Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Proszę Pani, a Zyzio mnie za warkocz ciągnie!’

 

No i zaczął się zwyczajny dzień w szkole. Zyzio dokucza Heli, wszyscy wiedzą, że Hela najzwyczajniej w świecie mu się podoba, nawet Pani Jaworska. Zyzio jest trochę nieporadny i nie wie, jak podrywać dziewczyny, a Hela ciągle zadziera nosa, więc zalotów nie znosi. Ale warkocze to Hela ma długie i, jako takie, bardzo zachęcające do szarpania. Zwłaszcza, że związane są zawsze pięknymi, kolorowymi kokardami.

 

Rozglądam się po klasie… Franek jak zwykle dłubie w nosie. Jemu z reguły nic się nie chce robić, za to jedzenie uwielbia ponad wszystko na świecie. Je dużo i często i dlatego też ma sporą nadwagę. I wyśmienite poczucie humoru. Wszyscy go lubimy i z sympatii nazywamy ‘Pączusiem’.

 

Stefek gryzmoli coś w zeszycie, zapewne znów karykaturę Spidermana, bo talentu artystycznego to on niestety nie ma.

Zuza i Mariola naturalnie chichoczą, one tak zawsze. Przyjaźnią się od czasów nocnikowych, bo ich mamy też razem chodziły do szkoły i, z tego co wiem, były najlepszymi przyjaciółkami.

 

Maja po cichu bawi się lalką Elizą, którą pani zabroniła jej przynosić do szkoły twierdząc, że szkoła służy nam do nauki i jedyne, życzliwe w klasie, przedmioty to te o wartości edukacyjnej. Eliza do nich nie należy. Na szczęście Maja do perfekcji opanowała sztukę ukrywania się ze swoją ukochaną zabawką i pani Jaworska nie ma najmniejszych szans zwęszyć lalkowego spisku. Tak w ogóle to Maja jest bardzo wstydliwa i lubi przebywać na uboczu, poza zasięgiem wzroku innych osób z otoczenia.

 

Maciek i Michał, dwa niesforne bliźniaki, jak zwykle się sprzeczają. Tym razem o to, że Maciek nieopatrznie założył sweter Michała. Oba swetry są identyczne, czerwone z obrazkiem dużego, zielonego robota z przodu. Lecz ten Maćka, jak się okazuje, ma dziurę na rękawie, a Michała zaś nie. I teraz Michał zarzuca Maćkowi specjalne podmienienie garderoby.

 

Za Michałem i Maćkiem siedzi Kaśka. Kaśka jest przewodniczącą klasy. Najwyższa w klasie, twarda i bystra z niej sztuka. W dzienniku same piątki i szóstki, jako pierwsza zaczaiła pisemne dodawanie liczb w słupkach. Ale jak się zezłości, to pożal się Boże! Wczoraj chwyciła jednego delikwenta za nos i, zań go wodząc, zaprowadziła do dyrektorki. Delikwent sobie w pełni na to zasłużył, bo właśnie popchnął drugiego delikwenta z taką siłą, że ten na brzuchu przejechał całą długość korytarza przed naszą klasą. Kaśka w tym momencie uspokaja Michała i Maćka, grożąc im wyciągnięciem konsekwencji z ich nagannego zachowania.

 

Potem mamy Dawida. Dawid, jako że chodzi na karate, jest bardzo silny i sprytny i z tego tytułu wszystkim dzieciakom obija różne części ciała. Prezentacja swoich umiejętności w dziedzinie dalekowschodnich sztuk walki to zdecydowanie jego hobby. W zeszłym tygodniu miałem szansę tego doświadczyć. Za to, że wyrwałem mu kartkę z zeszytu, dostałem takiego kokosa w głowę, że aż mi się dinozaury ukazały! Dawid właśnie siedzi w ostatniej ławce i wymachuje rękami na wszystkie strony, udając, że jest Brucem Lee.

 

Jedynie Bartek słucha pani należycie, bo jest ‘ułożony’, jak to mówią nauczyciele i jego rodzice. Jak dla mnie, to trochę z niego nudziarz, ale nie mnie decydować, bo ja, rzekomo, jestem zwyczajny łobuz. Tak mówią wszyscy… Ciągle tylko, Eryk to, Eryk tamto… No dobra, mam jakiś tam talent do psucia zabawek i szkolnych przedmiotów, wybijania okien i przecierania spodni w obszarze kolan, ale to wszystko dzieje się bez mojej chęci i absolutnie wbrew mojej wszelkiej woli, ja przysięgam!

 

‘Kochane dzieci, jutro, jak wiecie, jedziemy na wycieczkę szkolną i chciałam Wam jedynie przypomnieć, że oczekuję od Was wzorowego zachowania’, roznosi się nagle stanowczy głos Pani Jaworskiej. Pani Jaworska zawsze próbuje brzmieć groźnie i zdecydowanie, ale w gruncie rzeczy ma do nas słabość. Bardzo jej zależy, żeby z nas wszystkich zrobić naukowców, a my to jak najbardziej doceniamy, tyle, że nam zazwyczaj bardziej zależy na łobuzowaniu. Pani Jaworska jest niska i ma włosy spalone trwałą. Ja tam nie wiem, co to znaczy, ale słyszałem, jak dziewczyny z szóstej klasy mówiły.

‘A teraz możecie już iść do domu i przygotować się na jutrzejszy dzień pełen wrażeń. Nie zapomnijcie o jedzeniu i piciu!’- mówi na pożegnanie nasza Pani, tym razem słodkim tonem, który po prostu uwielbiamy.

