Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

    "Poetom i malarzom wolno ważyć się na wszystko"

Horacy

 

   Ewa wraz z pozostałymi trzema żonami Jezusa obserwowała całą scenę: śmierć żaglowca - czy też, mówiąc językiem ludzi niższej świadomości - jego zatonięcie i znalezienie się jego załogi w trudnej sytuacji. Co, obiektywnie rzecz ujmując, nie było dramatem. Ale dla wielu marynarzy, przywiązanych emocjonalnie do okrętu, na którym służyli długie miesiące - a niektórzy nawet lata - i na którym stoczyli wiele zwycięskich starć i bitew, także z pogodą - jego pogrążenie się w głębinie było ciosem. Ciosem, za którego jedni spośród rozbitków obwiniali samego Jezusa. Inni krakena nie wierząc w to, iż to On wraz z żoną pokierował działaniami morskiego monstrum. Pozostali do kompletu składali winę i na gigantyczną ośmiornicę, i na Przedwiecznego razem z Mayą, pomstując, złorzecząc i przeklinając. Ile tylko mieli w myślach negatywnej energii. Jezus tylko uśmiechał się na nie, doskonale świadom faktu, że złorzeczenie i przeklinanie Bogu to jedno z największych głupstw, na które tylko człowiek potrafi się zdobyć. Odwracając rzeczywisty porządek rzeczy w myśl zasady, że jak Bóg człowiekowi, tak człowiek Bogu. Jakby istotnie którykolwiek z ludzi byłby w stanie odegrać się na Bogu - oczywiście przy założeniu, że naprawdę miałby za co. 

   Wszedłszy na pokład Nautilusa, Jezus przytulił i ucałował czule każdą ze swych kobiet. Aby żadna z nich nie poczuła się mniej ważną i aby nie dać żadnej powodu do chociażby cienia zazdrości, użył jednej ze swych wyćwiczonych ludzkich umiejętności, aby znaleźć się w czterech miejscach naraz. Albo, jeśli ktoś wolałby użyć innych słów - lub innego określenia - urzeczywistnił zasadę podwójnej bilokacji. Wszystkie oprócz Ewy były już przyzwyczajone do takich - bądź co bądź, dla nich codziennych - zachowań Jezusa. W końcu bowiem, oprócz Ewy właśnie, było to kolejne z ich spotkań. 

   - Mm... witaj... Jezu - Ewa przez chwilę nie wiedziała, co zrobić z rękami. Gdy pewności siebie wystarczyło jej wyłącznie na to, by odwzajemnić miłosny pocałunek. - Jak... - przez chwilę szukała właściwego słowa, nie mogąc znaleźć go od razu zarumieniła się lekko. - Jak misja?

   - Do niektórych spośród nich ta nauka już dotarła - odpowiedział Pierwszy Nauczyciel. - Pozostali wciąż dopuszczają to doświadczenie do serc i umysłów. Ale widzę, że co innego zaprząta cię bardziej. 

   - Tak, Jezu... ale nie przy nich, proszę - Ewa zaczerwieniła się ponownie. 

   - Jakby one - Wynalazca małżeństwa i seksu zaśmiał się w odpowiedzi - nie wiedziały, że jesteś moją żoną dopiero tydzień. I że... 

   - Jezu, przestań - Ewa zrobiła nadąsaną minę. 

   Uśmiechnął się w odpowiedzi, znów objął ją i pocałował. Jeszcze bardziej czule. 

A potem szepnął do ucha, nachyliwszy się lekko. - Dziś będzie ta noc. 

 

                    X     X     X 

 

   Znajdowali się oboje w wymiarze i miejscu przez nią wybranym. Daleko od jej ojczystej Ziemi, na innej planecie, na której wszystko było na wyższym poziomie duchowym. Włącznie z roślinami, które rosły bujniej i szybciej, a ich zieleń i barwy kwiatów były w większej ilości odcieni i bardziej intensywne. W ciszy własnej willi, wybudowanej w lesie na terenie ogromnej posiadłości, z dala od innych siedzib. W sypialni z wielkim baldachimowym łożem, w powietrzu której unosiło się mnóstwo świec, a pod ścianami stały wazony z kwiatami z wesela. Równie świeżymi, jak tego dnia, gdy obiecali sobie miłość i wierność. 

   Ewa początkowo nie mogła zdecydować się, co mieć na sobie na początku tej nocy. Czy przejrzystą długą białą koszulę nocną z szerokim dekoltem i króciutkimi rękawkami, czy bardziej nowocześnie - satynowy różowy komplet, złożony z odsłaniającej dolną część brzucha koszulki na cieniutkich ramiączkach i majteczek, ledwie zasłaniających pośladki? Po namyśle zdecydowała się na drugi wariant uznając, że samo odsłanianie jej ciała sprawi Jezusowi przyjemność. Że będzie dlań podniecające, co przełoży się i na jej doznania. 

