Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

4

  Przekroczyłam próg domu, gdy słońce dopiero wschodziło na niebo. W jednej dłoni dzierżyłam walizkę, w drugiej zaś kluczyki do czerwonego Fiata 500. Nigdy nie opuszczałam Wyoming, a za chwilę miałam usiąść za kierownicą i przejechać w samotności wiele setek mil. Moje ciało drżało, lecz trudno mi określić czy z podniecenia, czy ze strachu. Czekała mnie długa droga.

  Miałam jeszcze szansę, by się wycofać, wejść z powrotem do domu, rozpakować się i pójść spać, zapominając o Odetcie, jednak podjęłam decyzję wsiadając do samochodu i odjeżdżając w towarzystwie mapy leżącej na siedzeniu pasażera.

 

  Mijałam lasy, pola i małe wsie. By nie czuć się samotnie, słuchałam radia. Pełne werwy piosenki zmieniały się z monotonnym głosem prezentera wiadomości.

  Mknąc szosą przez las sosen, dostrzegłam pod skrzynią biegów niedbale rzuconą paczkę papierosów. Znużona podróżą sięgnęłam po nią. Czerwone Marlboro. Nigdy nie pomyślałabym, że babcia Millan kiedykolwiek zapaliła papierosa. I ja również, z nudów i ciekawości, zapaliłam. Dym, który wpłynął do moich płuc podrażnił mi gardło, wywołując atak kaszlu tak intensywny, że na moment straciłam panowanie nad kierownicą. W porę jednak opanowałam się, by powstrzymać auto przed zjechaniem w dół na poboczu. Spróbowałam zaciągnąć się raz jeszcze; choć nie krztusiłam się już, przełyk wciąż mnie piekł. O dziwo, polubiłam ten cierpki, gorzki smak. Pozwalał mi zająć czymś głowę, do której napływały tysiące myśli i scenariuszy tego, co się stanie, gdy zobaczę Odettę. Pozwalał mi wyciszyć się i umilał czas, gdy sunęłam przez puste pola.

 

  Po wielu godzinach jazdy zmęczenie dało mi o sobie znać. Oczy piekły mnie od niewyspania, a plecy bolały od siedzenia w jednej pozycji przez cały dzień. Musiałam jednak jechać dalej, mając po swoich obu stronach łąki i rosnące przy drodze drzewa, podczas gdy noc mijała nieubłaganie szybko. Kiedy zatrzymałam się przed przydrożnym motelem, spojrzałam na zegarek. Dochodziła czwarta nad ranem.

  Trzask zamykanych drzwi samochodu rozniósł się echem po pustym parkingu. Przyjrzałam się budynkowi. Był to obskurny niski blok, ciągnący się parę metrów w prawo. Tam zapewne znajdowały się pokoje. Do szarych ścian przylegała pleśń, okna przesłonięte były czerwonymi firanami. Tuż nad drzwiami wejściowymi zwisał pająk. Minęłam go i weszłam do środka.

  Wnętrze wyglądało równie odstręczająco. Ściany w kolorze jesiennych liści i czerwone kanapy zlewały się ze sobą. Na złotobrązowej wykładzinie odznaczył się kurz i rozrzucone po niej śmieci.

  Obudziłam śpiącego portiera, uderzając w dzwonek leżący na blacie. Starszy mężczyzna podskoczy i podniósł głowę. Zdezorientowany przebiegł wzrokiem po recepcji. Poprawił okulary, które zsunęły mu się w dół nosa.

  - Tak? – zapytał. Wyglądało na to, że nie spodziewał się gości o tej porze.

  - Chciałabym wynająć pokój – oznajmiłam.

  - Trzydzieści – odparł portier i wyprostował się na krześle.

  Położyłam pieniądze na ladzie, a on przeliczył skrupulatnie banknoty, mimo iż były one tylko trzy, po czym podał mi klucz do pokoju numer dwanaście.