 

Tak, nasza cała, pechowa trzynastka z klasy 2a jedzie jutro do zoo, aż strach pomyśleć, co się może wydarzyć. Wszyscy jesteśmy podekscytowani, najbardziej Pączek na myśl o tych wszystkich przekąskach, które mama zapewne mu zapakuje na wycieczkę. No i Dawid, który dziś oznajmił wszystkim, że gdybyśmy przypadkiem zostali zaatakowani przez tygrysa, czy nosorożca, to on zastosuje karate i odeprze wszelkie ataki dzikiej zwierzyny w zoo. Oczywiście na tę wieść bardzo nam ulżyło. Bezpieczeństwo na szkolnej wycieczce to absolutna podstawa!

 

Kiedy wróciłem do domu, to jakoś nie mogłem zaznać spokoju. Maszerowałem z kąta w kąt i kręciłem się po domu do tego stopnia, że mama spytała się, czy przypadkiem nie mam zbyt dużo energii. Stwierdziła też, że jeśli tak, to chętnie pomoże mi ją spożytkować w kuchni. Zaoferowała, że mogę pomóc jej upiec ciasto, a jeśli nie mam na to ochoty, to mogę ewentualnie posprzątać swój pokój. Szczerze powiedziawszy ani jedno, ani drugie zadanie nie specjalnie mnie pociągało. Podziękowałem więc mamie za obie oferty i grzecznie odmówiłem.

 

Wieczorem w łóżku wierciłem się jeszcze bardziej i zasnąć najzwyczajniej nie mogłem, tak bardzo byłem podekscytowany jutrzejszym dniem. Rano, oczywiście, mama nie mogła mnie dobudzić i, po trzech nieudanych próbach przywrócenia mnie do świata żywych, w końcu ściągnęła ze mnie kołdrę. To zmusiło mnie do natychmiastowego powstania na nogi. ‘O rany! To już dziś! Wycieczka do zoo!’- krzyknąłem i w podskokach zbiegłem po schodach na dół do kuchni, by ze smakiem zjeść przygotowane przez mamę śniadanie.

 

Gdy dotarłem do szkoły ujrzałem dwanaście gęb, ucieszonych równie ogromnie, jak moja. Wszyscy, razem z Panią Jaworską, stali już przed szkołą, czekając na autokar. Pączuś już nawet zdążył się dobrać do zawartości swojego plecaka. Właśnie wcinał wielką paczkę chipsów. ‘Stójcie grzecznie gęsiego, poproszę, autobus powinien zaraz nadjechać!’- krzyknęła Pani Jaworska, próbując opanować okrzyki i odruchy radości naszej trzynastki. I miała rację, bo w tym oto momencie nadjechał nasz autobus.

 

Podróż do zoo była standardowa, nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło i słychać jedynie było chichotanie i szelest otwieranych słodyczy.

Zupełnie inaczej było w samym zoo. Takiej przygody nie spodziewaliśmy się wcale…

 

Otóż po tym, jak złożyliśmy wizytę hipopotamowi, słoniowi i dwóm tygrysom, zauważyliśmy z przerażeniem, że brakuje Maćka i Michała. Te dwa bliźniaki zawsze coś narobią, ale tym razem już przesadzili! Pani Jaworska przerażona była ich zniknięciem najbardziej z nas wszystkich i biegała w kółko, jakby ją osa w tyłek ugryzła. Lamentowała przy tym tak głośno, że strażnik zoo pomyślał, iż wilki uciekły ze swojej zagrody. Oczywiście też zaczął biegać w kółko jak wariat, szukając rzekomo zbiegłych, wyjących wilków.

 

Ten ferwor ganiająco-skomlących cudaków przerwał nagle hałas trzaskających gałęzi, nadchodzący z ogromnego krzaka, tuż obok nas.

 

‘Chodźmy szybko sprawdzić co to było! Być może to Maciek i Michał!’ – krzyknęła Maja. Wszyscy spojrzeliśmy na nią z zaskoczeniem, bo jeszcze nigdy nie byliśmy świadkami takiej śmiałości z jej strony. ‘Idziecie, czy nie?’- powtórzyła, tym razem jeszcze głośniej i pewniej. ‘Tak, tak, chodźmy prędko!’- powiedziała Pani Jaworska, która wydawała się ogarnąć z szoku.

 

Wchodząc w gęste, ostre krzaki musieliśmy uważać by nasze oczy nie skończyły jak kiełbaski nabite na patyki. Ja oczywiście niemalże natychmiast zaczepiłem rękawem kurtki o jedną z wystających gałęzi i mym oczom ukazała się nagle wielka, obszarpana na brzegach, dziura. ‘Znów będzie ochrzan od mamy’- pomyślałem, ale kroczyłem dalej z żołnierskim poczuciem misji odnalezienia zaginionych kolegów.

 

Kiedy wreszcie przebrnęliśmy przez tę dżunglę, naszym oczom objawił się świat zupełnie inny od tego sprzed krzaków. Przed nami rozpościerało się błękitne morze i złocista plaża oraz mnóstwo palmowych drzew. Na zoo to nam bynajmniej nie wyglądało, zwłaszcza, że przy brzegu morza zacumowany był ogromny statek….piracki. A na nim wielki napis ‘Płetwa rekina’.

 

‘Lepiej uciekajmy stąd, coś tu nie gra!’- panikował Dawid, którego nagle opuścił duch wojownika karate. ‘Nie, no nie możemy tak po prostu zwiać, musimy ratować bliźniaków. Do roboty klaso!’- nawoływał Franek, wymachując przy tym pięściami. Jego słowa i szybkość krążących w powietrzu ciosów bardzo nas zadziwiły, bo były wbrew jego leniwej naturze.

‘Franek, przestań się wygłupiać!’, powiedziała Maja, raz jeszcze przyjmując rolę przywódcy klasowego stada. ‘Niech Pani Jaworska zdecyduje, co mamy dalej robić’. Odwróciliśmy się więc w stronę nauczycielki, lecz, ku naszemu przerażeniu, tam gdzie stała przed chwilą była pustka. Ani śladu po Pani Jaworskiej!

