Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Chodź ze mną...

Jak opisać nastolatkę, w której smutek niczym stalagmit, narastał latami, dlatego też skutki takiego stanu długa nie kazały na siebie czekać. Uwikłana w gąszczu niepokojów, była wewnątrz pusta a lęk - niczym Hydra - odradzając się w coraz to innej postaci, trwał w ukryciu. Jej myśli zasnuła niewidzialna sieć tajemniczych szeptów, nawoływań do podróży, z której nie ma powrotu.
- Pragnę umrzeć - wyszeptała do siebie w dniu, w którym zmuszono ją, aby uczestniczyła w rytualnym obrządku śmierci.

Tego dnia starszy pan wybrał się na wiosenny spacer, aby przyglądać się tym samym drzewom i niezmiennej od lat architekturze małomiasteczkowych kamienic. Nawet dyskretny urok kobiecych garsonek, bez określonego koloru, jest taki sam jak wtedy, gdy był męszczyzną, który nosił biały kołnierzyk w niedzielne popołudnia. Także twarze spotykanych przypadkowo osób, były dla niego niezmiennie tą samą mapą, na której rozpoznawałzachwyt, zgorzknienie i zaciętość.
Nic nie było w stanie zakłócić jego pogodnej starości. Tylko czasem grzmot zwiastujący nadchodzącą burzę, wzbudzał w nim niepokój. W takie dni powracały do niego odgłosy wybuchających granatów i nieświadomie wchodził w przestrzeń utkaną ze wspomnień, które dawno temu zmyły wody rzeki zapomnienia. Za zakamarków pamięci wracał z tą samą siłą ból, przeszywając każdą cząstkę ciała. Widział tak wielu, którym życie, w mgnieniu oka, kończyło się od jednego wystrzału. Coraz mniej wzruszał widok płonących domów i przejmujący lament kobiet. W chwilach, gdy śmierć swym chłodem smagała jego twarz, już nic nie czuł.
Nie sądził, aby los był dla niego na tyle łaskawy i podaruje jeszcze raz chwile zachwytu. Chociaż czasem pragnął choć jeszcze jeden raz swoimi drżącymi, starczymi rękoma dotknąć kobiety. W takich chwilach, swoją wielką kraciastą chustką do nosa, ocierał spocone czoło. Właśnie wybierała się na spacer, gdy zobaczył jak środkiem ulicy szedł pogrzebowy kondukt. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że malutką trumnę niosła nastoletnia, zapłakana dziewczyna, po jej twarzy widać było jak jej młodzieńcza ufność jest brutalnie wrzucona w bezmiar lęku. Trudno było dostrzec, kto idzie po drugiej stronie trumny, zapewne także ktoś, tak samo przerażony jak ona. Nie przeczuwał, że los połączy go z dziewczyną, którą dziś zobaczył całkiem przypadkowo.

Wychodząc z kościoła, zapłakana dziewczyna zobaczyła starca z wyciągniętą w jej stronę ręką:
- Chodź ze mną...
Dziewczyna bezwolnie uchwyciła się nieznanego człowieka, który poprowadził ją w stronę kamienicy, znajdującej się w mrocznym zakątku miasta. Odrapane drzwi, odpadający tynk ze ścian i maszkarony na gzymsie dachu, nie zachęcały aby tam wejść. W miarę jak zbliżali się do celu, kamienica nabierała blasku, być może był to efektem padających promieni słonecznych, które pasemkami światła kładły się leniwie na dachy, okna, framugę drzwi. Staruszek zdecydowanym pchnięciem otworzył drzwi, za którymi znajdował się pokój, wystrojem przypominający wnętrze greckiej świątyni. Słaby blask, który nie miał widzialnego dla oczu źródła, rozpraszał ciemności.
- To jest grecka bogini Lete, symbolizuje rzekę zapomnienia – dodał - wskazując na wyłaniający się z ciemności mały posąg z marmuru, u którego stóp leżały niedbale położone maki. Wody owej podziemnej rzeki płynącej w krainie Hadesa, zsyłają na ludzi śmierć lub zapomnienie przed odrodzeniem. Podobnie mak, jego działanie jest identyczne co wód owej podziemnej rzeki. Legendy chrześcijańskie mówią o tym, iż purpurowe maki wyrosły z krwi ukrzyżowanego Chrystusa. Dlatego też dla chrześcijan stały się symbolem niewinnej śmierci, która wiedzie do nowego życia, do odrodzenia w nowej postaci.
Dziewczyna biorąc w dłonie maki, słuchała słów starca, którego głos płynąc do niej, koił ból spowodowany wydarzeniami nie tylko dzisiejszego dnia.

„...a teraz śpij
i zapomnij o tym
co widziałaś ,co słyszałaś, co przeżyłeś
i pomyśl, że to sen
że to wcale nie działo się
tak będzie lepiej
śpij....”