  Weszłam na długi korytarz, który tak, jak recepcja tonął w czerwieni. Zmrużyłam oczy. Ściany zdawały się wydłużać w miarę, jak stawiałam kolejne kroki. Żarówki rzucające szkarłatną poświatę na dywan sprawiały, że pomieszczenie stawało się ciemniejsze, niż powinno być.

  Pokój mi przydzielony znajdował się na samym końcu, a jego wnętrze było skromne, ograniczające się do zagospodarowania przestrzeni jedynie najpotrzebniejszymi przedmiotami. Łóżko stało prostopadle do drzwi, a równolegle do okna ozdobionego ciemnymi zasłonami. Zza szyby widoczny był cały parking i lampa ustawiona przy drodze, której żarówka na przemian gasła i rozświetlała ulicę. Zaszyta w kącie, niska przezroczysta gablota pełniła zapewne funkcję szafy i stolika.

  Zamknąwszy za sobą drzwi spostrzegłam, że nie zabrałam ze sobą walizki. Nie przejęłam się tym. Byłam zbyt wyczerpana, by się przebierać, a nikt raczej nie siliłby się na kradzież walizki pełnej ubrań z bagażnika samochodu zaparkowanego pośrodku pustkowia.

  Zapaliłam lampkę i usiadłam na łóżku. Rozłożyłam na pościeli mapę. Szczęściem, droga, którą jechałam prowadziła niemal nieprzerwanie prosto i bez trudu mogłam określić swoje położenie. Westchnęłam i rzuciłam się na poduszki. Miałam przed sobą jeszcze co najmniej dwa dni drogi.

 

  Mimo morderczego wręcz zmęczenia, które mną władało, nie byłam w stanie zasnąć. Myślałam o Odetcie. Zastanawiałam się, co jej powiem, kiedy ją zobaczę. Czy w ogóle ją zobaczę. A jeśli okaże się, że trafię na puste pole? Co jeśli wszystko, czego dowiedziałam się o siostrze przez ostatnie dni było kłamstwem? A jeśli jej nie odnajdę? Wtedy wrócę do domu skonana i przytłoczona największym zawodem, jaki doświadczę w życiu. Zakryłam twarz dłonią i odetchnęłam. Miałam dość gdybania. Mogłam tylko zgadywać, co miałoby się stać i nie byłam w stanie na to wpłynąć.

  Moje rozmyślania przerwał szmer, który usłyszałam nagle za oknem. Nie była to gałąź stukająca w szybę, ani samochód przejeżdżający po żwirze. Brzmiało to tak, jakby ktoś przesuwał długimi paznokciami po ścianie. Ktoś stał na zewnątrz. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Przestałam czuć się bezpiecznie.

  Dźwięk zbliżał się do okna, a zza nie do końca zasuniętych firan wyłonił się cień. Z przestrachem podniosłam się na łóżku. Dziecięcym odruchem skryłam się pod kołdrą, choć wiedziałam, że jeśli włamywacz dostanie się do środka, żaden sposób mnie to nie ochroni. Wtem afryt zatrzymał się. Miałam szansę przyjrzeć się mu.

  Była to sylwetka kobiety, nieco pochylona, z garbem u nasady nosa i włosami spiętymi w niski kok. Wokół niej latało stado motyli. Przetarłam oczy, by upewnić się, że to, co widzę jest prawdą, czy też zmęczony mózg przyprawił mnie o przewidzenia.

  Nim zdążyłam po raz drugi obarczyć wzrokiem zarys kobiety, ta zniknęła.

  Zbliżyłam się do okna i odsunęłam zasłonę. Jednak gdy wyjrzałam na zewnątrz, zobaczyłam jedynie czerwonego Fiata 500 babci Millan stojącego samotnie na parkingu.

