Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Miasto San Jose. Dwa lata po Lilian Day. 

 

Byliśmy w trójkę w laboratorium pochłonięci naszymi zajęciami. Jack nie umiał dodzwonić się do swojej świeżo poślubionej żony.

 

- Kurde, dzwonię i dzwonię, dlaczego nie odbiera?
- Jack, czy to coś ważnego? 

 

Zapytałem.

 

- Mieliśmy razem jechać na zakupy, umówiliśmy się, że zdzwonimy

się razem i od rana nie odbiera mi telefonu. Miała na mnie czekać.

 

Wtedy Georg wpadł na pomysł:

 

- Jack odpal Teddy‘ego i ją zlokalizuj.

 

Ja też się odezwałem:

 

- Trzeba sprawdzić, może być z kochankiem.
- Chłopaki, dwa tygodnie po ślubie?
- Dusza kobieca, nieprzenikniona jest. Ale raczej telefon jej się
 rozładował. 

 

Śmialiśmy się w trójkę, Jednak Jack podchwycił pomysł. Georg masz racje, muszę wiedzieć gdzie jest. Może poszła na te zakupy beze mnie. Jack uruchomił urządzenia i zlokalizował Susan. Rzeczywiście było tak, jak się tego spodziewał. Robiła zakupy bez niego. Już miał przerwać transmisję kiedy Georg go powstrzymał. 

 

- Czekaj, nie wyłączaj!
- Co chcesz?
- Thomas, choć zobacz!

 

Zawołał mnie. Georg coś zauważył i nawiązał nowe połączenie. Patrzyliśmy w trójkę jak zahipnotyzowani. Jack opadł z wrażenia na krzesło.

 

- O ja pierniczę.
- No stary, gratuluję.
- Ja też.

 

Dodał Georg.
Znaliśmy już dobrze obserwowane zjawisko. Georg zauważył sygnał związany na stałe z Susan. Sygnał pochodził od płodu. Susan była w ciąży, bardzo wczesnej. Około drugiego tygodnia. Ale my już wiedzieliśmy, że to dziewczynka. Jackowi mowę odebrało. Tylko się gapił w monitor i sprawdzał czy się nie pomyliliśmy.  Odezwałem się :

 

- Nie próżnujecie z Susan po tym ślubie.
- Co się czepiasz, to chyba naturalne.
- Eee, no chłopie, no pewnie. Jack pora nadać jej imię.
- Ma kilkanaście dni.
- No właśnie.

 

Jack po chwili namysłu:

 

- Bardzo podoba mi się takie jedno imię dla dziewczynki. Ale
chyba jest francuskie. Nie wiem czy Susan się zgodzi.
- No dajesz?
- Lily-Rose.

 

Pokiwaliśmy głowami ze zrozumieniem.

 

- Ale na razie, nic nie mogę jej powiedzieć. Poczekamy aż
sama powie, że jest w ciąży. Cieszę się chłopaki, idziemy do
pubu?
- A twoje zakupy?
- Przecież już je robi sama.

 

Kilka dni później.