‘Aaaaaaaaaa!’ – krzyknął Dawid. ‘Mówiłem, żebyśmy się stąd zabrali!’

‘Do diabła z taką wycieczką!’ – dodał Bartek. Wszyscy spojrzeliśmy teraz na niego. To, że użył nieprzyzwoitego języka zdziwiło nas bardziej, niż zniknięcie naszej kochanej nauczycielki.

‘Ależ Bartek, ty przecież tak brzydko nie mówisz!’- upomniała go Hela. ‘Zresztą…. masz rację, ten nasz wypad do zoo to jakiś koszmar! Co my teraz zrobimy? Wracamy w te krzaki, czy szukamy reszty załogi?’

‘Krzaki, ja chcę w krzaki!’- kontynuował tchórzalcze komentarze Dawid.

‘Ja za to ruszam na pomoc Pani Jaworskiej i bliźniakom’ – stwierdził Franek.

‘Ja też. Do cholery, trzeba trzymać się razem!’- przeklął znowu Bartek.

Wszyscy, oprócz Dawida zgodzili się, że uderzamy na poszukiwanie zaginionych osób. Dawid, ze strachu przed samotnym wracaniem przez te upiorne krzaczyska, dołączył do nas i wszyscy razem udaliśmy się w kierunku statku pirackiego. Mieliśmy przeczucie, że tam odnajdziemy nasze szkolne zguby.

 

Kroczyliśmy do celu powoli i ostrożnie, przygarbieni jak sępy. Nagle coś huknęło na statku, który był teraz jakieś dziesięć metrów od nas. Padliśmy więc na ziemię, a raczej na piasek, i resztę drogi doczołgaliśmy się na swych brzuchach. Udało nam się dotrzeć do statku bez bycia zauważonym.

Nagle usłyszeliśmy przeraźliwe krzyki, w których poznaliśmy głosy Maćka, Michała oraz Pani Jaworskiej.

‘Wypuśćcie nas natychmiast, wy łotry jedne!’- krzyczała Pani Jaworska.

‘Wszystko powiemy mamie i tacie!’ – dodał Maciek.

‘bllllllmbbbbyyy bbbbbmmmmmmmllllaaaa’- skomlał Michał w płaczu. Jego słów nie zrozumieliśmy wcale, mimo szczerego wysiłku.

 

Na migi uzgodniliśmy, że Franek stanie w rozkroku, a Hela wespnie się z pomocą Zyzia i Bartka na jego barki, by zobaczyć, co tam się dokładnie dzieje. Gdy Hela już stabilnie stała na barkach Frania, zdołała zajrzeć przez lukę w balustradzie wokół pokładu statku. To, co ujrzała, musiało ją bardzo przerazić, bo nagle się mocno zachwiała i, gdyby nie refleks Zyzia, to z pewnością zanurkowała by głową w piasku. Na szczęście dzielny Zyzio, którego jak widać niesłusznie uznawaliśmy za niedorajdę, złapał Helę w locie i, jak dżentelmen, postawił na ziemi. Ocalona przez Zyzia Hela, ponownie używając języka migowego, wyjaśniła nam, co się objawiło jej oczom - cała schwytana trójka wisiała ponoć do góry nogami z liną związaną wokół kostek.

Teraz to już wszyscy chcieliśmy zobaczyć, o co chodzi i jednocześnie zaczęliśmy się wdrapywać na biednego Franka. Podeptany Franek nie wytrzymał nagle i krzyknął: ‘Wszyscy złazić ze mnie, nie jestem drzewem!’

 

Oczywiście piraccy zbóje usłyszeli krzyk Franka i dwóch z nich podbiegło do burty.

 

‘Popatrzcie no tylko, co nam się tu trafiło! Niezłą grupkę śmierdziuchów tu mamy do roboty!’- nawoływał do oględzin naszych przerażonych min pierwszy z nich. Był chudy jak patyk, miał wyłupiaste oczy i do tego brakowało mu połowę zębów, a te, które miał, były skonsumowane przez próchnicę.

 ‘Tak, łapmy ich szybko, przydadzą nam się. Ale nie do roboty, nakarmimy nimi nasze koniki morskie!’ Sprostował ten drugi, który miał ogromną brodawkę na nosie i zęby równie zepsute, jak jego kolega. Jedynie wagą bardzo się od niego różnił, bo brzuch miał wielkości beczki od piwa.

 

‘Koniki morskie? Jakie koniki morskie?’ – dociekał Stefek z dziwnym błyskiem w oku i nutką rozmarzenia w oczach. Swojego zamiłowania do bohaterów kreskówek i innych nietypowych postaci i zjawisk nie był w stanie kontrolować nawet w tej, nieco przerażającej, chwili.

 

‘Wiejemy’- krzyknął Zyzio i wystartował do ucieczki z prędkością rakiety, znów nie przypominając codziennego, nieporadnego Zyzia. Był tak szybki, że jego postać w ułamkach sekundy zniknęła nam za palmami.

Natychmiast za nim rzuciliśmy się do ucieczki, ale, zanim zdążyliśmy czmychnąć piratom, ogromna, zielona, cuchnąca rybami siatka spadła na nasze głowy. Tylko Zuza i Mariola znalazły się poza jej zasięgiem, bo trzymały się za ręce, próbując zwiewać, i to wyraźnie je spowolniło.

Udało im się jednak zbiec z miejsca pirackiej łapanki w trakcie, gdy tych dwóch oprychów biegło w dół po schodach po swój łup w siatce. Tym łupem byliśmy oczywiście my, ośmioro nieszczęsnych dzieciaków, które jedynie chciały pooglądać tygrysy w zoo... Gdy dotarło do nas, że teraz skończymy jako karma dla koników morskich, to tak gwałtownie zaczęliśmy się szarpać w siatce, że aż odbijaliśmy się od siebie nawzajem głowami, jak kozły, co chwilę skomląc z bólu ‘ałałałała!’.

