Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Miasto w dużym kraju Ameryki Północnej. Bar fastfoodowy przy autostradzie. Dziesięć miesięcy od błysku.

 

- Czujecie ulgę, koniec nauki, wreszcie z tym spokój.

- Trzeba by chyba jeszcze gdzieś dalej się uczyć? Chciałbym

iść do szkoły samochodowej. Chciałbym naprawiać

motocykle.

- Przyjmij się do warsztatu, jest ich dużo, tam cię wszystkiego

nauczą, nie masz dosyć szkoły?

- No, zastanawiam się.

- A ty Logan, co teraz będziesz robił? Idziesz gdzieś

pracować?

- Sam nie wiem, coś chyba trzeba by zacząć robić? Pomyślę po

 wakacjach.

- Logan nie wie, bo Logan jest... zakochany.

 

Chłopaki wybuchli śmiechem. Logan się nie śmiał.

 

- Grabisz sobie, w tytę dostaniesz to się zamkniesz.

- Ech, piwko by się łykło.

- Nawet o tym nie myślcie teraz. Jedziemy do domu, zostawimy

motory i pójdziemy do pubu. Co powiecie?

- Nareszcie jakiś sensowny plan!

 

Trzech młodych motocyklistów zatrzymało się przy barze i kończyło jeść swoje burgery. Na rowerze przyjechała Ava. Logan zauważył ją przez szybę już jak stawiała rower przed fast foodem, ale nic nie powiedział.

 

- Chłopaki jedźcie beze mnie, chcę jeszcze tu chwile zostać, za

pół godziny dołączę do was.

 

Kumple Logana popatrzyli dziwnie na siebie, ale znali Logana i wiedzieli, że on wszystko robi po swojemu. Perspektywa napicia się piwa zadziałała na nich tak kusząco, że nie chcieli już zwlekać i pojechali. Logan właściwie nie wiedział dlaczego został. Dawno chciał przeprosić Avę, tylko nie wiedział jak to zrobić. Miał wyrzuty sumienia za to co zrobił. Nie wiedział czy Ava wie, że to on z Emily ją wtedy napadli. Ava go nie zauważyła. Bar był pełen ludzi. Logan patrzył na nią jak podchodzi do lady i zamawia burgera i kolę.

 

- Fajna ta Ava. 

 

Pomyślał.

 

- Taka dziecinna, ale ładna.

 

Ava wzięła swoje jedzenie na tacy, jednak przez roztargnienie zostawiła portfel na ladzie. Logan to widział. Już chciał reagować gdy stało się coś dziwnego. Za Avą stało starsze małżeństwo i mężczyzna zamiast oddać dziewczynie portfel, to schował go do kieszeni. Krew ze złości zarumieniła twarz Logana. Ava niemal natychmiast, po zrobieniu dwóch kroków, zorientowała się, że zostawiła portfel. Obróciła się i widziała jak facet go chowa.

 

- Proszę pana, to mój portfel, proszę mi go oddać!

- Leżał to wziąłem, skąd mam wiedzieć że to twój?

- No przecież widział pan, że go zostawiłam, są tam moje

dokumenty, moje pieniądze i karta kredytowa.

 

Gość otworzył portfel, wyjął z niego wszystkie banknoty, około 300 dolarów i oddał go dziewczynie a pieniądze schował do kieszeni.

 

- Sobie smarkulo pilnuj swoich rzeczy!

- Ale moje pieniądze, pan mnie okradł, moje wszystkie

pieniądze!

 

Ava zaczęła głośno krzyczeć wzbudzając sensacje w barze. Do rozmowy wtrąciła się jego żona:

 

- Jakie pieniądze? Tam nie było żadnych pieniędzy. Spadaj

mała!

 

Logan szybko podszedł do lady. Zignorował Avę, tak jakby jej nie znał. Oparł się o plecy starszego małżeństwa. Kobieta miała przez ramię przewieszoną dużą torebkę. Logan zagadał do obsługującej fast food kelnerki:

 

- Proszę pani, proszę pani! A za dolanie coli trzeba płacić czy

można sobie dolać?

- Możesz sobie dolać.

 

Logan odsunął się od lady i skinął na Avę, tak żeby małżeństwo tego nie widziało. Ava chciała wezwać policję, ale najpierw zapłakana podeszła do niego. Logan szepnął:

 

- Nic już nie rób tylko chodź za mną.

