Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

  Przez kilka pierwszych dni byliśmy w prawdziwym szoku. Czuliśmy wielką wagę naszego odkrycia. Różne myśli chodziły mi po głowie. Zastanawiałem się czy nie powinniśmy tego od razu upublicznić. Chłopaki myśleli tak samo. Jednak nasza wspólna, zbiorowa intuicja podpowiadała nam, żeby nikomu na razie nic nie mówić. Wiedzieliśmy aż nazbyt dobrze, że takie odkrycie ludzie natychmiast mogą wykorzystywać do walki przeciwko sobie i generalnie czuliśmy, że spowoduje ogólnoświatowy szok społeczny. Żaden z nas nie był pacyfistą, jednak zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że skutki ujawnienia odkrycia mogą być nieprzewidywalne.

 

Po ochłonięciu trochę z pierwszego wrażenia, wróciliśmy do intensywnych badań. Założyliśmy, że spróbujemy badać wciąż ten sam sygnał i dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Wiedzieliśmy, że ta część pojedynczego sygnału, którą udało nam się zdekodować, a która przedstawia przekaz “wideo” dochodzący do mózgu z ludzkich oczu, nie jest całym sygnałem. Bardzo chcieliśmy się dowiedzieć co zawiera pozostała część. Założyliśmy, jak się później okazało słusznie, że rozszyfrowanie jednego sygnału otworzy nam drogę do rozszyfrowywania pozostałych. To, co już zobaczyliśmy znowu ułatwiło nam ukierunkowanie dalszych badań. Na codziennej, rannej naradzie, którą sami sobie organizowaliśmy przed przystąpieniem do pracy, mówiłem:

 

- Słuchajcie, jak jest obraz to pewnie jest i dźwięk. Trzeba
spróbować go wyselekcjonować i zdekodować.
- No, raczej logiczne.

 

Stwierdził Georg.

 

- W tym samym strumieniu szukamy składowej dźwięku.

 

Powiedziałem do chłopaków i od razu zaczęliśmy pod wodzą Georga, pisać kolejny program dekodujący. Po kolejnych kilku dniach żmudnych eksperymentów udało nam się wyselekcjonować tą cześć danych, która była strumieniem dźwięku. To, że się udało, zaskoczyło nas samych. Włączyliśmy nasze dekodery i znowu rozsiedliśmy się przed monitorem. Zobaczyliśmy ten sam, znany nam już obraz, jednak z głośnika popłynął niewyraźny dźwięk. Po kilkudziesięciu próbach ustawienia parametrów, usłyszeliśmy go w końcu całkiem wyraźnie. Usłyszeliśmy dźwięk kroków Chinki, która szła w stronę otwartych drzwi oraz gwar bawiących się na dworze dzieci. Wydawało nam się również, że słyszymy słaby, rytmiczny odgłos bicia jej serca i jej spokojny, równomierny oddech. “Ona” wyszła na zewnątrz i biegnący do niej chłopczyk głośno krzyczał coś po chińsku. Zaraz potem jedna z dziewczynek też coś do niej powiedziała.
Następnie, w chwili kiedy ona podniosła chłopca, po raz pierwszy usłyszeliśmy jej głos. Wysokim, ale miłym kobiecym głosem, coś szybko do niego powiedziała i dała mu buziaka. Potem powiedziała coś do dziewczynki, a ona w podobnym tonie jej odpowiedziała. Następnie słyszeliśmy stuk przestawianego stolika, kiedy na chwilę wróciła do domu. Obeszła dom i poszła do latryny. Słyszeliśmy po drodze lekki szum wiatru, a w latrynie szelest zrywanego z gwoździa i użytego papieru, pluskanie strumienia moczu oraz skrzypienie desek przybytku. “Ona” do końca nagrania nic więcej już nie mówiła. Na koniec słyszeliśmy plusk wody, kiedy myła ręce. Znowu byliśmy w szoku, ale już trochę mniejszym. Zaczęliśmy powoli oswajać się z nadzwyczajnością naszego odkrycia. Jack odezwał się pierwszy:

 

- Może warto by dowiedzieć się, co mówili?
- Pewnie to nic ważnego, ale się zgadzam że warto.
- Chińskiego uczyć się nie będziemy.

 

W internecie zaczęliśmy szukać translatora z chińskiego na angielski, wtedy Georg skonstatował:

 

- Nie tylko chiński, może będziemy w wkrótce potrzebować
wsparcia lingwistycznego w wielu językach. 

