Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

W zachodzącym słońcu wszystko jest pomarańczowe, ściany kamienic, bloków, czarny do niedawna asfalt… Ciemniejące niebo z obwiedzionymi liliowym różem obłokami…  Przygaszone, jednokolorowe, kładące się powoli do snu… Rozleniwienie narasta z każdym krokiem… Chodnikowe płyty, kocie łby… - krawężniki z równo przyciętych fabrycznie ciosów… Szum i warkot przejeżdżających samochodów, woniejąca mdławo chmura spalin jakiegoś starego pojazdu… Zgrzyt i stukot tramwajów… autobusy… autobusy… tramwaje… - błyskające żółtymi neonami taksówki… Hałaśliwy skuter wiozący pizzę… Krok za krokiem… Ściany kamienic, rzeźbione głowy lwów, bogów, kolumnady w jońskim, korynckim stylu… Ściany kamienic szare, obdrapane, pomazane sprejami zapuszczone rudery…  Coraz większy mrok… Zapalają się pierwsze latarnie, błyskające w oczy światła samochodowych lamp… Pulsujące żółtawe, czerwone punkty… Migoczące na niebiesko koguty wyjących karetek sprawiają efekt stroboskopu… W związku z tym tracę przytomność, upadając plecami w cuchnący, zabagniony rynsztok…

 

Jak długo leżałem? Nie wiem… Trąca mnie w odrętwiale stopy przepływająca obok rzeka przechodniów… Noc. Spogląda na mnie smutna, księżycowa twarz… Drobne krople deszczu ściekają z samochodowych szyb, sklepowych witryn, migających nerwowo neonów… blichtr… Woń rozgrzanej skądś smoły miesza się z przypalonym tłuszczem… Nieruchome, wpatrzone w niebieskie ekrany smartfonów twarze homo smartfonicus… Deszcz, wciąż deszcz…

 

Osacza mnie nawała zimnych, ostrych kropel… Zacinające smugi w żółtawym świetle ulicznych latarni, migaczy, postojowych świateł… Sznur stojących pojazdów, toczących się powoli blaszanych stworów, które zmierzają gdzieś do swoich smoczych jam -  unieruchomiony taśmociąg betonowego mechanizmu… Narasta w moich uszach szum i szmer toczącej mnie śmiertelnej gorączki… Pod stopami buzuje krwiobieg, plątanina rur, uchodząca tu i tam gorąca para… Deszcz, wciąż deszcz… Łoskot żelaza idzie poprzez szarość mroku. W blasku acetylenu spawacze tną żelazne pręty w akompaniamencie warkotu ciężkiego, gąsienicowego sprzętu… Smukły żuraw obraca się powoli, zatrzymuje… - cofa… Wyrasta konstrukcja z betonu i stali… Blaszane ogrodzenie zasłania widok… W niebiosach narasta huk odrzutowca… - cichnie… Przerasta go szum padającego deszczu… Unoszę twarz… Na twarzy maska klauna i jedna łza… Wokół szum i szmer przejeżdżających samochodów, klaksony, pokrzykiwania… Książkowe wystawy z uginającą półki literacką szmirą, oceaniczne muszle, precjoza, cacka… Kawiarnie, cuchnący klejem szewski zakład, krawieckie poprawki, kawiarnia, księgarnia, bar… Podążające donikąd rzesze wpatrzonych w niebieskie ekrany homo-smartfonicus… Urojone wizje… Przedmioty jarzą się jakimś wewnętrznym światłem… Skąd to światło? Sen, nie-sen… Jawa, nie-jawa? Ćwiczę zamykanie i otwieranie powiek. Nachodzą na czoło spienione chmury… Skłębione, nasiąknięte chłodem, mówiące coś do nikogo sine, umarłe widma…

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2021-11-22)

 

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...