 

Bała się Logana. Napadu nigdy nie zapomni, ale za nim poszła.

 

- A ty co tu robisz?

- Ile ci zabrał?

- Całą moją kasę. Dostałam na 16-te urodziny. Prawie 300

dolarów.

 

Logan trzymał w ręku jakąś portmonetkę. Była pełna pieniędzy. Mogło w niej być kilkaset dolarów. Odliczył 400, stówę schował do kieszeni, a 300 dał Avie. Ava się przeraziła. Szeptała do Logana:

 

- Zwariowałeś? Okradłeś ich. Jeszcze ja mam być tego

wspólniczką?

- Bierz kasę bo jest twoja, zresztą nikogo nie okradam, zobacz.

 

Logan rzucił portmonetkę na podłogę i zawołał do małżeństwa, które już odchodziło od lady ze swoimi burgerami zapakowanymi na wynos. Facet zapłacił pieniędzmi Avy.

 

- Proszę pani, proszę pani czy nie wypadła pani portmonetka?

Bo tam leży!

 

Kobieta zaczęła nerwowo się rozglądać i przeszukiwać torebkę. Następnie rzuciła się na leżącą portmonetkę. Nawet nie podziękowała. Logan skinął na Avę, żeby wyszła z nim na zewnątrz. Tam też stały stoliki. Usiedli przy jednym z nich. Ava przyniosła swojego burgera i colę.

 

- Dzięki ci, chyba jestem zła, bo jakoś nie czuję wyrzutów

sumienia.

 

Ava się uśmiechnęła.

 

- Mam jeszcze dla ciebie prezent.

- Jaki znowu prezent?

 

Logan dał Avie kluczyk od Mercedesa. To musiał być jakiś drogi model bo kluczyk wyposażony był w jakieś duże, ogromnie skomplikowane urządzenie do otwierania i uruchamiania auta.

 

- Co to jest?

- Przecież widzisz, Mercedesa ci daję.

- Całkiem ci już odbiło, jakiego Mercedesa?

- To nie wiesz że faceci z klasą dają damom kluczyki do

Mercedesa?

- Chyba całego Mercedesa im dają a nie tylko kluczyki?

- No przecież, tam stoi, jest twój.

 

Ava zastygła w przerażeniu. Trzymała w ręku kluczyk a Logan pokazywał Mercedesa do którego zbliżało się starsze małżeństwo z którym przed chwilą miała do czynienia.

- Zwariowałeś, trzeba im to oddać!

 

Logan wyrwał dziewczynie kluczyk.

 

- Iiii, ty widać nie jesteś damą.

 

I wyrzucił z całej siły kluczyk w stronę nieużytku na którym rosły jakieś byliny, tak gęsto i tak wysoko, że znalezienie tego kluczyka w tej trawie wymagałoby chyba zatrudnienia do tego całego pułku policji... na tydzień.

 

- Logan, coś ty zrobił jak oni teraz pojadą!

 

Ava niemal krzyknęła, jednak po chwili przemyślenia cicho

powiedziała:

 

- A właściwie.

 

I uśmiechnęła się do Logana. Potem oboje siedzieli koło siebie i przyglądali się spokojnie nerwowej scenie, w której kobieta wyrzuciła całą zawartość torebki na wielką maskę pięknego nowego mercedesa, a facet darł się na nią tak głośno, że nawet ze stu metrów było to słychać. Ava jadła swojego burgera i nie bała się już Logana.

 

- Logan.

- Tak?

- Ty naprawdę chciałeś mnie zgwałcić?

- Wiesz, że to ja?

- Od pierwszej chwili wiedziałam, że to ty i Emily.

- To miał być tylko filmik, ona bardzo tego chciała, naprawdę

to nikt nie chciał cię gwałcić.

- Łudziłam się, że było tak jak mówisz.

- Ava tak było naprawdę. Przepraszam cię za to, to było durne.

Głupio mi.

- Dlaczego ona mnie tak nienawidzi?

- Zazdrości ci. Nigdy nie będzie taka mądra jak ty.

- Logan, dlaczego ty z nią jesteś? Ona jest zła.

- Nie wiesz jaka jest naprawdę. Ja też tego nie wiem. Nikt nie

wie. Ona walczy całe życie ze wszystkim i ze wszystkimi.