 

  Zbudziły mnie promienie słońca wpadające gęsto do pokoju. Kiedy otworzyłam oczy potrzebowałam chwili, by dotarło do mnie, gdzie jestem. Rozbudziwszy się, spojrzałam przez szybę w miejsce, w którym stał mój samochód. Wtedy też przypomniałam sobie, co widziałam w nocy. Czy może był to tylko sen? Na jawie nie istnieją ludzie, do których motyle lgnęłyby jak do ognia tak, jak lgnęły do tamtej kobiety…

 

  W takim motelu jak ten, w którym zmuszona byłam zostać na noc nie oczekiwałam, że otrzymam rankiem śniadanie. Zresztą, jak mogłabym spodziewać się hotelowych luksusów w motelu przeznaczonym na spędzenie jednej nocy? Ruszając w dalszą drogę musiałam zadowolić się jedną z kanapek, które przygotowałam jeszcze w domu.

  Bezustannie myślałam o Odetcie. Nie byłam w stanie pozbyć się z głowy brzmienia jej imienia. Kilka razy odruchowo musnęłam palcami szyję, jakby krzyż ze złota wciąż do niej przylegał, jednakże łańcuszek tkwił w walizce leżącej w bagażniku za moimi plecami.

   Modliłam się. Modliłam się niemal cały czas: o to, by ojciec przeżył na froncie, by mama i babcia Millan pozostały bezpieczne pod moją nieobecność, bym odnalazła Odettę tam, gdzie babcia kazała mi jej szukać. Przez wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich dniach zapomniałam o tym, co dla mnie ważne. Przestałam radzić się Boga, nie zważałam na to, czy grzeszę swymi czynami. A zgrzeszyłam. Okłamałam matkę, zniknęłam, nie zostawiając jej nawet wiadomości spisanej na kartce. Uciekłam. Pozwoliłam, by zamartwiała się i wypłakiwała przeze mnie oczy. Stałam się egoistką.

  - Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną – zacytowałam szeptem.

  Do kogo modliłam się, gdy odprawiałam z babcią rytuał nad świecą? Kto miał spełnić życzenie, które złożyłam, paląc kartkę w płomieniu? Zadygotałam. Jak mogłam zgodzić się na odprawienie pogańskiego obrzędu? Gdybym mogła, przyłożyłabym do ust paciorek różańca i przeprosiła Boga w modlitwie.

 

  Na drodze, którą wybrałam motele były rzadko spotykanymi obiektami. Już po pierwszej nieprzespanej nocy przestałam liczyć godziny mojej podróży. Wieczory były chłodne, a spanie na siedzeniach samochodu było dla mnie mordęgą. Musiałam wyprzeć z siebie zmęczenie i bóle pleców, które doskwierały mi bez ustanku, by brnąć dalej przez puste szosy, ale dzięki temu znalazłam się w Coppermine szybciej, niż się spodziewałam.

  Odetchnęłam z ulgą, gdy postawiłam samochód na parkingu pod supermarketem i wysiadłam, by rozprostować nogi. Gdy stanęłam na asfalcie, rozejrzałam się. Miasteczko tętniło kolorami. Jaskrawe szyldy rzucały się w oczy, wystawy za szybami sklepów zachęcały do wejścia. Chodnik był wypełniony ludźmi, w większości młodymi, trzymającymi się w swoich własnych grupach.

  Głód dawał mi o sobie znać. Przełknęłam ślinę, która zbierała się w moich ustach. Zapasy, które przygotowałam skończyły się kilka godzin wcześniej, a żywienie się przez cztery dni jedynie chlebem nie służyło mojemu żołądkowi. Musiałam zjeść coś treściwego, a przede wszystkim ciepłego.

  Miejsce, w którym się zatrzymałam było zapewne centrum miasta. Idąc wzdłuż ulicy mijałam markety, sklepy odzieżowe i stoiska z pamiątkami. Co rusz zatrzymywałam się, by obejrzeć wystawy i przedmioty prezentujące się przed straganami.

