Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Lato. Magiczny czas; Tak obiecujący, a zarazem zniechęcająco wciągający perspektywą nicnierobienia. Kuszący rozleniwienia gładką słodyczą i miękkością poduszek tylko czekających na wspólną hamakową kołysankę. Dosyć! Bo za chwilę tę sielską atmosferę złamie fetor nie strawionych treści śniadaniowych. A tego bym nie chciała. Niech się wchłaniają lepiej ulubionego jogurtu wartości wszelkie. Na zdrowie. Właśnie, na zdrowie wyszedłby mi spacer, albo ja bym wyszła gdzieś spacerkiem.
Uwielbiam wakacje u babci w Podkowie. Nie wiem, co bardziej babciną apodyktyczność z lekką nutką pobłażliwości czy podkowiańską krzywiznę snobistyczno-swojską mimo wszystko jednak subtelną, wszak całkiem krągłą. To wszystko w ogrodach (jak sami mieszkańcy zwać ją przywykli) bujnie rosnące, w symbiozie nijakiej; Jakiej? -Najwyższej jakości. Niemal jak sosen...ICH WYSOKOŚCI.
A wracając do spaceru (nie mylić z cofaniem), czysta przyjemność mnie czekająca wymagała jakiegoś brudniejszego zrównoważenia. Równowagi stateczny wskaźnik wskazany -w końcu, albo w szczycie. A, że szczytową formę należy utrzymywać, więc odpowiednią będzie próba utrzymania się w siodle, przez wytrawnych próbujących zwaną -jazdą.
Wzięłam, zatem niezbędny (czyt. odpowiedni i dostosowany) ekwipunek i wyruszyłam w wiadomym celu. Cel, zawsze być powinien, chyba, że lubimy dryfować bezwiednie, a to często kończy się staniem, o ile nie -cofaniem. Ale o cofaniu już było, na przód, więc! Tylko przydałaby się wiedza, gdzie przód się znajduje; a to już nie takie łatwe do stwierdzenia jak się wydaje. Można zawsze starszego się spytać, oni powinni wiedzieć; albo miejscowego, co poznał teren i zorientowanym jest. Najczęściej jednak ufamy samym sobie, przecież starcza powinność nazbyt ględząca, oględnie mówiąc, a zorientowani raczej dezorientują celowo -do celu -pokazując błędną drogę. Niekiedy samemu chadza się w kółko; Znacznie lepiej mając jakiś punkt odniesienia, albo do niesienia kogoś, łatwiej będzie wędrować. Najlepiej, gdy współwędrowiec ma ten sam cel podróży; ale trudno przecież poszukiwać kogoś takiego, aby się tylko gdzieś wybrać, można by wyjść na nieudacznika; a tak czasem po drodze kogoś zagadniemy, poznamy, może nawet się przejdzie z nami. I w ten sposób nieudacznika poznać możemy i sami się stać takim możemy nawet o tym nie wiedząc, bo po drodze zapomnieliśmy o celu, skupiając się na wyborach sposobów i dróg wędrówki, a z czasem na unikaniu nawet rozmów na ten temat. Temat? Jaki temat?
A, właśnie! Temat, temat. Lato, Podkowa, wędrówka do stadniny. Byłam tu tak wiele razy; razu pewnego byłam u astrologa. U niej, jak ja -kobiety, skorpionki i numerologicznej trójki. Powiedziała mi, że to moje ostatnie życie. Dziwne, wierzę w wędrówkę dusz, ale też w jej buddyjską koncepcję, czyli prawo karmy, które zakłada, że do samego momentu śmierci nie wiadomo czy nie przyciągną nas pragnienia ziemskich uciech; mnie, na pewno tak, uciecha z malowania...uśmiechów, rozśmieszania, taaakie błaznowanie. Ktoś mi powiedział, że przywracam wzrok, pewnie, dlatego, że sama niedowidzę. Więc zawsze zabieram mapę, aby się nie pogubić.
Mapa -mapą, mam przecież wokół tyle wspaniałych drogowskazów. Czyste, przejrzyste piękno: promienie słońca wyglądające zza drzew, malujące się przedziwne cienie. Czasem próbuję to odtworzyć; maluję, ale zimą; teraz, chcę chłonąć, nasycić się, zapamiętać, utrwalić...ocalić. Przyjdzie zima i znajdą się chętni do podziwiania „na wyłączność”, to ci sami, co zwą się, naturolubnymi przeciwnikami sztucznych choinek. A ja mam jedną taką na sumieniu, ale obiecuję sobie, że zasadzę parę w zamian. A może sama zamienię się w drzewko i będę wolno zapuszczać korzenie wsłuchując się w wiatru lament, beztroski ptaków śpiew i mocne zdziwienie drzew, co to nic nie robią tylko patriotycznie szumią. Wierzby płaczące. O nie! Wolę już iść dalej do tej stadniny, chociaż troszkę zniepewniałam. Czy nie spadnę, łamiąc kość zostanę zgipsowana-uziemiona przez służby zdrowia; (które deficytu mają tylko dostatek) I to latem, kiedy morze możliwości można przepłynąć, (ale to już inna wyprawa) Uparła się tak na tę jazdę, a mama radzi inne rekreacje. /re/Kreacji jej się zachciewa, sama też nie realizowała swoich planów. Tak to już bywa, rodzicielską matrycą wyciskani może ciśnienie/a przetrwamy, albo na zawsze już utrwalą się matryc szczęki. Jak ciernie wyciągać będziemy je po kres życia, oby tylko nie wetknąć ich w inne nieokreślone małe bezbronnie nasiąkające gąbeczki. Takowych nie posiadam, choć chcę; może to i dobrze/.../ Marudzą tylko i płaczą. Eeeee, płacz i płać!
A czy dużo zapłacić mi przyjdzie? Za tę jazdę. Nie ma nic za darmo, niestety albo stety, bo jeśli już mam za coś płacić to wolę za moje wybory! Niegrzeczna? Ależ skąd; grzecznie pokłusuję najpierw, a potem jak już dobrze się w siodle usadzę, galopem ruszę przez las. Spadłam już wiele razy, ale to tylko dodało mi sił. Może i się połamię, ale wiem, że i tak żyć można; a jeśli nic takiego się nie stanie? Pamiętam też i takie przejażdżki; to było TO! Nieskrępowane rozluźnione w doskonałej harmonii i rytmie ciało. (Wierzę, że organizm to niepodzielna całość. Ciało i dusza to jedność) Zapach lasu, konia, mój mieszające się razem tworzyły zapach wolności: dziki i swojski. Widok mijanych drzew, uświadamiał mi ruch, postęp, a jednocześnie wstrzymanie upływu czasu. Rozkoszowałam się tą chwilą, gdy zaczął padać deszcz. Poczułam jego smak i jeszcze bardziej wyraziste wonie: siodła, zbóż i ziemi. Zsunęłam się. I stając na niej poczułam - przynależność?