Choroba ją zmieniła, nie jest już taka jak kiedyś.

- Co z nią teraz? Cały fejs pisze, że pojechała do strefy.

- Ava, czy Bóg pomoże komuś takiemu jak ona w tej strefie?

- Przecież On tam pomaga każdemu bez względu na to czy jest

s dobrym czy złym.

- Martwię się o nią.

- Dlaczego? To chyba dobrze, że wróci zdrowa?

- Wiesz, od dwóch dni nie mam z nią kontaktu. Przedtem

dzwoniła kilka razy dziennie a teraz nie ma z nią żadnego

kontaktu.

- Może coś z telefonem, nie wiadomo jak tam jest.

- Ava, coś ci pokażę, tylko nikomu nie powiesz, ok?

- Ok.

- Zobacz, zanim zamilkła wysłała taki sms.

 

Logan wyciągnął telefon i pokazał jej treść sms-a:

 

 Przeproś wszystkich, kocham cię.

 

Ava i Logan popatrzyli na siebie.

 

- Dziwna sprawa.

- No właśnie. Byłem nawet u wujka Emily. Brata jej matki. On

też był zaniepokojony bo też stracił z nimi kontakt. Ale

dzwonił tam i mu powiedziano, że wszyscy w komplecie

dotarli i są w strefie.

 

 

Lotnisko w Europie i Albania. Dziesięć miesięcy od błysku.

 

Emily, Lily i ich rodzice wylądowali na bardzo dużym lotnisku w jednym z bogatych krajów Europy. Ojcu Emily szczegółowo zaplanowano podróż do Albani, wtedy jak kupował bilety lotnicze. Była ona tak zsynchronizowana, że powinni znaleźć się w pobliżu strefy na dobę przed planowanym terminem ich przyjęcia. Do tej pory wszystko szło planowo, jednak okazało się, że lot do Albanii, do miejscowości w pobliże strefy, został z jakiś powodów technicznych odwołany. W samolocie coś się zepsuło.

Ponieważ rodzina miała duży zapas czasowy, to zdecydowali udać się do hotelu i na drugi dzień w nocy polecieć innym samolotem do Tirany. Stamtąd powinno się udać dojechać do strefy jakąś komunikacją kołową. Jeździły pociągi oraz autobusy a awaryjnie można było wynająć samochód czy wziąć taksówkę. Jednak rodzinę zaczął prześladować pech.

W nocy okazało się, że samolot do Tirany poleci trzy godziny opóźniony. Rodzice znali zasady przyjmowania do strefy i wiedzieli doskonale, że w strefie muszą znaleźć się przed godziną 15 następnego dnia. Jeśli się spóźnią, choćby dwie minuty, to nie będą do strefy przyjęci i miliony na bilety pójdą na marne, o szansie wyzdrowienia nie wspominając. Ale mieli jeszcze dużo czasu. W końcu przylecieli do Tirany w dniu przyjęcia nad ranem. Choć musieli zdążyć do godziny 15, to na biletach napisano im, że mają wstawić się w strefie o godzinie 8 rano, czyli wtedy jak strefa zaczynała przyjmować chorych. Z Tirany do strefy było nieco ponad 200 km i spokojnie można było wynająć samochód albo wziąć taksówkę. Jeden z taksówkarzy przy lotnisku w Tiranie podjął się dowieźć ich do strefy, ale ponieważ było to daleko a on chciał dobrze zarobić na zagranicznych klientach to zażyczył sobie za kurs 300 dolarów. Dla ojca Emily, i to jeszcze w takich okolicznościach była to śmieszna suma, ale dla taksówkarza mała fortuna. Rodzina wsiadła do taksówki i pojechała. Taksówkarz uprzedził ich jednak, że ponieważ nie ma tam autostrad i drogi są słabe, to na ósmą nie zdążą. Będą jechać cztery godziny i będą w strefie około 9 rano, co według niego nie stanowiło żadnego problemu bo woził on już wielu ludzi do strefy i wiedział, że trzeba wstawić się tam do 15. Jednak Emily zaczęła po drodze bardzo się denerwować aż w końcu histeryzować, że się spóźnią:

 

- Niczego porządnie nie umiecie załatwić. Mogliśmy jechać

 dzień wcześniej. Co będzie jak się spóźnimy? Do końca życia

będę musiała jeździć na tym wózku.