 

Spojrzeliśmy na siebie znacząco. Od razu zrozumieliśmy co ma na myśli. Znaleźliśmy dobry translator, obsługujący kilkanaście najczęściej używanych języków świata. Miał opcje głosową w czasie rzeczywistym. Był dosyć drogi wiec Jack w kilka minut ściągnął go  nielegalnie, łamiąc zabezpieczenie serwera. Skomentowałem:

 

- Źle synu postąpiłeś, nieładnie.
- Zwłaszcza że On to... chyba widział.

 

Dodał Jack. Spojrzeliśmy znowu na siebie a następnie roześmialiśmy się razem.

 

- Da się jakoś sprawić żeby On mnie nie podglądał?
- Widzę dwie opcje, jedna bardzo niepewna a druga na 100%
 zadziała.
- Gadaj.
- Pierwsza to garnek na głowie, może ołowiany?
- Lepiej uranowy?

 

Dodał Jack. Georg z rozczarowaniem pokiwał głową.

 

- Na pewno nie zadziała. Dla zjawiska splątania w naszej
 rzeczywistości nie ma żadnych technicznych barier.
Przynajmniej z tego co wiem. Jaka jest druga?
- Zakończymy transmisje, czyli po prostu cię chłopie utopimy
albo udusimy. Możemy cię również zastrzelić, no gdybyśmy
mieli czym.
- No nie wiem?
- Dajcie spokój, bo zaraz sami poumieramy ze śmiechu.

 

Georg, w 10 minut podpiął translator do naszego dekodera. Ustawiliśmy tak głośność, żeby oryginalny język słyszany był cicho a angielskie tłumaczenie głośno i wyraźnie, a następnie po raz kolejny zasiedliśmy w naszym czarodziejskim studio i włączyli przekaz. Usłyszeliśmy angielską transkrypcje:

 

- Mamo, mamo, mam cię, trzymam!
- Mamo, weź go sobie!
- Wong, baw się przez chwile z Zhang. Zhang zajmij się nim,
zaraz wracam.
- Dobrze, Wong choć tutaj!

 

                       *****

 

Szybko zorientowaliśmy się, że oprócz głównego strumienia danych, który udało nam się zdekodować, jest jeszcze w badanym przez nas sygnale drugi strumień o podobnej strukturze. Jack napisał program do wyselekcjonowania tego właśnie strumienia. Trwało to kilka dni. Sposób czytania danych mieliśmy już opracowany i zastosowaliśmy go do drugiego strumienia. Znowu zasiedliśmy w naszym zaimprowizowanym filmowym studio.

 

- Ciekawe co teraz zobaczymy?

 

Stwierdził Jack.

 

Uruchomiliśmy sygnał i na ekranie pojawił się taki sam obraz, który już znaliśmy, jednak znacznie mniej wyraźny. W mniejszej rozdzielczości. Znowu zobaczyliśmy obraz tej samej chaty i tą samą postać, idącą w stronę otwartych drzwi. Ona wyszła na zewnątrz i podniosła chłopca, równocześnie całując go w policzek. W tle słabo było słychać znajome już słowa i dźwięki. I nagle stało się coś dziwnego. Usłyszeliśmy znajmy głos, ale bardzo głośny i wyraźny. Translator tłumaczył:

 

- “Mój słodki Wong, wyrośniesz mi kiedyś na mądrego
mężczyznę!”

 

Mały chłopiec na chwile przybrał postać młodego, przystojnego mężczyzny, porządnie ubranego i uśmiechającego się do matki. Po sekundzie obraz młodzieńca zniknął. W tle znowu było słychać słabe dźwięki rozmowy i w przerwie znowu wyraźny głos:

 

- “Niech go przez chwile przypilnują.”

 

A na ekranie ukazał się obraz na którym chłopiec niespodziewanie podchodzi do kuchni i ściąga na siebie garnek z gorąca wodą. Po kolejnej sekundzie i ten obraz zniknął.

 

- “Nie! Nie mogę go tak zostawić! Przecież może wylać na
siebie gorący garnek!”

 

I wtedy „ona” wróciła z powrotem i przystawiła stolik do kuchni. Potem już nic się nie działo do chwili kiedy usiadła w latrynie. Wtedy znowu usłyszeliśmy głośny jej głos, choć wiedzieliśmy że nic wtedy nie mówiła. Translator tłumaczył:

 

- “Powinien mi dać jakieś pieniądze. Trzeba zrobić zakupy. Ta
praca na tej farmie jest źle opłacana. Oszukują jego i mnie.”