 

Wszystko na próżno jednak, bo dwa brzydale, których wcześniej mieliśmy „przyjemność” widzieć na burcie statku, stały już obok nas.

‘Ha ha ha! Mamy was, żałosne siusiumajtki! Nigdzie już nie uciekniecie!’ – usłyszeliśmy od brzuchatego. ‘Niech mnie kule biją! Jakie chude psubraty! Podtuczymy te pędraki przez tydzień i potem rzucimy koniom na pożarcie!’ – grubas kontynuował pełne zgrozy komentarze, podszczypując nas ostentacyjnie, dla podkreślenia naszej rzekomej ‘niedowagi’.

 

‘Hej, patrz na tego smarkacza! Pulchniutki!’- wskazał palcem na Franka chudy. ‘Ten już jest gotowy do spożycia’. Franek przełknął nerwowo ślinę i tak, biedny, zbladł, że aż chudy się przestraszył i jeszcze bardziej wybałuszył te swoje żylaste, wielkie oczy.

‘Bierzmy ich na pokład, kapitan się ucieszy na widok naszych zacnych gości!’- przerwał gruby. Po czym oboje zaczęli nas kijem popychać w kierunku trapu statku. Oplecieni siatką, szliśmy co chwilę się potykając. Mieliśmy mega stracha, ale też i nutkę nadziei. Ci dwaj paskudni piraci na szczęście nie zorientowali się, że Zyziek, Mariola i Zuza zdążyli im uciec. Była zatem szansa, że coś wymyślą, by nas wyciągnąć z tych opałów…

 

‘Ahoj kapitanie’ -usłyszeliśmy nagle, tuż zanim wdrapaliśmy się na pokład.

‘Ahoj kamraty! Co my tu mamy? Na halibuty i mintaje, cóż to za szczury lądowe?!’- skomentował naszą obecność kapitan. ‘Ściągnijcie z nich tę siatkę, niech się im lepiej przyjrzę!’ Gdy nas wreszcie wyswobodzono z tej wstrętnej siatki, kapitan nachylił się, by móc nam się lepiej przyjrzeć. Zbliżony widok jego przeraźliwej twarzy aż nas do tyłu odrzucił. Cóż to była za zgroza! Sztuczne oko, ogromny, garbaty nos, z wielką brodawką na samym jego czubku i do tego krzaczaste brwi. No i oczywiście zepsute zęby, zupełnie jak u tamtych dwóch. ‘Piraci zdecydowanie zbyt rzadko myją zęby’- pomyślałem.

 

 ‘To, kapitanie, jest pożywka dla naszych morskich koników. Jak się najedzą tymi wyrostkami, to będą miały siłę nas nieść w dalekie morskie wyprawy’- odpowiedział mu chudy.

 

‘Mmmmmmm!’ –usłyszeliśmy skomlenie pani Jaworskiej, która razem z Maćkiem i Michałem nadal wisiała do góry nogami. W międzyczasie piraccy zbóje zakleili jej usta brązową taśmą klejącą, widocznie dość mieli krzyku naszej nauczycielki. To zrozumiałe.

 

‘Opuście już tę trójkę na dół’- rozkazał kapitan. ‘I zwołajcie resztę załogi’.

Chudy i gruby tak też zrobili i chwilę później staliśmy już wszyscy razem, przytuleni do siebie, otoczeni przez piratów. Było ich chyba z dwudziestu. Pani Jaworska otoczyła naszą grupkę ramionami i zapewniała nas, że nie mamy się czym martwić i że wszystko będzie dobrze. My wiedzieliśmy, że było inaczej. Zastanawialiśmy się jedynie, to znaczy ja się zastanawiałem, co to za koniki morskie, co dzieci jedzą. Z lekcji przyrody pamiętałem bowiem, że zwierzęta te jedzą plankton, nie ludzi… Długo nie musiałem czekać, by się dowiedzieć…

 

W tym oto momencie z morza wynurzyły się trzy gigantyczne stwory, rzeczywiście przypominające koniki morskie, o przecudnych, jaskrawych kolorach i dostojnie wyprostowanych sylwetkach. Były wielkości Pałacu Kultury i zupełnie oszołomiły nas swoją niezwykłością i pięknem! Spojrzeliśmy na Stefka- ten stał z opadniętą żuchwą. Wreszcie doczekał się widoku, na który ewidentnie wyczekiwał, pomimo zagrożenia i strachu.

‘Wooooooooow!!!’- wykrzyknął nagle, nie kryjąc zachwytu.

 

‘Do stu tysięcy beczek! Ten mały pokochał moje maleństwa!’ – zdziwił się kapitan. ‘Nie boisz się, łachudro mały?’

‘Ależ nie, kapitanie! Czy mogę się na jednym z nich przejechać?’ – odpowiedział mu Stefek.

Wszyscy zamarliśmy na słowa Stefka, pomyśleliśmy, że teraz to już po nim, na bank! ‘Stefek, ty siedź cicho, bo dwóje z zachowania dostaniesz!’- próbowała go powstrzymać nauczycielka.

‘Ale ja chcę, proszę, proszę!’- nalegał Stefek.

 

‘Mila, podpłyń bliżej proszę’ – czule zwrócił się do jednego ze stworów kapitan. Widać było, że darzył je ogromną miłością.

Mila pochyliła się ku Stefkowi, który bez wahania wskoczył jej na barki. Chwilę potem sunęli razem po morzu, z prędkością wiatru. Stefek objął szyję Mili by móc utrzymać się na jej plecach i z uśmiechem pełnym szczęścia rozglądał się wokoło, co chwilę do nas machając. My natomiast staliśmy na statku patrząc na nich dwoje z zazdrością. Ta przejażdżka wyglądała na naprawdę odlotową.