Ciężkość nóg, przyciąganie i to, że jestem u siebie.

Opublikowano

zorientowani raczej dezorientują CELOWO CELU pokazując -?
Uparła się na tyę jazdę- do tej pory bytło w pierwszej osobie
Nie wiem po co nagle zaczęłaś nadużywać... ukośników.
Świetna zabawa słowem, ale trzeba się powoli rozsmakować.

Opublikowano

wreszcie jakieś KONkrety, czuję, że będzie jazda, a TO lubię (czytać: wSPAniałe miejsce, czyli ludzie nie bojący się używania zimnej wody w leczniczych celach...hartowniczych, jednocześnie z gorącymi sercami, Tacy -zrównoważeni zapaleńcy)

-Uparła się tak na tę jazdę- (-to JEJ słowa -mamusi-) a ona radzi inne rekreacje.
Co do nadużywania ukośników, to sama nie wiem, nadużywam pewnie dlatego, że samo używanie to dla mnie za mało. Łatwo popadam w nałogi. Obiecuję poprzestać na nadużywaniu innych używek.
Dziękuję za komentarz, Leszku.

Opublikowano

na szczęście podkowy wbijają nam rodzice do łba, dobrze, że można odreagować w siodle
/czasem nawet na oklep -calkiem banalnie, ale też lżej/
wielkie dzięki // oby każda jazda wychodziła Ci na zdrowie!

Opublikowano

Początek wciąga...
od razu ma się wrazenie że pisze ktos kto lubi zabawę słowem. i dobrze bo to zapowiada że będzie się dzialo. lecz kilka wersów dalej słowa zaczynaja się potykać o siebie, przewracać, zmagać, scigać, łamać sobie kości, giąć karki, tworzyć jakąś niebotyczną piramidę a ja (jako ten czytajacy) pytam siebie po co? i dokad mnie tą "scieżką krętą pośród zbóż" biednego zuczka chcesz j.renato zaprowadzić? daje się porwać tej magicznej podróży znajduje w niej kilka kwiatków, i na koniec stwierdzam;
galopem moja panno, galopem ;)))

Opublikowano

gdzieś tam w zieloności lasów
bez pośpiechu bez hałasu
można na natury łonie
pokłusować polskim koniem
albo jeśli chcesz poszaleć
ciało swe rozluźnisz w cwale
i heja

Opublikowano

hmm//od tematu odbiegając przebiegł w myślach biały zając, nie, to króliczek//

Z cichutkiej myśli
szeptem, srebrnodźwięcząc
na strunach porusza
otula marzeń miękkością
nagą mnie -nagością
rozświetla klejnotem
kołysze szczerością
starą zaśniedziałą
polotem niepamięci
rozpościera skrzydła
pożądania lotem
co wspólnym szybowaniem
coraz szybciej
i mocniej
i w końcu
...się staje
...krzykiem

iiiiiha!
//pisząc "na oklep" miałam na myśli banał, rzecz oklepaną.
Interpretacja, to przednia zabawa, przemierzanie szerokości fantazji z możliwością głębokiej analizy//

