Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pewnego dnia postanowiłem wyjechać z wycieczką szkolną, na Planetę Myślącej Wody. Stałem z kolegami na kosmodromie i czekałem na przylot naszego statku. Po chwili usłyszeliśmy donośny głos zawiadowcy:

  

Uwaga! Uwaga! „Tylżycki Nadprzestrzenny” lecący przez „Planetę Kłaczatych Wirusów” do „Planety Myślącej Wody” wyląduje na stanowisku U1. Proszę zachować ostrożność.

   

Gdy pojazd wylądował, otworzyły się drzwi rękawa i wessało nas do opustoszałej kabiny głównej. Miała ona wiele iluminatorów oraz trzydzieści pięć foteli pneumatycznych. Wszystkie znajdowały się przy oknie, ponieważ statek miał kształt wrzecionowaty. Oświetlony był starodawną lampą elektryczną. Usiadłem na fotelu, który dostosował się do moich kształtów. Po chwili otrzymaliśmy pozwolenie z wieży kontrolnej. Start nastąpił planowo. Pokrywa statku cudownie błyszczała w promieniach zachodzącego słońca.

 

Przez najbliższe dwie godziny nie działo się nic szczególnego. „Tylżycki Nadprzestrzenny” bez przeszkód opuścił Układ Słoneczny. Kolejne dwadzieścia sekund, komputer pokładowy o imieniu: „Zuziu” obliczał parametry skoku. Przebiegł on w miarę pomyślnie, gdyż zgodnie z trajektorią konika szachowego. Po jakimś czasie statek wszedł na orbitę „Kłaczatych Wirusów” a po dwóch godzinach wylądował.

 

Wypchnęło nas na zewnątrz. Tubylcy wielkości bochenków chleba oraz małe tubylątka o wyglądzie maślanych bułeczek, radośnie podskakiwały na nasz widok, wiewając kłaczkami. Po uściśnięciu macek i rozładowaniu poczty, Ziuziu dał znać migającym zniczem, byśmy powrócili do pojazdu. Po wyjściu z pola przyciągania planety, wykonał kolejny skok na skróty w kierunku celu naszej wycieczki. Po dwudziestu dwóch minutach zredukował prędkość, do stu kilometrów na godzinę.

 

Statek powoli zwalniając, przystąpił do lądowania na planecie „Myślącej Wody.” Lądowanie nastąpiło bez przeszkód. Wyszliśmy na zewnątrz, by powitać mieszkańców, a tu ich, ani widu ani słychu. Dopiero po chwili, z różnych zakamarków, wypełzło w naszym kierunku pełno różnokolorowych stworów, o strukturze wodno galaretowatej. Widać było, że chcą z nami rozmawiać, ale nie mają za bardzo czym.

 

Na szczęście każdy z nas posiadał elektronicznego, wszechstronnego tłumacza. Dzięki tym urządzeniom, wiadomo było, co tam luźne żelatynki, bąblą i bulgoczą. A bulgotać umiały. O tak! Całe pół godziny słuchaliśmy w milczeniu. Mówiły o przeszłości i życiu codziennym. Wytłumaczyły na przykład, że im woda bardziej myśli, tym bardziej się ścina w galaretkę, a jak wcale nie myśli, to lodowacieje. Natomiast po roztopieniu, jest już tylko zwykłą woda.

  

Kiedy gospodarze przestali bulgotać, poczęstowali nas obiadem, składającym się wyłącznie z ryb. Później wsiedliśmy do małego autobusu powietrznego, w celu zwiedzenia planety. Były na niej domy w kształcie: zlewek, szklanek, samowarów i puszek. Małe tubylątka pluskały radośnie na placu zabaw, pełnego różnych: lejków, probówek, rur, wężów, wazonów, czajników, a nawet muszli klozetowych.

 

W autobusach latających nie było siedzeń, ponieważ tubylcy nie mieli stałego kształtu, lecz mogli nim władać dowolnie, tak samo jak kolorami, które zmieniały się ustawicznie, poprzez różnorodne załamywanie światła. Po zwiedzeniu większości obiektów, znaleźliśmy się w Muzeum Biologi. Była tam napryskana na ścianach: ewolucja wody. Od wolnych gazów, przez zwykłą wodzę, aż do galaretowatej, myślącej.

 

Po pożegnaniu z gospodarzami, udaliśmy się na pokład naszego statku, który wzniósł się na wysokość czterystu metrów nad powierzchnią „Myślącej Wody.” Nagle stała się rzecz najmniej spodziewana. Zuziu dostał chwilowej czkawki oraz zanik pamięci i „Tylżycki Nadprzestrzenny” zaczął dryfować w kosmosie, jak kulawa żaba w stawie. Po godzinie udało nam się wczytać pamięci awaryjną. Pomogła ona odtworzyć komputerowi poprzednią pamięć.