  Moją uwagę przykuła ponad półmetrowa figurka Maryi stojąca za szybą jednego ze sklepów. Podeszłam bliżej, by się jej przyjrzeć. Matka Boska zwieńczała ekspozycję porcelanowych aniołów, wszelkich wydań Pisma Świętego, łańcuszków, krzyży i różańców. Właśnie tego było mi trzeba, by pozbyć się wyrzutów sumienia, które mąciły mój umysł – różańca, na którym mogłabym odmówić modlitwę.

  Kilka minut później wyszłam ze sklepu, niosąc w dłoni papierową torebkę. Stanąwszy na chodniku przebiegłam wzrokiem po dzielnicy, zastanawiając się, co robić dalej. Kątem oka dostrzegłam wysoki, jaskrawożółty szyld. Zmrużyłam oczy, a kiedy przeczytałam napisane na nim czarnymi literami „danie dnia”, omal nie podskoczyłam z radości.

  Wnętrze restauracji wyglądało podobnie, jak wszystkich w Kanadzie: popękane ściany były niewprawnie pomalowane żółtą farbą, blaty stolików zdobiły ceraty w czerwoną kratę, dopasowane do skórzanych kanap; za barem korpulentna kobieta o zdrożnej twarzy czyściła kufel do piwa, obserwując salę. Było to puste miejsce, zajęte były zaledwie dwa stoliki – jeden przez dwójkę młodych ludzi, drugi zaś przez szczupłą starszą kobietę o cienkich włosach i ustach zaciśniętych w wąską linię.

  Zajęłam miejsce przy oknie, chcąc mieć widok na ulicę. Kiedy podano mi menu, bez zastanowienia zamówiłam na wpół wypieczony stek. Kelnerka odeszła, a ja rozłożyłam przed sobą mapę. Choć byłam w miejscu, do którego dążyłam, opuszczając dom, nie był to kres mej podróży. Teraz musiałam odnaleźć miasteczko nieistniejące na mapie. Wątpiłam w to, by prowadziła tam którakolwiek z głównych dróg, ścieżka mogła być ukryta między drzewami lub zarośnięta przez trawę. Pomyślałam, że ktoś z miejscowych mógłby mnie poprowadzić.

  Przebiegłam wzrokiem po sali. Kobieta i mężczyzna, którzy zajęli miejsce w najdalej wysuniętym od drzwi kącie byli pochłonięci rozmową, wstydziłam się im przerywać. Spojrzałam na starszą kobietę siedzącą nieopodal mnie. Wyglądało na to, że nie oczekiwała niczyjego przyjścia.

  Staruszka była tak zajęta jedzeniem zupy, że nie zauważyła, kiedy podeszłam.

  - Dzień dobry – przywitałam się i dopiero wtedy podniosła wzrok, lecz nie odpowiedziała. Ściągnęłam brwi, podczas gdy ona lustrowała mnie od góry do dołu, oceniając i przeklinając mnie w duchu a przerywanie jej posiłku – Nie przeszkadzam? Mogę się przysiąść? – uśmiechnęłam się dobrotliwie, ściskając w dłoni mapę, obawiając się, że kobieta odprawi mnie, chcąc dokończyć posiłek w spokoju.

  - Jedyne, w czym możesz mi przeszkodzić, to w jedzeniu zupy, dziecko – odparła wreszcie, a jej cienkie usta wykrzywiły się w dracznym uśmiechu. Odetchnęłam.

  - Chciałam zapytać… - zaczęłam, siadając naprzeciw seniorki – Czy zna pani może drogę do Orhill?  

  Łyżka w wysuszonej dłoni zawisła między zupą, a wąskimi wargami. Ciemne oczy spojrzały w głąb moich.

  - Orhill? – powtórzyła. Kiwnęłam głową, a ona ponownie wbiła wzrok w stół, siorbiąc powoli zupę. Cisza między nami trwała tak długo, że zaczęłam żywić obawę co do tego, czy otrzymam jakąkolwiek odpowiedź.

