząc we śnie dziecięcej modlitwy słowa,

Która choć niedojrzała i prostoduszna,

Nikomu przede mną nie była znana…

 

VI.

 

Gdy księżyca blask srebrzysty,

W maleńkim twym saksofonie zatopiony,

Zmuszonym był nieśpiesznie go opuścić,

Spływając z wolna po blacie drewnianej szafki…

Gdy z winy ustępującej przed świtem nocy,

Zmuszony byłem żegnać me senne obrazy,

Pośród w żyznej glebie budzącej się świadomości,

Kiełkującej z wolna za nimi tęsknoty…

 

Próbując jeszcze wyobraźnią się uchwycić,

Odpływających z wolna obrazów sennych,

Niczym powiew wiosennego wiatru ulotnych,

Niczym łamliwe pieczywo kruchych,

By niczym najdrogocenniejsze klejnoty,

Zamknąć je w szkatule wspomnień dziecięcych,

Ukrytej chciwie w najskrytszych zakamarkach pamięci,

Wydobywanej niekiedy pośród dorosłego życia refleksji…

 

Zmuszony byłem mych płonnych starań zaniechać,

Odrywany od tajemnic nocy blaskiem słońca,

Za horyzontem nowych wyzwań wschodzącego z wolna,

By dniu nowemu niepodzielnie zakrólować…

Lecz zaraz po przebudzeniu,

Po pierwszym sklejonych powiek rozwarciu,

W pierwszych promieni słońca blasku,

Witałem zamglonym wzrokiem strażnika mych snów…

 

Który to podczas trwającej w dorosłe życie przeprowadzki,

Z przytulnego pokoiku dziecięcej beztroski,

Z czasem gdzieś mi się zawieruszył,

Zabierając wraz z sobą mych snów sekrety…

Lecz zapewne gdzieś na starym strychu,

Pośród zasnutych pajęczyną kątów,

Niesie się niesłyszalny dźwięk jego saksofonu,

Wyczarowujący niegdyś magię mych snów…

 

- Wierszem tym chciałem oddać hołd kilku moim najbardziej niezwykłym snom z okresu przedszkolnego dzieciństwa.

Opublikowano

Wiersz adresowany do młodego czytelnika, zamieszczony na portalu z okazji Dnia Dziecka.

------------------------------------

------------------------------------

 

Jeżeli podobają się Państwu moje teksty i szanują Państwo moją pracę, mogą mnie Państwo wesprzeć drobną kwotą.

 

Z góry wszystkim darczyńcom dziękuję!

 

KRAKOWSKI BANK SPÓŁDZIELCZY 96 85910007 3111 0310 9814 0001

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • MUR ZAPIAŁ (X3)

       

      Ciepło w sercu mym
      Wzrok wlepiony w puste szkło,
      U wielkiej Adrienne Cechszczególnych-Brak
      Siedzieliśmy: ja, mój kumpel Tim,
      I drugi kumpel, Jo...


      Chcieliśmy wypić piętnastki cały smak;
      Jo ubzdurał se, że jest jak Voltaire,
      A Tim, Don Juanem być chciał,
      I ja, najdumniejszy w melanżu tym,
      Ja chciałem, bym swój szlak miał...

      A, gdy o północy wchodzili specjaliści od HR,
      Wychodząc z hotelu "Kur Zza Piał",
      Pokazaliśmy tyłki im i nienaganny bon ton, bo i co?

      Śpiewaliśmy im tak:

      "Każdy burżuj to wieprz -
      Im starszy, tym głupszy staje się,
      Każdy burżuj  to wieprz -
      Im starszy, tym głupszy staje się!"

      Ciepło w sercu mym
      Oczy wpatrzone w balon Cointreau,
      U wielkiej Adrienne Cechszczególnych-Brak
      Ja, mój kumpel Tim,
      I drugi kumpel, Jo
      Chcieliśmy spopielić dwudziestki gorzki smak:

      Voltaire poszedł w tan, jak w dym,
      A Casanova - nawet się nie waż, bo...
      A ja, ja, dalej najdumniejszy z nich,
      Byłem prawie tak pijany jak.. niech mnie to...

      A, gdy o północy wchodzili specjaliści od HR,
      Wychodząc z hotelu "Kur PIAŁ!"
      My zaśpiewaliśmy im tak:

      "Każdy burżuj to wieprz -
      Im starszy, tym bardziej po pieprz...
      Ony! Każdy burżuj to wieprz -
      Im starszy, tym głupszy staje się!"