Opublikowano

pisanie to droga , którą kazdy piszacy sa msobie wytycza. cel dla wszystkich jest jeden - uznanie. oczywiscie po drodze czesciej mozna dostac z buta , niz zaznać czulych pieszczot, slabsi daja sobie spokoj , silniejsi zasuwają dalej... mam nadzieję ze nalezysz do tych drugich.jesli tak, wybaczysz mi to co napisze na temat twojego tekstu. byłbym nieszczery, gdybym podpisal sie pod pochwalami, ktore pod nim juz sa, a mysle ze nie zalezy ci na wazelince... nie podoba mi sie to powiadanie, poniewaz NIE LUBIE TEGO TYPU TEKSTOW. to najwazniejszy argument. wychowywal mnie hemingway. hlasko. miler i paru innych. nasiaklem lapidarnym stylem, w ktorym przymiotniki przepuszcza sie przez geste sito i zostawia tylko te, ktore sa naprawde potrzebne. bez gierek i zabawy. prosto w oczy. lubie gdy historia jest jasna i klarowna. tego szukam. moze jestem prostakiem i nierozumiem troche bardziej skomplikowanej i zaangazowanej prozy.dla wielu pewnie tak. ale taki mam gust. zabawa slowem eksperymentowanie nim, nuzy mnie. i nigdy nie potrafie wciagnac sie w takie gry i na końcu poczuć sie usatysfakcjonowany. tak, niestety, bylo w przypadku tego tekstu. ale to tylko MOJ odbiór. moze jest wypaczony.. trudno. tak jak napisalem na poczatku kazdy z nas kroczy wlasna droga, a nasze literackie drogi sa bardzo odlegle od siebie. mam nadzieje ze tylko przy tym tekscie.

Opublikowano

moja historia z pisaniem zaczęła się od pewnego wernisażu, na którym -ku mojemu zdziwieniu- musiałam przedstawić, a właściwie wyjaśnić dostrzeżoną i zobrazowaną Naturę Miłości, pomimo całkiem realistycznych wizji i krótkich myśli, służcych za tytuły, czy wskazówki. Tak to się zaczęło. Celem mojej twórczości, nie była chęć zdobycia uznania, a przypomnienie /uświadomienie?/
Tak wiele osób czuję się nieszczęśliwymi, tylko dlatego, że oczekują, iż zmienią, czy podporządkują sobie również bestie, tkwiące w nas samych, naturalne skłonności, odwieczne prawo przetrwania...gatunku.
oj, troszkę się zagalopowałam.
Jeśli chodzi o gusta, to wcale nie liczę, że trafię we wszystkie.
Rozumiem Cię, bo MI szkoda czasu na czytanie i pisanie opasłych ksiąg, aby coś przekazać, chociaż cenię ten rodzaj i ich twórców, natomiast zbyt dosłownie powiedziane historie szybko umykają /sama, najchętniej pisałabym krotkie sentencje, lecz___ to wszystko zostalo już powiedziane/ wybieram więc ŻYCIE
DELEKTUJĘ SIĘ NIM, JAK ŚWIĄTECZNĄ UCZTĄ, WYBIERAM SPECJAŁY, ZWAŻAM NA ŚWIĄT NIECHYBNY KRES I ŻOŁĄDEK MAŁY
przyrządzam małe zakąski, jak listy do bliskich, nie piszę ich, aby usłyszeć dźwięki oklasków, czekam na ciszę zamyślenia, a moze nawet...zmiany myslenia, a przyjazne poklepanie po pleckach, lub wsakzanie błędów -to bonus
/gdy się komuś odbije, to powiem -Na zdrowie!/

Opublikowano

wnioskuj po odpowiedzi, ze nie ulepilas lalki woodoo
( dobrze napisane?) na moje podobienstwo i nie nakluwasz jej szpilkami... w kazdym razie nic mnie dzis nie zabolalo. mowisz jak poetka, wiec pewnie nią jestes(sprawdze w dziale poezji - od wierszy mam inne wymagania, czego innego szukam) To prawda - wszystkich nie zadowolisz. Ja tez nie. Nikt z nas. najwazniejsze to znaleźć swoich czytelnikow. ty ich masz, ja tez mam kilku, wiec jest dobrze. pozdrawiam
ksr

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

tak renato
impresja na najwyższym poziomie!splatach wątki, przekluwasz igłą spadajacą ze świerku!
trzymasz się wytyczonej drogi,a może celu... a celu koniec niepewny...
pozdrawiam z wiatrem przeganiąjc chmury

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...