  - Tak, znam drogę do Orhill – powiedziała po dwóch dłużących się okrutnie minutach. Wypuściłam powietrze, które trzymałam w napięciu w płucach. Jej pamięć musiała najwyraźniej pracować nie tak sprawnie, jak w młodości – Ale nie rozumiem, dlaczego ktoś taki, jak ty chciałby tam jechać…

  - Co ma pani na myśli? – uniosłam brew.

  - Nie przypominasz tych wszystkich dziwaków, co tam mieszkają – powiedziała, wymachując łyżką. Uchyliłam się przed lecącymi w moją stronę kawałkami warzyw z zupy – Zresztą jest tam nie więcej, jak pięćdziesięciu mieszkańców. To malutka wieś. Dobrze, że spytałaś mnie, a nie tamtych – mówiąc to, wskazała na parę siedzącą w kącie.

  - Dlaczego? – zapytałam.

  - Większość młodych tutaj nie wie nawet o istnieniu tej wioski. Zupełnie o niej zapomniano. Gdy byłam mniej więcej w twoim wieku napływało tam dużo kobiet. Tak, jak ty pytały o drogę, ale, jak Boga kocham, nigdy nie widziałam tam mężczyzny! Nie jestem nawet pewna, czy widziano kogokolwiek stamtąd u nas. Dziwne miasteczko, naprawdę dziwne – staruszka pokręciła głową, jakby wyrażała swoją dezaprobatę. Przysłuchiwałam się jej opowieści z dreszczem na plecach. Tak dokładnie zgadzała się niektórymi historiami babci Millan, że aż trudno było mi w to uwierzyć. Brak mężczyzn, jedynie kobiety, sąsiadki babci sprzeciwiające się jej małżeństwu. Czyżby naprawdę rozprzestrzenił się tam tak szeroko pojęty mizoandryzm? Czy część  opowieści babci była prawdziwa?

   Rozłożywszy mapę, wyciągnęłam drżącą dłoń trzymającą ołówek w jej stronę.

  - Mogłaby pani zaznaczyć drogę? – zapytałam, a ona kiwnęła głową.

  - Musisz jechać tą drogą, ale uważaj, żeby nie przegapić ścieżki. Nie jestem pewna, czy jest na tyle szeroka, żeby zmieścił się na niej samochód, a z tego co wiem, dalej są bagna – tłumaczyła, przesuwając ołówkiem po mapie. Uważnie śledziłam grafitową rysę powstającą na papierze – Gotowe.

  Odebrałam ołówek i zwinęłam mapę, dziękując kobiecie. Wstałam od stolika w samą porę, bo w miejscu, które zajęłam wcześniej kelnerka postawiła właśnie jedzenie.

  Podczas posiłku nie odrywałam wzroku od wyrysowanego na papierze planu miasta, zwracając szczególną uwagę na drogę wyznaczoną przez starszą nieznajomą, która chwilę temu opuściła lokal. Trasa nie wydawała się być trudna, pomijając bagna, o którym wspomniała kobieta, ale aby zobaczyć siostrę byłam w stanie pokonać każdą przeszkodę.

  Wyjrzałam przez okno. Jeśli wyruszyłabym bezzwłocznie, zdołałabym dotrzeć do Orhill jeszcze przed zmierzchem. Westchnęłam. Z przejedzenia i ze zmęczenia nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca. Musiałam się jednak przełamać. Niemal dotarłam do celu, jak mogłabym się poddać?

  - Im szybciej dotrę, tym lepiej dla mnie – powiedziałam do siebie, podnosząc się. Odpoczynek czeka mnie w domu.

  Rzuciłam pieniądze obok pustego talerza, chcąc jak najszybciej wyjść. Nie poprosiłam o rachunek, ale zapamiętałam cenę, czytając menu.

  Nietrudno było mi znaleźć samochód. Restauracja znajdowała się w tej samej przecznicy, co supermarket górujący wielkością, kolorami i jaskrawym szyldem nad wszystkimi innymi sklepami. Usiadłam za kierownicą i wyjechałam z miasta.