   Chociaż wiedziała, za kogo wyszła, to w sferze seksualnej wiedza ta okazała się znikomą. Jezus bowiem, czytając jej oczekiwania i pragnienia, połączył w idealną całość łagodność, delikatność, cierpliwość, zdecydowanie i męską żądzę. Jego usta i dłonie wędrowały po wszystkich częściach jej foremnego ciała: udach, pośladkach, płaskim brzuchu, szyi, dekolcie i piersiach, trafem znajdując się tam, gdzie w danej chwili tego zapragnęła. Wliczając zanurzenie się w jej spragnioną kobiecość.

   Nie spodziewała się, jak bardzo, po trwającej odpowiednio długo grze wstępnej, będzie chciała mu się oddać. I do jakiego stopnia część jego ciała w niej i reszta na niej - za nią, pod nią i znów za nią, i znów na niej - pochłonie jej duszę i uczyni ją seksualną niewolnicą. Że jeszcze bardzo długo będzie czerwieniła się na każde wspomnienie swojej otwartości i żądzy, by ją wziął, ile tylko razy i jak zechce. I że będzie szukać okazji, by tylko...

   Doznania seksualne, bazujące na prawdziwie głębokiej miłości, mogą sięgnąć sfery mistycznej - przypomniała sobie przeczytane gdzieś kiedyś zdanie, gdy wypełnił ją sobą po raz kolejny. Na tle wzgórków swych uniesionych pożądaniem piersi widziała Jezusa, opierającego dłonie o kolana jej rozłożonych nóg. To przybliżał się nieśpiesznie, to oddalał

w rytm dwóch słów "Love - you". Ciekawe - skojarzyło jej się niespodziewanie - dlaczego akurat angielskie słowa? I dlaczego w tym właśnie języku "żyć", to live  jest tak podobne do "kochać" to love, różnicą zaledwie jednej litery? Na jego twarzy, poprzez pragnienie ćmiące jej wzrok widziała pożądanie. Nacisk na kolana był raz silniejszy, raz trochę słabszy. Ale w miejscu jej ciała, które im obojgu sprawiało teraz najwięcej przyjemności, łącząc ich osobiste pożądania w jedno wspólne, odczuwała go najsilniej... 

Cdn. 

 

Voorhout, 24.06.2022

 

 

 

 

    

 

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

   Jak widać, nie wszystko możesz pomieścić w swojej wyobraźni. Masz więc okazję ją poszerzyć

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

. Powiedz mi więc, co myślałaś? Że skoro wprowadzam do powieści nie jedną, a pięć żon Jezusa, to czy wyłącznie po to, aby patrzyły Weń jak w obrazek?? To realny Bóg i realny człowiek-mężczyzna w jednej osobie. Idealnie boski i idealnie ludzki. A ta planeta z bujną roślinnością o duchowym charakterze to ukłon w Twoją stronę . 

   Ha, nie wiem jeszcze, jakie pomysły odnajdę w polu wszechwiedzy Wszechświata . Ale nadal liczę na Ciebie jako na czytelnik . 

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@WiechuJK

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

   Wiesławie, właśnie na to wygląda. Gdy spojrzymy na przykład na wynalazki Wielkich w sferze techniki, jak Leonardo da Vinci czy Nicola Tesla. Czy Michaił Bułhakow w sferze literatury. 

   Otwieram się, łączę i sczytuję pomysły na ekran telefonu ku czytelniczej satysfakcji Twojej, Somaliji i wszystkich innych, którzy będą czytać tę powieść

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

   Dzięki Ci bardzo, również pozdrawiam Cię serdecznie .

@Somalija

   Dlaczego dobrze? Jeszcze nie wiem, jak pokieruję akcją dalej . Mil jest wyłącznie człowiekiem, a Jezus jako Bogo-człowiek lub człowieko-Bóg może ożenić się, z kim zechce. Może Soa wolałaby go od Mila ?   

   Cudowna róża, jakże przyjemnie spojrzeć ...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne.    W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba.    Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.   Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.   Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.   Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.   - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?   - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy.    Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód.    - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty?    - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…   - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.   - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem.    Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną.    - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…   - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.   Ojciec roześmiał się ciepło.   - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.   Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.   - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna!    Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.   - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.   - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.   - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon.    - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie.    - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.   Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.   Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności.    Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.
    • @Nata_Kruk to prawda , te tak uważam.   
    • @huzarc.. to, co w wierszu, to .. trwanie... czasem cholernie  trudne, bo.......

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... na władzę przymykam oko.. ale być odpowiednią funkcją, czemu nie.
    • @Radosław   Bardzo dziękuję! Pozdrawiam. :)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... ponoć, jest jednak niepewność, a życie czasami potrafi pokrzyżować... Od tego.. my.. żeby prostować zawiłości
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...