 

A po krótkiej chwili:

 

- “Może nie będzie bardzo zmęczony? Może mnie weźmie?
Mam dzisiaj ochotę. Trzeba pamiętać o tabletce.”

 

Potem przekaz zamilkł już do końca transmisji. Widzieliśmy już tylko znajome obrazy i słyszeli znajome dźwięki. Siedzieliśmy w ciszy. Wydawało się, że pierwszy szok mieliśmy już za sobą, ale tym razem naprawdę byliśmy w szoku. W hiper szoku. W końcu Jack się odezwał:

 

- Myślicie o tym co ja? Wiecie co to było?
- To proste, to jej myśli.
- Dobry Boże, co myśmy odkryli???!!!
- Słuchajcie to niesamowite, nierzeczywiste, nieziemskie,
 niemożliwe!!!
- Wszystko to jest nieziemskie i niemożliwe.
- Ciekawe, że myślała po chińsku?
- Prawda? Zastanawiające.
- Myślimy w konkretnym języku?
- No, na to wygląda.
- W takim razie nie bylibyśmy w stanie myśleć, dopóki nie
nauczymy się jakiegoś języka?
- To jest możliwe. Może do prostych myśli wystarczyłaby
wyobraźnia, czyli obrazy które rysował jej umysł, ale do
złożonych, abstrakcyjnych, chyba potrzebna jest znajomość
jakiegoś języka.
- Na to wygląda. 
- Jesteśmy myślącymi ludźmi bo potrafimy mówić?
- Możliwe, kto wie?
- Jak to możliwe, że jedna komórka w mózgu w której znajduje
się telegrafująca cząstka, posiada informacje o naszych
zmysłach? Ma łączność z całym mózgiem?
- Nie wiemy wszystkiego o mózgu, tam wszystko jest razem
połączone i razem współpracuje, jedne struktury potrafią być
zastępowane przez inne, kiedy zachodzi taka potrzeba.
- Kto wie, może w mózgu jest jakaś struktura, która zbiera
informacje z całego mózgu i je przygotowuje do transmisji?

 

Przez kolejne dni zaczęliśmy się przyglądać innym składowym naszego głównego sygnału. Emocje pierwszych wrażeń trochę opadły i zaczęliśmy podchodzić do naszych badań w bardziej usystematyzowany sposób. Mieliśmy już sprawdzone narzędzia do analizy poszczególnych składowych. Za każdym razem osiągaliśmy ten sam efekt. Obserwowaliśmy krótkie fragmenty życia różnych ludzi na całym świecie. Oglądaliśmy świat ich oczami i czytaliśmy ich myśli. To co nas trochę zaskoczyło to fakt, jak w istocie niewiele różnimy się między sobą, pomimo różnych kontynentów, religii, ras, koloru skóry i systemów wartości.