Gdy po paru minutach kapitan zagwizdał, Mila przypłynęła znowu do statku i opuściła nisko głowę, by umożliwić Stefkowi zejście z jej pleców. Ten zeskoczył na pokład, po czym raz jeszcze objął jej szyję i dał jej ogromnego buziaka w policzek. Mila, w podzięce za okazaną jej czułość, połaskotała Stefka mordką po brzuchu.

‘Oooooooooooo.........’ - ten widok tak nas wszystkich poruszył, że na raz wydaliśmy z siebie dźwięk wzruszenia. ‘Jakie to słodkie’- dodała nasza nauczycielka. Była nadzieja, że Stefek jednak nie dostanie tej dwói z zachowania.

 

Kapitan najwyraźniej także zmiękł na widok tej sytuacji, bo nagle zmienił zdanie, co do naszego losu.

‘No dobra, wodorostki, wygląda na to, że całkiem przyzwoite z was łachudry! Być może wypuszczę was na wolność, ale nie tak prędko! Najpierw musicie udowodnić, że macie dusze prawdziwych piratów i pracy się nie boicie!

 

‘To ja może wyszoruję pokład statku?’ – zaoferowała Hela. Omal nie padliśmy z wrażenia na te słowa. Hela to przecież księżniczka z kokardkami. Ona i mycie podłogi? Okazało się, że nasze zdziwienie było zupełnie nieuzasadnione. Po tym jak na rozkaz kapitana Brodacz, jeden z piratów, przyniósł jej kubeł wody i szczotkę, Hela dała takiego czadu z myciem drewnianej podłogi, że aż nam się głupio zrobiło. Nie docenialiśmy, jaka równa z niej dziewczyna.

 

‘To ja może coś pysznego na obiad ugotuję?’- dodał Franek, którego kwalifikacji w kwestiach związanych z jedzeniem nie kwestionował nawet kapitan statku. Ten wydał się zachwycony pomysłem naszego Pączusia i wskazał mu drogę do kambuza. Z początku przestraszyliśmy się jak powiedział ‘do kambuza z tym pulpecikiem!’, bo myśleliśmy, że śle Franka do jakiegoś pokoju tortur, ale okazało się, że miał na myśli kuchnię na statku. Jak już Brodacz nam wyjaśnił sens słowa ‘kambuz’, za Frankiem do kuchni podążyła też Kaśka, która do tej pory wyjątkowo cicho siedziała i nie wykazywała się specjalnie inicjatywą w tej naszej, pełnej przygód, wyprawie. Stwierdziła, że będzie obierać ziemniaki i kroić warzywa- ku zgodzie kapitana. W tym samym celu podążył za nimi też Dawid.

 

Stefek oczywiście zaproponował, że zajmie się końmi morskimi. Kapitan nakazał więc mu wręczyć trzydzieści wiader ryb, by mógł je nakarmić i zgodził się też, by Stefek opowiedział konikom jakieś bajki. Jak się okazało, jego ukochane konie morskie uwielbiały słuchać barwnych historii, a tych Stefek znał tysiące.

 

Maja i Bartek oraz Michał i Maciek zostali oddelegowani do obserwowania morza, na wypadek gdyby pojawiły się na nim jakieś intruzy. Maja i Bartek mieli stać po jednej stronie statku, zaś Michał i Maciek- po drugiej. Zastanawialiśmy się, kiedy Maciek z Michałem wypadną za burtę w rezultacie jakiejś kłótni bliźniaczej o sweter, lub coś innego. Ale, jak się później okazało, dwaj bracia wspaniale razem współpracowali.

 

Pani Jaworska zaoferowała piratom zajęcia z matematyki i o dziwo się na nie zgodzili, bo jak stwierdzili, zawsze mieli problem z ustaleniem odległości od obiektów na morzu i liczeniem nabytych skarbów.

 

‘A wy, chłystki zza burty, w czym się możecie przydać?’- zwrócił się nagle kapitan do Zuzy, Marioli i Zyzia, którzy czaili się przy statku. Nikt z nas ich wcześniej nie zauważył, ale, jak widać, oka kapitana oszukać się nie da. Na słowa te cała trójka wyszła z ukrycia i podeszła do kapitana. Ten spojrzał im głęboko w oczy, po czym zdecydował, że będą brać udział w łowieniu ryb, jako że nie brakło im wcześniej sprytu, by uciec wcześniej piratom.

 

Na koniec zostałem ja. Kapitan spojrzał na mnie spod brwi, że niemal portki mi spadły ze strachu.

‘A ty, chłopcze, co chciałbyś robić?’ 

‘Ja?’ – spytałem. ‘Nie wiem, czy się do czegoś nadam. Bo ja, panie kapitanie, ciągle tylko kłopotów przysparzam i wszyscy mówią, ze jestem łobuzem’.

‘A jesteś?’- spytał kapitan.

‘Nie, a przynajmniej nie chcę nim być. Zawsze staram się być grzeczny, ale mam potwornego pecha i wszystko idzie mi na opak’.

‘Chodź, mam dla ciebie wyjątkową rolę’- powiedział kapitan i objął mnie swym ramieniem. Zaprowadził mnie następnie do pomieszczenia, które wyglądało na kapitańską kajutę. Pełne było żeglarskich przedmiotów oraz książek. Na stole leżały okulary, fajka i książka o tytule ‘Przewodnik kapitana’. W tym pięknym, wyścielonym ciemno-brazowym drewnem, pokoju zdecydowanie panował klimat mędrca.

‘Jak ci na imię?’ – z zadumy wyrwało mnie nagle pytanie kapitana

‘Eryk’- odpowiedziałem grzecznie.

‘Eryk – to dostojne imię’ - skomentował kapitan. ‘Imię skandynawskich królów i wojowników…. Czy ty wiesz, że gdy byłem mały, to także miałem miano łobuza?’

‘Naprawdę?’- ulżyło mi na myśl, że nie byłem jedyny na świecie z łatką ‘brojarza’.