Tak się złożyło, że zostałem sam w laboratorium. Chłopaki już poszli a i ja miałem się zbierać. Bawiłem się sprzętem i przełączałem kolejno różne, znalezione losowo osoby na całym świecie. W pewnej chwili znalazłem coś, co różniło się od pozostałych. Nasz sprzęt był tak ustawiony, że jako pierwszy pokazywał obraz na monitorze wzroku. Czyli to, co dana osoba widziała w tym momencie. Obrazy były różne, ale łączyła je jedna wspólna cecha. Albo były kolorowe albo z dominacją jednej barwy. Ten przekaz, który przypadkowo załączyłem był inny. Na monitorze wzroku nie było niczego. Nie było żadnego koloru, tak jakby brak było jakiegokolwiek sygnału. Widziałem tylko, że nadawcą jest młoda dziewczyna w Kanadzie. Przekaz mnie zainteresował i skupiłem uwagę na monitorze wyobraźni. To co tam zobaczyłem bardzo mnie zdziwiło i zafascynowało. Pierwszy raz oglądałem taki widok, a już naprawdę sporo żeśmy się z chłopakami naoglądali. Dziewczyna powoli szła ulicą dużego miasta. Postacie i otoczenie rysowane były wyłącznie przeźroczystymi konturami na przeźroczystym tle. Jednak były bardzo wyraźne. Co ukazywał obraz? Ulice oraz budynki pozbawione były perspektywy. Wyglądały jak na rysunku małego dziecka. Ulice nie zwężały się w miarę oddalania się od dziewczyny, ale miały taką samą szerokość. Budynki były widoczne, ale tylko te oddalone o kilkadziesiąt metrów. One również nie zmniejszały się wraz z odległością. Dalej wszystkie zabudowy ulic były zarysowane wspólnym konturem. Wszystkie budynki wyglądały niemal tak samo. Miały prostokątny kształt a różniły się tylko wielkością. Nie miały okien. Po ulicach szybko przesuwały się samochody. Wszystkie tej samej wielkości, były takie same. Miały nadwozie i cztery koła, ale wszystkie osobowe nie różniły się od siebie. Tak samo było z ciężarówkami. Wszystkie były duże i wszystkie tak samo wyglądały. Samochody zamiast grilli miały groźne twarze, przypominające oblicza drapieżnych zwierząt. Za każdym razem, jak któryś z pojazdów przejeżdżał ulicą w pobliżu dziewczyny, ona zwalniała nieco i tak już powolny krok. Na ulicy mijali ją tacy sami ludzie. Czasami dziewczyna rozpoznawała płeć osoby i wtedy postać nagle przyjmowała kształt charakterystyczny dla kobiety czy mężczyzny. Taki jak na prostych dziecięcych rysunkach albo na piktogramach. Dziewczyna cały czas miała wyraźnie podwyższone tętno, tak jakby cały czas się czegoś bała. Wskaźnik niepokoju był u niej widoczny na monitorze wyobraźni. Bardzo ciekawy był również dźwięk z mikrofonu słuchu. Był nadzwyczaj wyraźny i wrażliwy na każdy nowy ton. Dziewczyna doszła do przejścia dla pieszych i się przed nim zatrzymała. Słyszała kroki przechodzących obok niej ludzi, ale ona stała. Dopiero po usłyszeniu charakterystycznego sygnału dźwiękowego ruszyła, najpierw bardzo niepewnie i ostrożnie a następnie już śmielej na drugą stronę.
  Bardzo szybko zorientowałem się że jest niewidoma. Musiała być niewidoma od urodzenia, bo jej mózg nie był w stanie wyobrazić sobie żadnej barwy oraz nie rozumiał zjawiska perspektywy. Po przejściu kilkuset metrów nagle zauważyłem, że wyraźnie się ożywiła i coś zaczęło przyciągać jej uwagę. Trudno powiedzieć żeby na coś patrzyła, ale na monitorze wyobraźni tak właśnie to wyglądało. Jej uwaga skierowana była na osobę która zbliżała się do niej. Zauważyła tą osobę z odległości kilkudziesięciu metrów. Prawdopodobnie pierwszym bodźcem był indywidualny odgłos kroków. Być może była w stanie rozpoznawać także subtelne różnice zapachu. Zbliżająca się osoba nie miała nieokreślonego, prostego kształtu, jak pozostali ludzie, ale była rozpoznawana przez dziewczynę wyraźnie i szczegółowo. To był młody, przystojny mężczyzna. Choć nie zdradził się ani słowem, ani żadnym dźwiękiem, to dziewczyna już w odległości kilku metrów od niego rozłożyła ramiona do czułego przywitania. Chłopak znalazł się w jej objęciach i również czule ją przytulił i pocałował.
  Przełączyłem urządzenia na niego i zobaczyłem ją jego oczami. Była ładna, zgrabna, choć skromnie ubrana i bez makijażu. Miała ciemne okulary. Przytuliła się do niego i poszli już razem pewnym krokiem, jak zwyczajna zakochana para, którą w rzeczy samej byli. Przełączyłem się z powrotem na nią i zobaczyłem, że niepewność i strach od razu zniknęły. Wskaźnik niepokoju zniknął z ekranu a pojazdy nie miały już oblicza dzikich zwierząt. Jej tętno się uspokoiło. Zaczęli rozmowę od czułych słówek a potem rozmawiali już o swoich studiach. Oboje studiowali językoznawstwo na uniwersytecie. Oboje rozmawiali już płynnie w kilku obcych jeżykach.
  Wyłączyłem sprzęt. Czułem się trochę nieswojo. Miałem kiepski nastrój bez konkretnego powodu. Tak, jakbym podświadomie przeczuwał, że nadchodzące wydarzenia zmienią zupełnie moje życie i będą należały do najtragiczniejszych, z jakimi kiedykolwiek przyjdzie mi się zmierzyć.