Temat tak nas wciągnął, że w tajemnicy przed zwierzchnikami a w szczególności przed naszym szefem, zaniechaliśmy prawie zupełnie naszych podstawowych obowiązków. Cały nasz wysiłek skupiony był na udoskonalaniu naszego czarodziejskiego “studia filmowego” i pracy nad naszym odkryciem. Wiedzieliśmy już, że pomimo tego że potrafimy dekodować strumienie obrazu i dźwięku ludzkiego wzroku i słuchu oraz strumień wyobraźni i myśli, to potrafimy odczytywać zaledwie około 60 procent danych pojedynczego przekazu. Nie mieliśmy pojęcia co zawierają pozostałe bity informacji. Pomimo intensywnej analizy, zdaliśmy sobie sprawę, że nigdy nie będziemy w stanie odszyfrować wszystkiego. To co natura tam transmitowała było tak niezrozumiale kodowane i zupełnie obce ludzkiej technice, że już nic więcej nie przychodziło nam do głowy. 
  Na początku wspólnie obserwowaliśmy sygnały i wspólnie próbowaliśmy wyciągać jakieś wnioski. Pierwsze co zauważyliśmy to to, że w trakcie każdego sygnału, oprócz stłumieni danych, które już znaliśmy, pojawia się w odstępach kilku dziesiątych sekundy pewna stała sekwencja. Oczywiście nie wiedzieliśmy co oznacza, ale zorientowaliśmy się, że dla danego sygnału jest stała i nigdy się nie zmienia oraz że dla różnych składowych, czyli dla różnych ludzi, zawsze jest inna, niż w pozostałych sygnałach. Założyliśmy, że każda składowa, czyli każdy człowiek, w swój indywidualny przekaz ma wbudowany “identyfikator”. Przynajmniej tak roboczo go sobie nazwaliśmy. Szybko nauczyliśmy Teddy‘ego oraz nasz dekoder, rozpoznawać te sekwencje. Otrzymaliśmy narzędzie do przeszukiwania całej bazy w poszukiwaniu znanego nam sygnału. Zauważyliśmy również, że w sekwencji identyfikatora występuje maleńki stały fragment, tylko w dwóch wariantach. Niemal od razu zrozumieliśmy, że odnosi się do płci obserwowanego obiektu. Poleciliśmy Teddy‘emu przeszukać całą bazę danych w poszukiwaniu przekazu, który miałby ten fragment sekwencji inny, niż kobieta lub mężczyzna. Po kilkunastu sekundach dowiedzieliśmy się, że takich rekordów nie ma. Jednak nie wykluczało to  możliwości istnienia ludzi, o zdefiniowanej przez naturę płci, ale nietypowej dla tej płci budowie ciała. W trakcie naszej wielomiesięcznej obserwacji różnych ludzi, za pomocą naszego zestawu urządzeń, natrafiliśmy na wiele takich przypadków.
  Wypróbowaliśmy z powodzeniem odkrycie identyfikatora w przeszukiwaniu całego sygnału, pod kątem znajdowania fragmentów życia naszej Chinki. Teddy bez problemu nagrywał nam fragmenty tej szczególnej składowej i wiedzieliśmy o Chince i jej codziennym życiu coraz więcej. Poznaliśmy jej męża i innych członków jej rodziny oraz najbliższych znajomych i przyjaciół. 
  Następnie przyszedł czas na kolejne ważne odkrycie. Tu też pomógł nam przypadek. Jack szczegółowo przeglądał zapis przekazu jednego z Kanadyjczyków który jechał samochodem po autostradzie. Kierowca ten zatrzymał się na stacji benzynowej a następnie po zatankowaniu ponownie wjechał na drogę. Jack zauważył, że w podobnej częstotliwości do pojawiania się “identyfikatora” w sygnale pojawia się inna powtarzająca się sekwencja danych. Jack wyodrębnił tą sekwencję i zauważył, że w trakcie kiedy kierowca poruszał się po autostradzie, to sekwencja nieco się zmieniała. Podobnie jak przy identyfikatorze, nie mieliśmy pojęcia co właściwie się zmienia. Czy są to odpowiedniki liczb w jakimś systemie liczbowym czy coś w rodzaju alfabetu lub innych znaków, jednak Jack zauważył regularne, niewielkie zmiany. I wreszcie odkrył, że w chwili kiedy kierowca zatrzymał się przed dystrybutorem, a zanim wysiadł z samochodu, sekwencja składowej sygnału przestała się zmieniać. Potem gdy wysiadł z samochodu, znowu nieznacznie zaczęła się zmieniać. A potem gdy wrócił po zatankowaniu, ale zanim ruszył to sekwencja znowu była identyczna jak ta, kiedy pierwszy raz siedział w nieruchomym samochodzie. I wreszcie, kiedy kierowca ruszył samochodem to sekwencja sygnału zaczęła się znacząco zmieniać. Jack doznał olśnienia, kiedy nam to pokazywał:

 

- Panowie, myślę że ta sekwencja sygnału wskazuje na jego
 lokalizacje. Krótko mówiąc to “lokalizator”.

 