‘Tak, wiem zatem co czujesz i wiem też, że masz w sobie ogromny potencjał. Dlatego też następne kilka godzin spędzimy trenując cię na kapitana statku!’

I tak też było. Tego dnia nauczyłem się nawigacji i sterowania statkiem, geografii mórz i lądów oraz zarządzania załogą. Kapitan wyjaśnił mi też w szczegółach budowę statku. Na końcu treningu sprawdził moje umiejętności kapitańskie w formie niesłychanie trudnego egzaminu, który zdałem na 100%.

‘Teraz to już nikt mi nie wmówi, że jestem zwykłym łobuzerskim chłystkiem- pomyślałem dumnie.

 

Pod wieczór kapitan pozwolił mi pokierować sprawami na statku, więc zakotwiczyłem statek przy brzegu i zwołałem całą ekipę szkolno-piracką na wspólną obiado-kolację. Franek spisał się wspaniale w kuchni i jedzenie przez niego przygotowane było absolutnie przepyszne. Nie tylko on zresztą wykazał się duchem pracusia, każdy z nas doskonale się sprawdził w powierzonej mu roli. ‘Płetwa rekina’ absolutnie świeciła czystością, a i rybołówstwo się powiodło i trójka naszych sprytnych uciekinierów, Zuza, Zyzio i Mariola, zadbała o zapasy ryb na cały miesiąc. Również zajęcia pani Jaworskiej odniosły skutki, bo piraci dodawali i odejmowali teraz bez zająknięcia.

 

Kapitan, na znak uznania, podarował nam po kolacji amulety pirackie i z przykrością stwierdził, że będzie nas musiał wypuścić na wolność, zgodnie ze swoją wcześniejszą obietnicą.

‘Piracka dusza ceni sobie honor ponad wszystko i raz złożonej obietnicy pirat nigdy nie złamie!’ - powiedział nam na pożegnanie kapitan.

‘Zatem bywajcie kamraty, ściemnia się i czas na was. Wspaniale by was było mieć w swojej załodze, ale niestety zasady są inne. Musicie opuścić nasz statek. Niech amulety strzegą waszej pirackiej dumy, pracowitości i honoru! My zachowamy was w naszych sercach i mamy nadzieje, że i wy o nas nie zapomnicie’.

Mimo tego, że kapitan próbował być twardy i srogi mówiąc te słowa, widziałem, jak brylantowa łezka zakręciła mu się w oku. W tej chwili taki był z niego twardziel, jak i na ogół z naszej kochanej Pani Jaworskiej.

Odwróciliśmy się wszyscy w prawo, ku wyjściu ze statku, jak profesjonalni piraci, i żwawym krokiem opuściliśmy statek. Gdy zeszliśmy na plażę, z morza wynurzyła się jeszcze Mila by ostatni raz utulić Stefka, który płakał jak bóbr na to pożegnanie.

 

Potem ruszyliśmy w drogę do domu.

 

Idąc po piasku w stronę ostrych krzaków, które nas tu zawiodły, czuliśmy pewnego rodzaju smutek. Polubiliśmy tych piratów. Odwróciłem się za siebie na moment, przed samym krzakowym wyjściem z krainy piratów i pomachałem kapitanowi. Ten jednak nie odmachał. Widziałem jednak, jak otarł łzę z policzka.

 

Gdy już przebrnęliśmy przez krzaczyska, ponownie znaleźliśmy się w zoo. Z radością stwierdziłem, że tym razem obeszło się bez dziury w moim ubraniu. Rozejrzeliśmy się dookoła i, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, po tej stronie świata było nadal jasno i słonecznie.

‘Dziwne, w tym piratolandzie było już prawie całkiem ciemno’- powiedziała Kaśka.

Spojrzałem na zegarek- było w pół do jedenastej.

‘Byliśmy tam tylko dziesięć minut!’- dodałem. ‘Jak to możliwe?’

Odwróciliśmy się w stronę krzaków z niedowierzaniem, ale tam gdzie wcześniej rosły, stał jedynie sklepik z pamiątkami z zoo.

‘No teraz to już zupełnie nie wiem o co chodzi!’- krzyknął Bartek.

 

‘Chodźcie dzieci, jedźmy już do domu. Ta przygoda z piratami to będzie nasza tajemnica’- zaproponowała pani Jaworska. Zgodziliśmy się z nią i ruszyliśmy w stronę naszego autobusu. Byliśmy tak zmęczeni, że w autobusie siedzieliśmy cichutko jak myszki. Ani najmniejszego szelestu nie było słychać. Spojrzałem w pewnym momencie na mój amulet. Ten błyszczał w słońcu i jak tęcza mienił się różnymi kolorami. ‘To była wspaniała wyprawa’- pomyślałem.

 

Po powrocie do domu, zastałem mamę gotującą mój ulubiony obiad- zupę pomidorową.

‘O, jesteś już w domu, Eryczku! To świetnie, bo zaraz nakładam obiad’- wykrzyknęła z radością. ‘Jak tam wycieczka szkolna? Widziałeś lwy w zoo?’

‘Tak widziałem, mamo. A wycieczka? Jak to wycieczka – nic nadzwyczajnego’ odpowiedziałem. ‘I wiesz mamo, jakoś nie jestem dziś głodny’

‘Jak to, nie jesteś głodny? Przecież dziś zupa pomidorowa, a ty uwielbiasz tę zupę!’

‘Tak, ale najadłem się dziś chrupek i czekoladek’

‘A ten wisiorek, co to takiego?’- mama zwróciła uwagę na mój amulet piracki.

‘Wiesz, mamo, sprzedawali takie w sklepiku z pamiątkami w zoo…’

‘Piękny! A teraz idź do łazienki i umyj ręce. Przygotuję ci przynajmniej świeży sok pomarańczowy do picia’.