                       *****


Miasto San Jose. Rok 2046. Dwa lata po Lilian Day.
Do Epilogu.

 

- Jack stało się nieszczęście.
- Co się stało?

 

W słuchawce słyszałem roztrzęsiony głos Elen.

 

- Georg zachorował, zabrali go do szpitala.
- Co takiego?
- Pisał coś od kilku dni na komputerze. Siedział przy tym
całymi dniami i nagle wczoraj bardzo zabolały go plecy. Już
kiedyś miał taki ból, ale szybko mu przeszedł a dzisiaj mu nie
przechodziło i w końcu wezwałam ambulans.
- W jakim jest szpitalu?

 

Elen podała nazwę szpitala.

 

- Zaraz do niego pojadę. Przecież nie chorował na nic, to
pewnie nic groźnego.
- Ja też zaraz tam jadę. Jack to nie wyglądało dobrze, to na
pewno coś poważnego.

 

  Nie miałem jeszcze pojęcia, że ten telefon jest zwiastunem całego szeregu nieszczęść, które na nas spadną. Serię tragicznych zdarzeń zapoczątkowała decyzja, którą podjęliśmy wspólnie z Jackiem i Georgiem na weselu. Zdecydowaliśmy, że napiszemy artykuł do „Science”, nie mówiąc o tym naszemu szefowi. Postanowiliśmy powoli przygotowywać nasze dziewczyny na to, że szykują się zmiany w naszym życiu. Powiedzieliśmy im, że będziemy publikować ważne odkrycia, których dokonaliśmy wspólnie bez zgody naszych pracodawców. Przewidywaliśmy, że zakończy się to końcem pracy w tym ośrodku. Dziewczyny się niepokoiły i dziwiły, jednak my zapewnialiśmy je, że pomimo chwilowych zawirowań na pewno wszystko skończy się dla nas dobrze, a o środki do życia nie muszą się martwić. Informowaliśmy je ogólnie, bez żadnych szczegółów. Chcieliśmy aby nie przejmowały się tak bardzo. Byliśmy pewni, że wszystko mamy pod kontrolą. Jednak nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że tak nie będzie a nieszczęście przyjdzie gwałtownie ze strony, z której nikt z nas się nie spodziewał. Niestety zgodnie z regułą, że  nieszczęścia zazwyczaj do nas przychodzą z tej strony, z której w ogóle się ich nie spodziewamy. Dziewczyny nam ufały, widziały że umiemy sobie dobrze radzić i stanowimy silny zespół. Jednak to co się wydarzyło, zupełnie  zmieniło życie całej naszej paczki.

Etap naszego radosnego, pełnego swobody i zabawy, fajnie poukładanego i dającego tyle satysfakcji życia, gwałtownie i bezpowrotnie się zakończył. Wiedziałem o czym mówiła Elen. Wiedziałem że Georg pisze artykuł do „Science” bo wspólnie tak właśnie zdecydowaliśmy. Właściwie to Georg zgłosił się na ochotnika, że to zrobi i my na to przystaliśmy. Wiedziałem również, że Georg umówił się już z redakcją magazynu, że w przyszłym tygodniu prześle artykuł do oceny wydawnictwa i że już prawie go ukończył. Nie czuliśmy się specjalnie nielojalni w stosunku do naszego szefa i instytutu badawczego, który nas zatrudnił. Przez dwa lata zrealizowaliśmy wszystkie cele, jakie przed nami postawiono. Opracowaliśmy nowy sposób programowania komputerów kwantowych, co powinno znacznie ułatwić ich zastosowanie w szerszym, niż do tej pory zakresie. Opracowaliśmy podstawy budowy komputera kwantowego nowej generacji, opartego o wykorzystanie nowo odkrytej cząstki oraz nowy system łączności w oparciu o “telegraf kwantowy”, który może być wykorzystywany w wojsku. Już same te osiągnięcia plasowały naszą trójkę w gronie najzdolniejszych i najbardziej wydajnych zespołów naukowych w kraju. Zapracowaliśmy uczciwie na nasze pensje. Nie oszukiwaliśmy i nie wykorzystywaliśmy naszego pracodawcy. Nasze odkrycie powstało niejako przy okazji naszych badań i było dziełem czystego przypadku. Nie miało wiele wspólnego z zadaniami, które nam powierzono. Przynajmniej my tak to ocenialiśmy.