- Emily, weź się uspokój. Przecież pan powiedział, że na

pewno zdążymy. Mamy dużo czasu.

 

Ojciec zwrócił się do taksówkarza:

 

- Czy na pewno zdążymy?

 

On słabo znał angielski, ale zrozumiał i powoli, prostymi słowami, bardzo słabą angielszczyzną, zaczął tłumaczyć, że dobrze zna drogę, że wie ile potrzebuje czasu i dokładnie wie gdzie ma jechać, bo już tam jeździł i że na pewno będą na miejscu na wiele godzin wcześniej niż to konieczne. I wtedy matka Emily wpadła, na jej zdaniem genialny pomysł:

 

- A może dałoby się wynająć jakiś mały samolot? Bylibyśmy

dużo szybciej!

 

Zaczęto wypytywać taksówkarza czy wie gdzie jest małe lotnisko i można wynająć samolot. Taksówkarz się zdenerwował, ale powiedział:

 

- Mister, była umowa, ale jak wy chcieć, to ja jechać na

lotnisko gdzie mały samolot.

- A samolot? Czy tam będzie samolot?

- Nie wiem, jest piąta rano.

 

Emily natychmiast podjęła temat:

 

- Na lotnisko, powiedz mu, że ma jechać na lotnisko!

 

W końcu tak zdecydowano i taksówkarz zamiast wieźć ich do strefy to zawiózł ich na małe sportowe lotnisko w Tiranie. Kazano taksówkarzowi czekać a ojciec poszedł zrobić rozeznanie. Taksówkarz powiedział:

 

- Mister, my gubić czas. Autem jest ok.

 

Ojciec udał się do małego budynku w którym zarządzano lotniskiem. Przy monitorze komputera drzemał tam młody mężczyzna.

 

- Czy pan zna angielski?

- Tak, a o co chodzi?

- Muszę pilnie z rodziną dostać się do strefy. Czy jest jakiś

samolot albo helikopter który może nas tam zawieźć?

 

Mężczyzna się zastanawiał.

 

- Helikopterów tu nie mamy. Kiedy chcecie lecieć?

- Natychmiast.

- Po co się tak spieszyć? Macie cały dzień.

- Jak mamy lecieć samolotem, to od razu.

- A ilu was jest?

- Czworo, plus bagaże.

- Zadzwonię do kogoś i zapytam się.

 

Mężczyzna wziął telefon i rozmawiał dłuższą chwile z kimś po albańsku a potem trzymał telefon nie rozłączając się.

 

- Natychmiast, to on może was zawieźć, ale za 5 tys. dolarów.

- 5 tysięcy, dlaczego tak drogo?

- Mówi, że jak ma być natychmiast to za 5 tysięcy, inaczej nie

poleci.

- Ile potrwa lot?

- Niecałą godzinę, ale stamtąd gdzie wylądujecie będzie

jeszcze 20 km do strefy. Wylądujecie na polu bo tam nie ma

lotniska. On już tak robił. On w czasie lotu załatwi wam, że

ktoś was stamtąd zawiezie do strefy. Mówi, że na pewno

zdążycie na ósmą.

- Zgoda, to kiedy odlatujemy?

- On będzie tu za 15 minut i od razu polecicie.

 

Mężczyzna potwierdził to przez telefon i się rozłączył. Odprawiono taksówkarza i rodzina czekała na samolot. Po 20 minutach przyjechał pilot w średnim wieku. Słabo mówił po angielsku. Po kolejnych kilku minutach pilot wraz z tym, który siedział przy komputerze, otworzyli wielkie wrota hangaru i spośród wielu samolotów i szybowców jakie tam stały, wytoczyli obaj chyba najmniejszy ze wszystkich.