      Serce ciężkie od łez,
      Jak kołek w ziemię wbity wzrok
      Przy barze hotelu "Bażant PiaU":
      Pan Adwokat Joseph
      I Pan Radca Timothée
      W gronie notariuszy spędzamy czasu tyle, ile kto miał..

      Jojo mówi, co mówi Voltaire,
      A Timothé, co Don Juan,
      A ja, ja, ja, ciągle najdurniejszy z nich,
      Ja o sobie mówię ten sam chłam...

      I, gdy wychodzimy z baru Kur Padł, Naszego baru, Komisarzu Mój,
      Co noc ci z Cechszczególnych-Brak,
      Ci "obesrańcy" pokazują nam zad,
      I śpiewają tak:

      "Każdy burżuj  to wieprz -
      Im starszy,  tym głupszy staje się
      Każdy burżuj  to wieprz -
      Im starszy,  tym głupszy staje się!"
      Panie komisarzu, ją tylko cytuję, jak
      ...

      Nie, Jef, nie jesteś sam
      Więc przestań mazać się nam
      Wobec tych pięknych pań
      Bo jakiś babochłop
      W jakiś szemrany blond
      Właśnie rzucił cię

      Nie, Jef, nie jesteś sam
      Lecz wiedz, że wiochę robisz tu
      Szlochasz w obecności dam
      Weź się ogarnij już
      Bo jakaś wywłoka, co ledwo tu sięga nam
      Poszła się bujać na bluszcz

      Nie, Jef, nie jesteś sam
      Ale odstawiasz wstyd
      Ludzie się dziwują nam
      Zejdź na ziemię, bo zaraz zrobisz fik...

      Chodź, Jef, już chodź, no, chodź
      Chodź no, jeszcze w kieszeni mam grosz
      Chodź, bierzemy kurs na przepić go
      W Pod Taki Kur Piał

      Chodź, Jef, chodź, zapomnij złość
      Mam dychę, a jak by to nie dość
      Będę udawał, że jestem hotelu gość...


      Potem pójdziemy coś zjeść
      A rybka pływać ma
      Więc, pstrąg, a może dwa
      I wódka zimna jak stal

      Chodź, dziewczynkom powiedz cześć.
      Zajrzymy Pod Chez Nel
      Albo Aniołek Zla
      Który, szepczą tak, tak wielką... Dyszę ma,
      Że za pół darmo ci da

      Promocja dla takich, jak ty, Jeff,
      Co dupę stracili, a
      Dusza im bluesa gra

      Nie, Jef, nie jesteś sam
      Więc już nie rób tu nam z tego.. Wertera scen
      Podnieś no, ten cały ciała kram
      Co ci zabiera tlen...

      Wiem, na duszy ciężko ci
      Wlec ją trudno, ale, i:
      Wiedz: idą lepsze dni
      Więc przestań w rękaw łkać mi,
      Za kołnierz wylewać drink...


      Jak żołnierz musisz być:
      Żołnierzyk wierny ci, co rzuca się w toń ci..
      Pękł koncept mi.. aha: rzuca się w gąszcz bi..
      Twy, tfu... Jef, powieść nam swe sny

      Ale, Jef, to już nie jest trottoir
      To kino de répertoire
      Płacą jak za Grand Soir: Jef Noir au Pissoir!!!

      Chodź, panienkom rzucić "Ciao!".
      Zajrzymy Pod Jak Bóg Dał
      A potem WC w Szał Ciał
      Pociechę znajdziesz tam być miał
      Choć jak Trasie WZ zwisł ci wał

      Jak wszystkim takim, jak ty, Jeff,
      Co dupę stracili, a
      Dusza im bluesa gra

      Opowiemy sobie, jak
      Jak za czasów dawnych tak,
      Że nie pamięta najstarszy Mag,

      Szmalu było brak,
      Piłeś że mak..., śpiewałeś jak ptak:
      "Kochanie w szlak?"

      Będziemy swoja brać
      Będziemy szczęście brać
      Piijani jak w Kurna Mać
      Będziemy się śmiało śmiać,
      I powiem ci: "Jef, nie jesteś sam!"

      Chodź, Jef, chodź, no chodź, że chodź
      Chodź, chodź, cip, cip,chodź
      Będziemy śpiewać, Jef, chodź, chodź
      Chodź, Jef, chodź, no chodź ...