  Wszedłem do szpitala i chciałem iść prosto do sali w której leży Georg. Lecz ku mojemu zdumieniu pielęgniarka mnie powstrzymała i poinformowała że Georg znajduje się na oddziale intensywnej terapii. Zdrętwiałem z przerażenia.

 

- “Co takiego???”

 

Pomyślałem. Pod salą była już zapłakana Elen oraz Susan z Jackiem którzy ją pocieszali. Był tam również lekarz, który opiekował się Georgiem. Słyszałem jak dzwonił do jego rodziców z zaleceniem aby pilnie jechali do San Jose. Zrozumiałem jak poważna musi być sytuacja. Elen płacząc zapytała się lekarza:

 

- Panie doktorze, co mu jest?
- Kim pani jest dla pacjenta?
- Jestem jego narzeczoną, mieszkamy razem. A oni są naszymi
 przyjaciółmi.
- Dokładnie nie wiemy dlaczego choruje. Jego organizm, jego
system odpornościowy walczy z komórkami jego własnego
szpiku. To choroba autoimmunologiczna o nie do końca
znanym podłożu.
- Jaki jest jego stan?
- Nie będę was okłamywał. Stan jest bardzo ciężki, rokowania
złe. Robimy wszystko co w naszej mocy.

 

Zamilkliśmy przerażeni. W końcu ja zapytałem:

 

- Ale co jest źródłem tej choroby, co ją spowodowało?
- Szczerze mówiąc nie mamy pojęcia. Zrobiliśmy badania
które wykluczyły przyczyny zewnętrzne. Nie znaleźliśmy
śladów zatrucia jakimiś lekami, używkami czy innymi
substancjami chemicznymi. Nie jest również
napromieniowany ani zarażony jakimś wirusem lub
niebezpieczną bakterią. Nie wiemy dlaczego zachorował. To
dla nas również bardzo dziwne i zagadkowe.
- Jest przytomny?
- Jeszcze jest, ale za chwilę wprowadzimy go w stan śpiączki.
- Możemy iść na chwilę do niego?
- Tak, chodźmy razem.

 

Weszliśmy wszyscy za szklaną ścianę sali intensywnej terapii. Georg leżał bezwładnie na łóżku podłączony do różnych urządzeń. Słyszeliśmy dźwięk pulsometru. Elen wzięła go za rękę. Georg otworzył oczy. Przy Elen stał Jack. Georg słabym głosem wyszeptał:

 

- Jack.

 

Jack zbliżył się do Georga i przystawił ucho do jego ust. Usłyszał jedno słowo:

 

- Opublikuj.

 

Georg zamknął oczy i zasnął. To było ostatnie słowo które wypowiedział. Nazajutrz dowiedzieliśmy się, że Georg nie żyje. Zmarł osiem godzin później. Był to szok nie do pojęcia dla całej naszej piątki. Nie rozumieliśmy co właściwie się stało. Po trzech dniach byliśmy wspólnie na pogrzebie Georga. Na prośbę Elen, jego rodzice zdecydowali, że pochowają go w San Jose. Płacz, łzy i wielki smutek oraz obraz zrozpaczonej Elen w ramionach Susan i Evy. Eva śmierć Georga przeżyła prawie tak silnie jak Elen.

 

                       *****

Siedzieliśmy z Jackiem we dwóch w naszym laboratorium i patrzyli na siebie. Nie było nas tu od dwóch tygodni. Przyszliśmy tu pierwszy raz od śmierci Georga.

 