 

Jednak do dawnego kursu, musieliśmy wrócić za pomocą sterowania ręcznego, bo program takiego przypadku chorobowego nie uwzględniał. Zajęło to pół godziny. Po powrocie na właściwy kurs, sterowanie statkiem przejął ponownie „Zuziu” bez pytania nas o zgodę. Z radości, że mu się polepszyło, wykonał kolejny skok, na szczęście w kierunku Ziemi. Gdy statek zaczął się zbliżać do Układu Słonecznego, komputer zmniejszył prędkość, do minimalnej prędkości kosmicznej. Nie minęła godzina, a byliśmy w „Przedpokoju Ziemi.’’ Na orbitę weszliśmy bez żadnych zakłóceń. Gdy wieża kontrolna dała pozwolenie na lądowanie, statek zaczął opadać na stanowisko kosmodromu. Po wylądowaniu, każdy z nas udał się szybko do domu, bo jutro mieliśmy też lecieć. A gdzie, to było niespodzianką.

 

*

Wyobrażaliśmy sobie, że „Tylżycki Nadprzestrzenny” przelatuje przez własną żółtą dziurę, a on tylko lśnił w blasku ojczystego Słońca i aż dziwne było, że stoi w miejscu.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      z tym zdaniem jest coś nie tak, proponuję zamiast staje się napisać jest, albo zamienić na cięższy. Bardzo dobry tekst.
    • @Migrena  dziękuję za raki odbiór. Pozdrawiam serdecznie.
    • @hollow man  Wiersz wręcz reporterski , brak metafor , sugestywny tytuł. Bez oceny. Mamy tu książkę i niedopitą herbatę, miękkie światło.  .Kobieta pozuje, leży swobodnie, patrzy z czułością.  Powstaje obraz. Pozdrawiam. 
    • Zegar wskazywał już późny wieczór, a w biurze było prawie pusto. Klawiatura komputera stukała w ciszy, wypełnionej tylko szumem klimatyzacji. Karolina siedziała przy biurku, zgarbiona, ze wzrokiem utkwionym w nieskończonej liście e-maili. Każdy nowy komunikat był jak kamień wrzucony do jej już przepełnionego kosza. Nadmiar obowiązków, terminów, nieodpowiedzianych telefonów – wszystko zlewało się w jeden gęsty, nieprzenikniony chaos, który zaciskał się wokół jej umysłu. Patrzyła na ekran, ale nie była w stanie przetworzyć żadnej z informacji. Dłońmi masowała czoło, próbując złapać oddech, ale powietrze wydawało się ciężkie, duszące, jakby każda myśl ważyła tonę. Czuła się, jakby była zatopiona w oceanie zadań, który wciąż się rozrastał, pochłaniając ją coraz bardziej. Wzrok jej błądził, zatrzymując się na półce z filiżankami do kawy, które teraz wydawały się zupełnie nieistotne. Dźwięk telefonu, który nagle zadzwonił, wytrącił ją z zamyślenia, ale tylko sprawił, że poczuła się jeszcze bardziej osamotniona w tym niekończącym się wyścigu. – Tak, Karolino, jeszcze jedno zadanie – powiedział głos w słuchawce. – Będzie trzeba to zrobić na wczoraj. W jej głowie tylko wzbierała cisza. Każdy kolejny dzień stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Przytłoczenie jest jak ciemna chmura wisząca nad głową, która nieustannie rośnie, aż w końcu zapełnia całą przestrzeń. To nie tylko brak czasu, ale nadmiar tego, co musimy zrobić – rzeczy, które wkradają się w nasz umysł, jak hałas, który nie pozwala usłyszeć własnych myśli. Zbyt wiele do zrobienia, za mało przestrzeni na oddech – każdy obowiązek staje się coraz bardziej ciężki, jak kamień na plecach, który zdaje się rosnąć z każdą godziną. Czasem przytłoczenie to nie tylko wielka lawina zadań, ale cichy proces, który wkrada się w naszą codzienność. Niezauważenie przestajemy oddychać pełną piersią. Zamiast żyć, zaczynamy tylko reagować, próbując dotrzymać kroku temu, co nieustannie nas goni. Tłumione emocje, zapomniane potrzeby – wszystko to staje się jednym wielkim ciężarem. Jednak przytłoczenie nie jest nieuniknione. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się nie do pokonania, może okazać się tylko falą, która w końcu opadnie, jeśli pozwolimy sobie na moment zatrzymania. Bo przytłoczenie nie jest końcem. To jedynie sygnał, że trzeba zwolnić, posłuchać siebie, oddzielić to, co naprawdę ważne, od tego, co jest tylko dodatkiem. W chwilach, gdy czujemy się przytłoczeni, nie musimy walczyć z ciężarem. Możemy go puścić, oddać to, co nie jest naszym, i znaleźć w sobie przestrzeń do oddychania. To w tej ciszy rodzi się spokój, który pozwala znowu zobaczyć, że życie nie jest serią niekończących się zadań, ale podróżą, w której to, co najważniejsze, może odbywać się w rytmie serca, a nie w tempie zegara.
    • w ostatnim zdaniu brakuje a miedzy tym, a tym (obietnicą?),  osobiście zrezygnowałbym ze zwrotu w pożyciu i z początku w całym zadaniu. Czyżby młode lata filmowego "Och Karol" ?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...