 

Wypiłem sok, pokręciłem się trochę po domu, po czym wziąłem ciepłą kąpiel i poszedłem spać. Tej nocy, po wycieczce, śniły mi się dalekie wyprawy pirackie ze mną w roli kapitana.

 

Gdy na drugi dzień poszedłem do szkoły, to nie mogłem uwierzyć jak bardzo zmieniły się nasze relacje w klasie.

 

Stefek był dużo bardziej rozmowny niż zwykle.

Tak samo Maja, która porzuciła swoją lalę, bo najwyraźniej już jej nie potrzebowała.

Michał i Maciek wreszcie przestali się o wszystko sprzeczać, a Hela – zadzierać nos. Usiadła nawet w ławce z Zyziem, który przecież uchronił ją przed upadkiem podczas wyprawy.

Zuza i Mariola nadal bardzo się przyjaźniły, ale świetnie dogadywały się też z resztą naszej ekipy klasowej.

Bartek totalnie się wyluzował i stwierdził, że od tej pory nie będzie ‘ułożony’, tylko ‘przebojowy’. Aż strach pomyśleć, co na to powiedzą jego rodzice.

Dawid i Kaśka też zdecydowanie się zmienili. Dawid przestał wszystkich okładać pięściami, a Kasia nawet zaproponowała, by Stefek od tej pory był przewodniczącym klasy, jako że tak naprawdę to on uchronił nas przed katastrofą piracką. W końcu to on zmiękczył serce kapitana tą swoją pasją do koni morskich.

Stefek z kolei uznał, że to jednak Franek powinien objąć tę rolę, bo jako jedyny obstawał przy opcji ratowania zaginionych uczestników wycieczki, podczas gdy większość z nas chciała wiać. Franek chętnie się na to zgodził.

Nawet Pani Jaworska była jakaś inna, jakby bardziej „wyluzowana” i naturalna. Dużo chętniej jej teraz słuchaliśmy, a najbardziej wzrosło nasze zainteresowanie jej wywodami matematycznymi.

 

A ja? Miałem po wycieczce ksywę ‘kapitana’ i już nikt nie miał mnie za ‘łobuziaka’. W istocie przestałem psocić. Sam nie wiem, jak mi się to udało, bo przecież tyle razy wcześniej próbowałem i zawsze bezskutecznie.

No i już nie mogę się doczekać kolejnej wycieczki klasowej…

Opublikowano

Lubię takie historie z życia codziennego, z pozoru nieskomplikowane, ale prowadzące do czegoś fantastycznego, super naturalnego.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Czytając przypomniałem sobie końskie zaloty kolegów w podstawówce: Czarek próbował uciąć siedzącej z przodu kosmyk włosów ekierką, Witek kładł rękę na plecach sprawdzić, która nosi już stanik, a Leszek podczas przerwy na korytarzu nachodził je niczym taran, żeby powstrzymywały go rękami, a jemu właśnie o to chodziło: być dotykanym.

 

Dziś takie zachowanie jest karane usunięciem ze szkoły, co prowadzi mnie do następnej kwestii: kiedy rozgrywa się akcja opowiadania? Za moich czasów nie było szóstek, a najniższa ocena to dwója, choć czasem nauczycielka stawiała pałę na wypracowaniu, ale oficjalnie w dzienniku nie można było tego robić.

 

Zauważyłem również, że piszesz dialogi podobnie co w angielskim, za wyjątkiem myślnika i przecinka stawianego po zamykającym apostrofie. W angielskim wyglądałoby to tak: 

 

'Dear children, as you already know, tomorrow we are going on a school trip and I would like to remind you I expect nothing but the best,' resounded firm voice of Mrs Jaworska.

 

Możliwe, że to nowy trend, gdyż podobny zapis znalazłem w opowiadaniach Tokarczuk, tylko ona nie używa myślników.

 

Zresztą, mniejsza z formą — najważniejsze, że czytało się świetnie.

 

Pozdrawiam serdecznie.

 

 

Opublikowano

 

@staszeko

Bystrze wychwyciłeś kilka rzeczy. Od prawie 20 lat mieszkam w Anglii i, choć studiowałam w Polsce, to sposób jakim operuję Polszczyzną chyba mi się nieco zmienił.

Co do kontekstu szkolnego, czasy opisuję te same co ty, strzelanie ze staników też pamiętam!

Szóstki i jedynki weszły do systemu ocen chyba pod koniec podstawówki.

Cieszę się, że ci się podobała historia

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Napisałam ją lata temu z myślą o dzieciakach, więc super, że dodrosłego też chwyciła za serce. Chyba przez to, że przenosi nas do wspomnień naszych lat szkolnych!

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • MÓJ SZLOCH NAJ!


      Kochać cię to nie był trud
      Nie trzeba było silić się zbyt
      Kochać cię to nie był znój
      Ja piąłem się do twych ud
      A jemu zbyt szybko opadł mit 
      Och, mój ból, ból cud


      Wzięli cię na posterunek
      Nie pytałem, dlaczego, jak
      Nie wołałaś na ratunek
      Nie myślałem dlaczego tak
      Miał cię przez chwilę na wznak
      Och, mój o mój męki szlak


      Wszyscy chłopcy machają
      Próbujesz im w oko wpaść
      Wszyscy chłopcy wołają
      Chcesz czułą chwilę skraść
      Miał cię na liście "Na zaś"
      Och, mój deszczowy płaszcz?