Okazało się, że samolot ma tylko cztery miejsca, dwa z przodu i dwa z tyłu. Następnie pilot podjechał do samolotu traktorem, do którego doczepiona była mała cysterna. Pilot podłączył wąż i zaczął ręczną pompką pompować paliwo do samolotu. Trwało to kilka minut. Widać było, że ta czynność wyraźnie go zdenerwowała. Następnie pilot odstawił cysternę i poszedł do biura w którym był ten, który przed chwilą mu pomagał. Ojciec Emily słyszał, że przez dłuższą chwilę kłócili się głośno po albańsku. Nic z tego nie zrozumiał. Następnie pilot przyszedł już spokojniejszy i kazał rodzinie wsiadać do samolotu. Ponieważ w samolocie nie było wystarczającej ilości miejsc, to ojciec usiadł z przodu a Emily z matką z tyłu. Lily siedziała u matki na kolanach. Za fotelami pilot upakował bagaże, było ich sporo. Samolot był mocno obciążony. Następnie usiadł na swoim miejscu za sterem. Ojciec zapytał:

 

- Mamy spadochrony?

 

Pilot zrozumiał.

 

- Nie mamy, nie będą potrzebne. Dużo ważą.

 

Pilot uruchomił silnik, po krótkim rozgrzaniu skierował się na trawiasty pas startowy a następnie, po bardzo długim rozbiegu, z ryczącym na maksymalnych obrotach silnikiem, z trudem uniósł się w powietrze. Rodzina odetchnęła z ulgą. Lot wydawał się bezpieczny i miał być bardzo krótki. Pilot, czym dłużej lecieli, wydawał się coraz bardziej zdenerwowany. Nie zgadzała mu się prognoza pogody. Owszem miał wiać przeciwny wiatr, ale około siedmiu węzłów a wiało ze trzydzieści a w porywach to i ze czterdzieści. Po pewnym czasie skupił już całą swoją uwagę na jednym przyrządzie. Pilot powtarzał w myślach słowa kłótni sprzed czterdziestu minut z operatorem lotniska:

 

- Dlaczego w bańce nie ma paliwa?

- Spadochroniarze wczoraj wylatali. Dużo ich było. Szykują

się do zawodów.

- To jak ku..a mam lecieć? Bez paliwa?

- Jest zamówione. O dziewiątej będzie, tak jak zawsze. O tej

porze lotnisko jeszcze jest nieczynne. Jak nie masz, to

poczekaj aż przywiozą.

- Wkurzasz mnie. Raz na rok trafi się dobry klient a w tym

burdelu nie ma paliwa!

 

Pilot pomyślał potem, że za taką kasę to choćby na oparach. Nie ma opcji, żeby przepuścić taką okazję. Ojciec Emily zapytał pilota:

 

- Jak długo jeszcze polecimy?

- Dwie minuty, jeszcze kilka kilometrów, zaraz lądujemy.

 

W tym momencie silnik się zakrztusił i z powrotem zaczął pracować. Pilot nerwowo pokręcił jakąś gałką. Silnik znowu zaczął się krztusić. Tym razem nie wrócił już do normalnych obrotów tylko zaczął przerywać i wracać na wolne obroty, następnie znowu przerywać i znowu wracać na obroty. Samolot leciał na wysokości 300 metrów i zaczął gwałtownie tracić wysokość. W końcu silnik zgasł. Pilot nerwowo próbował go uruchomić. Silnik na chwilę zaskoczył, ale znowu zgasł. Już więcej nie zapalił. Matka Emily zaczęła głośno krzyczeć. Szybko szybowali nad gęstym lasem i szybko tracili wysokość. Słychać było świst powietrza a w dole widać już było korony poszczególnych drzew, które bardzo szybko się przesuwały. W pewnej chwili z lasu wyłoniła się mała polana. Pilot krzyknął po albańsku:

 

- Tam wylądujemy, trzymać się!

 

Następnie gwałtownie zniżył lot powodując, że samolot jeszcze przyśpieszył. Emily wyciągnęła telefon z tylnej kieszeni spodni i szybko coś pisała. Samolot przyziemnił na polanie, ale na zatrzymanie się nie było już miejsca. Z całym impetem uderzył w grube pnie drzew, gęstego lasu.

 

................................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie ma znaczenia dla treści opowiadania. Lecieli ze Stanów, no to pewnie gdzieś wylądowali. Może Paryż albo Frankfurt. Nawet o tym nie myślałem :)

@Dziadek grafoman No sorki, lecieli z Kanady

 

@Dziadek grafoman Fajnie, ze czytasz moje opowiadanie. Elena i Petia były Bułgarkami. Dziadek czyli Peter Sokol  i zielarka Hana również. Emily i jej rodzina pochodzili z Kanady.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...