Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Piszę z pewną dozą wahania: cały czas szukam w wierszu drugiego dna, czegoś, co przeczy idei życia-teatru. Szukam - ale nie za bardzo znajduję, bo pytanie retoryczne na końcu, po tym, co się przeczytało przed nim, przestaje być retorycznym. Mam wielką nadzieję, że jestem po prostu gapa. Bo jeśli nie jestem, to wiersz jest stosunkowo nieźle napisany - ale wtórny do bólu i przez to trąci banałem. Wiadomo: życie jako teatr było już nie raz. To zdaje się nawet jest topos jakiś.

Pozdrawiam i mam nadzieję, że się mylę
Antek

Opublikowano

dzięki, Jay Jay

Antoni - "życie to nie teatr" to czyjeś słowa, w tym momencie nie pamiętam czyje. Wierszem pokazuję, że niekoniecznie ma rację, pytanie na końcu zachęca do zastanowienia się kto ma rację, przynajmniej tak myślę... ah i jeszcze jedno - nienawidzę jak ktoś tłumaczy o czym jest wiersz. Wierszy nie powinno się tłumaczy, każdy powinien sam je odkrywać po swojemu...

Natalio - cieszę się... nie wiesz, ale Natalia to moje ulubione imię, a zielony to ulubiony kolor :P

Izo - hmm długo nic nie pisałem, miałem powody... czasami w życiu człowieka tak po prostu jest, że dzieje się coś, co sprawia, że człowiek nie ma siły ani na pisanie, ani na czytanie, po prostu na nic :( teraz powoli z tego wychodzę, i będę częściej pisał... ah co do Twojej wersji - hmm... zmienię trochę wg Twoich propozycji... sam jestem średnio zadowolony z tego wiersza, ale nie miałem siły nad nim myśleć i zamieściłem taki, jak widać

dzięki wszystkim!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...