- Thomas, co to było? Co się stało?
- Nie mam pojęcia.
- Dlaczego umarł? Przecież był młody i zdrowy. Co mu się
stało?
- Nie wiem, nikt nie wie, jego rodzice nie wiedzą, lekarze nie
wiedzą, Elen nie wie.
- Co robimy dalej?
- Nie wiem? Będziemy tu dalej pracować?
- Ja już nie chcę tu pracować. Nie mogę patrzeć na te sprzęty
ze świadomością, że Georga już nie ma. Nie będę tu
przychodził. To już nigdy nie będzie tak jak było.
- Ja myślę tak samo. Zostawmy to na razie, tak jak jest.
Gadałem z Edwardem. Powiedziałem mu, żeby dał nam
miesiąc wolnego. Zgodził się bez żadnych pytań. Powiedział,
że nasze laboratorium będzie na nas czekać. Trzeba
opublikować artykuł i zobaczyć co będzie się dalej działo.
- Pewnie problem pracy tutaj sam się rozwiąże.
- Pewnie tak, ale nie wiadomo. Nie wiadomo jak instytut
zareaguje na nasze odkrycie. Nie rezygnujmy na razie.
Zobaczymy czy sami się nas pozbędą.
- Ok, niech tak będzie. Thomas muszę cię o coś zapytać.
Powiedz mi czy to, że Georg zmarł, może mieć coś wspólnego
z tym co odkryliśmy?
- Ciągle myślę o tym samym. Z naukowego punktu widzenia,
nie może. Chyba, że dzieją się tu rzeczy których nie
rozumiemy.
- Co robimy dalej?
- Jak to co, publikujemy. Masz ten artykuł?
- Tak, zabrałem go od Elen tydzień temu. Trzeba go tylko
dokończyć.
- Kto to zrobi?
- Jak już go mam, to go dokończę.
- Jack, na pewno chcesz to zrobić?
- Co? dokończyć?
- Publikować.
- Thomas, o czym ty w ogóle mówisz. Dokończę artykuł i go
 publikujemy. Ty masz jakieś wątpliwości?
- Nie mam. Trzeba publikować, to może być największe
odkrycie tego stulecia. Zasłużyliśmy na to.
- W tym tygodniu go dokończę. Elen mówiła, że ta redaktorka 
 z „Science” dzwoniła i pytała się o ten artykuł. Zadzwonię do
niej i powiem, że będzie małe opóźnienie, ale go dostanie.


Po trzech dniach.

 

Siedziałem w domu jak zadzwonił telefon. Byłem sam. Eva po pogrzebie Georga poleciała na Moreton. Musiała pozałatwiać tam jeszcze jakieś sprawy. Umówiliśmy się, że wróci za tydzień. Planowaliśmy wspólne życie, było nam razem dobrze i śmierć Georga w żadnym razie tego nie zmieniła. Odebrałem, dzwonił Jack:

 

- Skończyłem, będziesz czytał?
- Pewnie że tak. Przyjedź, poczytamy razem, jestem sam. Eva
 wyjechała na pare dni.
- Wiesz co, pośle ci go mailem. Trochę źle się czuje.
- Co ci jest?
- Coś plecy trochę mnie bolą.
- Ok, poślij mailem, potem ci oddzwonię.
- Jak powiesz że może być, to jutro posyłam go do
wydawnictwa. Już się tam umówiłem.
- Ok.

 

Odłożyłem telefon. Jeszcze wtedy w ogóle nie zwróciłem uwagi na to, co powiedział Jack o bolących plecach. Przez myśl mi nie przeszło, że to może być początek tajemniczej choroby, która niecały miesiąc temu, zabiła Georga. Po chwili odebrałem maila. Czytałem artykuł. Nie był długi, miał siedemnaście stron. Zwięźle, dobrze napisany. Poparty naukowymi przykładami. 

 

- “Kto w to uwierzy?”

 

Myślałem. Będą o nas mówić w telewizji. Tylko o nas. Było późno, płożyłem się spać. Długo nie mogłem zasnąć. Rano zadzwonił telefon. Dzwoniła zapłakana Susan:

 

- Thomas, wymyśl coś, ratuj, Jack jest chory.
- Co mu jest?
- Daje ci go.
- Jack, co ci jest?

 

Usłyszałem słaby głos Jacka.

 

- Ledwie umiałem wstać z łózka. Susan pomaga mi się ubrać.
Zaraz jedziemy do lekarza. Thomas słuchaj, mam to samo na
co umarł Georg.
- Skąd wiesz?
- Te same objawy, tak samo źle się czuję, tak samo bolą mnie
plecy, drętwieją mi nogi. To może być jakiś czynnik
środowiskowy.
- Jaki?
- Nie mam pojęcia. Dziewczyny są zdrowe. Może coś z naszego
 laboratorium. Może coś nam tam szkodzi?
- Przez ostatni miesiąc prawie w ogóle tam nie byliśmy.
Powiedz to wszystko lekarzowi. Artykuł wysłałeś?
- Jeszcze nie. Nie mam teraz do tego głowy.
- Ok, później to zrobimy. Mam wam pomóc?
- Nie, zaraz wyjeżdżamy . Susan mi pomoże, zadzwonię potem
do ciebie.

 

.........................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...