      Kochać cię łatwo przyszło mi
      Lekko też odeszło w dal
      Kochając, byliśmy ciężcy, źli
      Serca były harde od dni
      Mieliśmy się przez parę chwil
      Och, mój ból, twardy jak stal

       


      (Opuszczanie zielonych rękawów)
      WRZESIEŃ, WRZESIEŃ, I CIĄGLE WRZESIEŃ


      Wojna w klęskę zmieniła się
      Traktat jest spisany krwią
      Lecz nie wpadłem im do rąk:
      Przekroczyłem linie swe


      Bardzo chcieli złapać mnie
      Lecz im zbiegłem i jak zbieg
      Żyję tu, w dzielnicy złej,
      Pod przykrywką szpieg


      Musiałem iść, całkiem sam
      I życie porzucić swe
      W szafie zbiór szkieletów mam,
      Lecz nigdy nie znajdziesz gdzie


      Snuję życia wątek, a w nim
      Tam fakt, a tu mit
      Kiedyś miałem imię lecz
      Nieważne to, poszło precz


      Nieważne to
      Nieważne co
      Ponieśliśmy zwycięstwo
      A akt spisano krwią
      Nie wpadłem do ich rąk
      Chodzę po linie Być


      Jest prawda, co ma żyć
      I ta, co ginie w mrok
      Nie wiem, w którą mam iść
      Lecz nieważne to


      Bo twój triumf miał
      Tak miażdżącą moc,
      Że niektórzy z nas
      Myślą, jak zachować choć


      Strzęp kronik o tym, jak
      Odbywamy marny byt swój;
      Beret, znoszony płaszcz
      Łyżkę nóż i stół


      Igrzyska i chleb
      W które gladiator gra
      Kamień, który rzeźbiarz tnie
      Pieśni ku chwale, niech trwa..


      Nasze prawo to wciąż
      Pokój, rozumie, że
      Chociaż strzela mąż
      Żona kule nosi mu


      I wszystko to w duszy mej
      Wyrazy, co obrazem są
      Słodkiej obojętności tej
      (Są tacy, co miłością ją zwą)


      Jej wysokości czczonej w krąg
      Niektórzy mówią na nią Los
      Lecz mieliśmy nazwy, co
      Ciut bardziej intymne są


      Nazwy te co wchodzą w głąb
      I tak prawdziwe są,
      Że dla mnie są krwią
      A dla cieby jak proch


      Nie potrzeba nam
      By uchowały się
      Jest prawda, co żywa jest
      Prawda, co żyje w nas...
      I ta, co umiera bez dram


      Nieważne, z kim
      Nieważne, czym
      Żyję życiem tym
      Które zostawiłem im


      Zabić wciąż jest wrogiem mi,
      I Nienawiść obcą też,
      Chciałem nauczyć się kochać je,
      Lecz całkiem nie wyszło mi


      Raz chciałeś mnie oddać im
      Lecz to nie dziwi mnie -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzi serce twe


      Twoje serce było o tu
      Tu gdzie rój much masz
      To jest kuweta Twych ust
      A to twoja miska kłamstw


      Dobrze służysz im, wiem
      Lecz nie dziwi mnie to
      Oni to twoja krew
      A Ty - ich z kości kość


      Nieważne, gdzie
      Nieważne, że
      Serwujecie historii bieg
      W pasztecie faktów i kłamstw
      Do was należy świat
      Więc to nieważne i tak


      Nieważny klan
      Nieważny świat
      Żyję pełnią mych lat
      I pełnią każdego dnia
      Przez przestrzeń i czas
      Nie dam ich rozdzielić wam


      Moja kobieta sprzyja mi
      Me dzieci pójdą za mną w noc
      Ich groby bezpieczne są 

      Od horroru takich jak wy
      Od upiorów snów złych


      W głębiach pocałunków ich
      Korzeń mocno wbity mam
      Żyję wciąż pełnią dni
      Które zostawiłem wam


      Zostawiłem igrzyska o chleb
      W których nasz żołnierz grał
      Kamień, który grabarz tnie
      Piosenki, pisane na chwał..


      Lewo ponad prawem, zabawa trwa
      Pokój to wojna, wojna cały czas
      Chociaż strzelam ja
      Kule robi Diabeł w was


      Bo ważne, z kim
      Ważne Iść
      Żyć całym życiem swym
      I nie oddać go za nic
      Ani Berlin, ani Rzym, ani Krym


      Jak ty, co z Zabić zrobiłeś fach
      Chciałem go uczynić kompanem mym
      I nienawiść też, lecz tak chciał traf
      Że całkiem nie wyszło mi


      Raz przedstawiłeś mnie im
      Próbowałeś, bo wiem, że -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzę.


      Je t'aime,
      L. Cohen


      PACTUS DIABOLICUS


      Znam cud przemienienia w wino wody stągw
      I obrócenia go w wodę znów, więc daj,
      Bym, zasiadłszy do twej uczty w tę noc,
      Wreszcie dostąpił Lucy in the Sky


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł złożyć podpis swój
      Jestem wściekły i zmęczony wciąż
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Zwiąże kochanie me z miłością twą


      Pękł nowy wiek, więc ulica tańcem gra -
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Tak mi przykro, lecz to nie ty, to Twój duch


      Nie powiedziałem słowa, odkąd odeszłaś w dal,
      Którego kłamca by nie powstydził się
      Nie mogę uwierzyć, że idą zakłócenia fal
      Byłaś mą ziemią, mym "przy zdrowych zmysłach jest"
      Byłaś Dedalem moich lat


      Pola wołają - pękł nowy wiek!
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Ty to nie ty, tylko Twój duch


      Tylko jedno z nas było prawdziwe - to byłem ja


      Mówią, że, grzechotnik gorzko żałował za swój grzech
      Zrzucił łuski, by znaleźć, że w środku wciąż wąż jest...
      Ale narodzić się na nowo to w obskurność wejść
      Jad przenika samą ciała treść


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł wreszcie złożyć podpis swój
      Jestem ciągle wściekły i zmęczony każdym dniem
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Przywiąże mnie do miłości Twej 


      Jestem zły i cały czas zmęczony
      Chciałbym, by był traktat albo pakt
      Między tym co ocalono
      Z naszej miłości, z wpisem do akt

      ───

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...