      Będziemy śnić sobie, że,
      Znowu, jak w pięknym śnie
      Jesteśmy w nawyku, na dnie.
      Wracamy z odwyku...

      Nie!

      Chodź, chodź, Jef, chodź!


       

       

       

       

       

       

       

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      U nas akurat w mieście straszy się nas od kilku lat co pewien czas zamknięciem SORu, więc bardziej bym się tego bała, że na porodówkę przyjdą np z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego ;) bo kto wie, niech najpierw sprawdzą. Tu żartujemy, ale kto nie przerabial na żywo tych dojazdów, bo coś się mniej oplacalo, temu może do śmiechu. Pozdrawiam i dziękuję.       Dziękuję @piąteprzezdziesiąte @Jacek_Suchowicz
    • MUR ZAPIAŁ (X3)   Ciepło w sercu mym Wzrok wlepiony w puste szkło, U wielkiej Adrienne Cechszczególnych-Brak Siedzieliśmy: ja, mój kumpel Tim, I drugi kumpel, Jo... Chcieliśmy wypić piętnastki cały smak; Jo ubzdurał se, że jest jak Voltaire, A Tim, Don Juanem być chciał, I ja, najdumniejszy w melanżu tym, Ja chciałem, bym swój szlak miał... A, gdy o północy wchodzili specjaliści od HR, Wychodząc z hotelu "Kur Zza Piał", Pokazaliśmy tyłki im i nienaganny bon ton, bo i co? Śpiewaliśmy im tak: "Każdy burżuj to wieprz - Im starszy, tym głupszy staje się, Każdy burżuj  to wieprz - Im starszy, tym głupszy staje się!" Ciepło w sercu mym Oczy wpatrzone w balon Cointreau, U wielkiej Adrienne Cechszczególnych-Brak Ja, mój kumpel Tim, I drugi kumpel, Jo Chcieliśmy spopielić dwudziestki gorzki smak: Voltaire poszedł w tan, jak w dym, A Casanova - nawet się nie waż, bo... A ja, ja, dalej najdumniejszy z nich, Byłem prawie tak pijany jak.. niech mnie to... A, gdy o północy wchodzili specjaliści od HR, Wychodząc z hotelu "Kur PIAŁ!" My zaśpiewaliśmy im tak: "Każdy burżuj to wieprz - Im starszy, tym bardziej po pieprz... Ony! Każdy burżuj to wieprz - Im starszy, tym głupszy staje się!" Serce ciężkie od łez, Jak kołek w ziemię wbity wzrok Przy barze hotelu "Bażant PiaU": Pan Adwokat Joseph I Pan Radca Timothée W gronie notariuszy spędzamy czasu tyle, ile kto miał.. Jojo mówi, co mówi Voltaire, A Timothé, co Don Juan, A ja, ja, ja, ciągle najdurniejszy z nich, Ja o sobie mówię ten sam chłam... I, gdy wychodzimy z baru Kur Padł, Naszego baru, Komisarzu Mój, Co noc ci z Cechszczególnych-Brak, Ci "obesrańcy" pokazują nam zad, I śpiewają tak: "Każdy burżuj  to wieprz - Im starszy,  tym głupszy staje się Każdy burżuj  to wieprz - Im starszy,  tym głupszy staje się!" Panie komisarzu, ją tylko cytuję, jak ... Nie, Jef, nie jesteś sam Więc przestań mazać się nam Wobec tych pięknych pań Bo jakiś babochłop W jakiś szemrany blond Właśnie rzucił cię Nie, Jef, nie jesteś sam Lecz wiedz, że wiochę robisz tu Szlochasz w obecności dam Weź się ogarnij już Bo jakaś wywłoka, co ledwo tu sięga nam Poszła się bujać na bluszcz Nie, Jef, nie jesteś sam Ale odstawiasz wstyd Ludzie się dziwują nam Zejdź na ziemię, bo zaraz zrobisz fik... Chodź, Jef, już chodź, no, chodź Chodź no, jeszcze w kieszeni mam grosz Chodź, bierzemy kurs na przepić go W Pod Taki Kur Piał Chodź, Jef, chodź, zapomnij złość Mam dychę, a jak by to nie dość Będę udawał, że jestem hotelu gość... Potem pójdziemy coś zjeść A rybka pływać ma Więc, pstrąg, a