Chór dziecięcych głosów, przecinał ciszę panującą wokoło, gdy ona omdlała, z naręczem maków przy piersi, opadała u stóp tej, która zsyła zapomnienie.

Pamięta ten dzień w którym - podobnie jak ona dzisiaj - wypełniony niepotrzebnym nikomu cierpienie, spotkał mędrca, który przyprowadził go w to miejsce. Doświadczył tego samego uczucia, co dziewczyna w tej chwili – odrodzenia w nowej postaci.
Starzec nałożył białą tunikę, jaką ongiś nosiły greckie kapłanki na budzącą się ze snu dziewczynę. Obleczoną w magiczną szatę, poprowadził do źródeł mądrości, jakimi od wieków są księgi ludzkich rozmów z Bogiem. W tej wędrówce przez wieki ludzkich zmagań w poszukiwaniu sensu życia on oświetlał jej drogę, w bezkresach chaosu myśli, a ona zaczęła składać własny świat, niczym z kawałków rozbitego lustra.
- Proszę, nazwij mnie Meteorytką. Starzec był wręcz zaskoczony jej propozycją.

W dziewczynie z tych wspólnych spotkań pozostał zachwyt, gdy spadając z bezkresnego nieba wskrzeszała w sobie żar, a ludzie widząc spadający meteoryt, brali go za gwiazdę i cichutko wypowiadali swoje najskrytsze marzenia.

- Poszukiwanie wewnętrznego piękna, to podróż w którą warto było się wybrać – odchodząc napisała na kartce.

Ważne! Tekst piosenki to fragment utworu pt. „Zapomnij o tym” zespołu hip- hopowego Trzeci Wymiar, zachęcam do wysłuchania.

Opublikowano

Jay ! dzieki za optymistyczny komentarz na temat mniej opymistycznego opowiadania! ale tak miało być . gdy był meszczyzną - tak bo teraz uasabnia sie ze starcem, taki był mój zamiar.
melancholijnie....

pozdrawiam

Opublikowano

Kasiu, ty chyba źle odczytałaś intencje Jaya. Chodzi o "ż" w miejsce "sz". A poza tym:
długa nie kazały- długo
rozpoznawał; zachwyt, zgorzknienie, zaciętość.- po co ten średnik? a w miejscu drugiego przecink a powinno być "i"
Zza zakamarków- na pewno nie "zza" tylko "z"
którym życie, w mgnieniu oka, kończyło się- tu chyba przecinki zbędne...
I z czasem zobojętniał; widząc płonące domy, nawet przejmujący lament kobiet, coraz mniej wzruszał.- ?
Po procesji, wychodząc zapłakana z kościoła, dziewczyna zobaczyła starca- coś mi tu nie gra. Może szyk?
maszkary- bardziej fachowo (w przypadku ozdoby architektonicznej) brzmi maszkarony
w krainie Hadesu,- moim zdaniem Hadesa
Starzec nałożył białą tunikę, jaką ongiś nosiły greckie kapłanki na budzącą się ze snu dziewczynę.- może jestem upierdliwy, ale tutaj tę nie podoba mi sie szyk zdnia
Niezłe,choć jakby odrobinę zbyt patetyczne. Kilka bardzo zręcznych sformułowań. Plus!

Opublikowano

Leszek - dzięki za rzeczowe wskazówki!
Czy możesz napisać mi jak mam nanieść poprawki do tekstu / jeżeli to oczywiście jest możliwe/ twoje wskazówki skrupulatnie naniosłam do opowiadania "Dziewczyna i dąb" i teraz także to uczynię.

malutkie pytanko... czy podoba się wysłana miniaturka poetycka ?

Pozdrawiam aksja / nie Kasia / ale czy to ważne ?

Opublikowano

Anna! dzięki za przychylny komentarz, cieszę się, iż została w tobie cząstka wewnętrznej refleksji po przeczytaniu...
pozdrawiam i zapraszam ponownie...

Opublikowano

we mnie została zaduma nad treścią czyli opowiadanie zadziałało
więc coś w sobie ma-coś dobrego;
tytuł, dla mnie, starego dziada, bardzo zachęcający;
pozdrawiam - jacek

Opublikowano

Chociaz Twoj styl rozny jest od mojego, jak zreszta wizja i widzenie rzeczywstosci, dobrze mi sie czytalo i spodobalo mi sie! Bardzo zgrabnie i swobodnie poslugujesz sie jezykiem.
Pa

Opublikowano

jacek - dziekuje że zechiałes przeczytać opowidanie, które zeszło juz ze strony głownej, i cieszy mnie że coś pozostało, to dla mnie bardzo cennne
pozdrawiam

Olivastri - tak język, czyli styl pisania sadzę że to ważne odnależć ciebie w pisaniu, zobaczyć inaczej . dzięki

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...