  Zaczęliśmy przyglądać się innym sygnałom przypisanym ludziom w ruchu i stwierdziliśmy, że Jack ma rację. Poleciliśmy Teddy‘emu przeszukiwać bazę w poszukiwaniu składowych z tą samą sekwencją i widzieliśmy, że pochodzą od ludzi którzy są w tym samym miejscu. Najczęściej byli to rodzice z dziećmi na ręku albo... pary w trakcie pocałunku lub stosunku. Mięliśmy z tym dużo zabawy. Postanowiliśmy z pełną determinacją to rozszyfrować po to, aby na jej podstawie móc lokalizować poszczególnych ludzi. Przeszukiwaliśmy setki sygnałów w poszukiwaniu takich obrazów, które pozwoliłyby na dokładną identyfikację miejsca na Ziemi i tworzyliśmy bazę danych zapisu sekwencji przypisanej do konkretnej lokalizacji. Było to trudne i żmudne zadanie. Szukaliśmy turystów zwiedzających znane na świecie miejsca. Wyszukiwaliśmy strefy czasowe w których na przykład można zwiedzać Luwr albo wieżę Eiffla. Tadż Mahal, Mur Chiński, Yellowstone, albo bazylikę św. Piotra lub kościół Hagia Sophia. I kilka razy udało nam się trafić. Następnie Georg napisał program, który znalazł prawidłowości pomiędzy współrzędnymi ludzi a zapisem sekwencji lokalizatora. Nic z tego na początku nie wychodziło, ale w końcu i tu dopisało nam szczęście. Udało nam się w sekwencji lokalizatora wyodrębnić trzy fragmenty, które lokalizowały obiekt w pobliżu Ziemi. To one właśnie się zmieniały przy poruszaniu ludzi na Ziemi, choć stanowiły tylko niewielką cześć “lokalizatora“. Do czego służyła nieodszyfrowana cześć tej sekwencji, nie wiedzieliśmy. Georg zaproponował hipotezę, że może do orientowania obiektów w innym systemie odniesienia, poza przestrzenią przyległą do naszej planety. Jednak nie mieliśmy pojęcia jak mielibyśmy to odszyfrować. Nie wiedzieliśmy jak lokalizator dokładnie działa, ale udało nam się ustalić, że odnosi się do trzech stałych punktów. Jednym był geometryczny środek Ziemi a pozostałe dwa, to stałe punkty w jej okolicach. Udało nam się wyliczyć, że współrzędne jednego z tych punktów  znajdują się w bliskiej przestrzeni kosmicznej, w odległości  35796 km* nad równikiem a drugi znajdował się na jej powierzchni. Odkrycie tego naprawdę było trudne. Pomogła nam intuicja i wiele szczęścia. Mieliśmy wrażenie jakby Opaczność chciała nam w tym pomóc. Zorientowaliśmy się,po wnikliwej analizie danych, że pomiar był bardzo dokładny. Odnosił się precyzyjnie do położenia obserwowanego człowieka.

 

- Jack. Gdzie jest ten punkt “zerowy” od którego jesteśmy
namierzani?
- Ciekawe pytanie, zaraz to policzymy.

Po dziesięciu minutach Jack się odezwał:

- O jacie, tutaj na Ziemi. To punkt na powierzchni Ziemi.
Wiecie gdzie?
- No gadaj!
- Izrael, Jerozolima, kurde, to Bazylika Grobu Pańskiego.
- Co takiego?
- No tak, dokładnie tam. Koledzy mam pomysł.

 

                       *****

 

Georg przez kilka dni coś intensywnie liczył. W końcu napisał odpowiedni program i zakomunikował:

 

- Chyba mam sposób.
- Na co?
- Chyba wiem jak współrzędne geograficzne zamienić na

sekwencję sygnału. Proszę o telefon z GPS. 

 

Jack podał mu współrzędne z telefonu.

 

- No koledzy, oto nasze współrzędne. Thomas odpalaj
Teddy‘ego.
- Georg, coś ty znowu wymyślił, będziesz nas podglądał?
Lepiej znajdź jakąś dziewuchę pod prysznicem.

 

Wprowadziliśmy zapis sekwencji i Teddy po kilkunastu sekundach “wypluł” krótkie nagranie wybranej składowej. Od razu poszło na dekoder a my znowu zasiedliśmy w naszym studio. Na ekranie poznałem siebie i Georga jak wpatrujemy się w monitor. Zrozumieliśmy, że patrzą na nas oczy Jacka. 
Z głośnika popłynął dźwięk:

 

- Georg coś ty znowu wymyślił, będziesz nas podglądał?
Lepiej znajdź jakąś dziewuchę pod prysznicem.

 

Odskoczyliśmy wszyscy trzej od monitorów. Jack z wielkim przerażeniem w oczach. Georg przełączył na drugi strumień. Znowu ten sam widok, ale z głośników popłynęła prorocza treść myśli Jacka:

 

- “Kurde w co my się tu bawimy, to się źle skończy!”

 

Skonstatowałem przejęty:

 

- Słuchajcie jak niewiele wiemy jeszcze o naszym mózgu. Jest
w stanie precyzyjnie lokalizować nas w przestrzeni bliskiej
Ziemi a my, jako jego użytkownicy nie wypracowaliśmy 
w procesie ewolucji żadnego mechanizmu, żadnego zmysłu
aby wykorzystywać tą umiejętność. To naprawdę dziwne. Dla
kogo lub czego ewolucja to rozwiązała, jeśli nie dla nas?

 

.............

* To odległość orbity geostacjonarnej od równika. Taki punkt mógłby teoretycznie stanowić układ odniesienia będąc cały czas nad tym samym miejscem na Ziemi, podobnie jak satelita geostacjonarny, (taka fantazja autora:).

 

............................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...