może dwa I wódka zimna jak stal Chodź, dziewczynkom powiedz cześć. Zajrzymy Pod Chez Nel Albo Aniołek Zla Który, szepczą tak, tak wielką... Dyszę ma, Że za pół darmo ci da Promocja dla takich, jak ty, Jeff, Co dupę stracili, a Dusza im bluesa gra Nie, Jef, nie jesteś sam Więc już nie rób tu nam z tego.. Wertera scen Podnieś no, ten cały ciała kram Co ci zabiera tlen... Wiem, na duszy ciężko ci Wlec ją trudno, ale, i: Wiedz: idą lepsze dni Więc przestań w rękaw łkać mi, Za kołnierz wylewać drink... Jak żołnierz musisz być: Żołnierzyk wierny ci, co rzuca się w toń ci.. Pękł koncept mi.. aha: rzuca się w gąszcz bi.. Twy, tfu... Jef, powieść nam swe sny Ale, Jef, to już nie jest trottoir To kino de répertoire Płacą jak za Grand Soir: Jef Noir au Pissoir!!! Chodź, panienkom rzucić "Ciao!". Zajrzymy Pod Jak Bóg Dał A potem WC w Szał Ciał Pociechę znajdziesz tam być miał Choć jak Trasie WZ zwisł ci wał Jak wszystkim takim, jak ty, Jeff, Co dupę stracili, a Dusza im bluesa gra Opowiemy sobie, jak Jak za czasów dawnych tak, Że nie pamięta najstarszy Mag, Szmalu było brak, Piłeś że mak..., śpiewałeś jak ptak: "Kochanie w szlak?" Będziemy swoja brać Będziemy szczęście brać Piijani jak w Kurna Mać Będziemy się śmiało śmiać, I powiem ci: "Jef, nie jesteś sam!" Chodź, Jef, chodź, no chodź, że chodź Chodź, chodź, cip, cip,chodź Będziemy śpiewać, Jef, chodź, chodź Chodź, Jef, chodź, no chodź ... Będziemy śnić sobie, że, Znowu, jak w pięknym śnie Jesteśmy w nawyku, na dnie. Wracamy z odwyku... Nie! Chodź, chodź, Jef, chodź! K                   
    • Wszystkim „dzieciom” wojny - ku pamięci Wszystkim „ojcom” i „matkom” wojen - ku przestrodze ++++++++++++++++++ "Wojna się nie zmienia"   Wojnę, żeby robić, trzeba mieć pieniądze, banksterów zaspokoić, prymitywne żądze. Wojna się nie zmienia, i ilekroć się zdarzy, sporo w tym roboty podłych dziennikarzy. Co piszą wysnute z palca informacje, zarabiając tym sposobem na wystawne kolacje. I wraz z establishmentem, prochu nie wąchają, rąk krwi mając pełne, niewinnych udają. O, nieszczęsny człecze, co wojnę wybierasz, w bezsensowną walkę, wysyłając czeladź. Tyś nie bogiem wojny, lecz z piekła pomiotem, więc za swoje czyny trafisz tam z powrotem. Staniesz przed swym Stwórcą, wbrew swej własnej woli, prawnik wraz z doradcą już cię nie wyzwoli. Bóg da ci zapłatę, na którą tak czekasz, walcząc o swe życie w samym środku piekła.
    • @viola arvensis Przepiękny wiersz podnoszący na duchu - a tego było mi ostatnio bardzo potrzeba. A zatem dziękuję podwójnie, bo raz za wysiłek w skomponowaniu tej jakże pięknej, rymowanej poezji, a dwa za słowa wsparcia płynące z mądrości ukrytych w wierszu. Propozycja tytułu? Hmm... Ale czy na pewno warto zmieniać tytuł? Jeśli jednak tak to nie wiem... Hmm... Może "Antidotum" albo "Psalm przemiany"? A dlaczego uważasz, że tytuł "Ukojenie" powinien być zmieniony? Zresztą, tytuł tytułem, ale cała -niewątpliwie wysoka wartość tego wiersza- jest zawarta w jego treści. Naprawdę bardzo dobry -pod każdym względem- wiersz. Bardzo mi się podoba. Dziękuję (podwójnie). Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński
    • @Charismafilos, @Ajar41, @Duilla Bardzo mi miło, dziękuję i pozdrawiam.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...