 

  Znaki drogowe zastąpiły wysokie polne trawy, a gdy skończyłam odmawiać modlitwę asfalt zasnuł się mgłą tak gęstą, że nawet reflektory nie były w stanie jej rozproszyć. Przewiesiłam różaniec przez szyję. Serce zdawało się chcieć wyrwać się z mojej piersi. Zawładnął mną strach. Wyobraźnia pracowała poza moją kontrolą. Kątem oka widziałam cienie mknące na równi z autem, każdy ptak przelatujący nieopodal sprawiał wrażenie, jakby zmierzał wprost na przednią szybę. Zacisnęłam dłonie mocniej na kierownicy.

  - Uspokój się, Nilce – rozkazałam sobie – Boisz się rzeczy, które nie istnieją.

  Sięgnęłam po paczkę papierosów. Do tej pory wypaliłam ich już sześć. Zapaliłam siódmego. Dym drapał mnie w gardło i podrażniał oczy. Powstrzymałam kaszel i przetarłszy powieki, odsunęłam szybę. Odetchnęłam. Nikotyna pozwoliła mi  odzyskać równowagę.

  Mgła zagęszczała się, jakby mieszała się z obłokami dymu palonego tytoniu. Zerknęłam na siedzenie pasażera, gdzie leżała rozłożona mapa. Pokonałam trasę szybciej, niż się spodziewałam. Gdzieś niedaleko miała znajdować się ścieżka.

  Świat wokół mnie pokrył się beżem. Z samochodu byłam w stanie zobaczyć jedynie lusterka. Nie miałam wyjścia – musiałam iść pieszo.

  Zaparkowałam auto jak najbliżej trawy w obawie, że ktoś mógłby w niego uderzyć, gdyby stał na jezdni. Szłam wzdłuż szosy, obserwując to swoje stopy, zważając na każdy krok, to na pole po prawej stronie, wypatrując ścieżki. Mogłoby się zdawać, że gdzieś niedaleko trwa pożar, a bladożółta poświata, która przesłania widok jest dymem unoszącym się znad płomieni. Wiatr poruszał trawami, stwarzając pozór ukrytych wśród nich dzikich zwierząt, oczekujących, by rzucić się na ofiarę: bezbronną, kroczącą z daleka od cywilizacji. Ofiarę taką, jak ja.

  W miarę jak oddalałam się od czerwonego Fiata 500, znikającego powoli z mojego pola widzenia, traciłam nadzieję, że uda mi się znaleźć ścieżkę. Niewykluczonym było, że mogłam minąć ją jadąc samochodem lub nie zauważyć pod wysoką trawą.

  Z każdym przebytym przeze mnie metrem wysuszone trawy zmieniały się w drzewa. Świerki jodły i sosny stały zwarte obok siebie, prócz jednego rozwidlenia, pustej przestrzeni między pniami. Moje serce zabiło szybciej. Czyżbym znalazła to, czego szukałam? Z zawierzeniem rzuciłam się do biegu, a zatrzymałam się dopiero, gdy moja stopa trafiła na wilgotną, wydeptaną ziemię. Była to szeroka na dwie osoby ścieżka usłana kamieniami. Wytężyłam wzrok. Korony drzew były tak gęste, że przez ciemność, którą kładły na drogę mogłam zobaczyć tylko wejście do lasu.

  Powolnym krokiem ruszyłam przed siebie. Wiatr ustał, jedynym dźwiękiem, jaki rozlegał się wokół mnie było delikatne uderzanie moich obcasów o podłoże.

  Zbliżając się do lasu, zauważyłam, że coś wyłania się zza drzew. Podskoczyłam ze strachu, usłyszawszy nad sobą krakanie wrony. Popatrzałam w górę. Trzy ptaki krążyły nade mną, niczym sępy czekające na pustyni na śmierć odwodnionego zwierzęcia, po czym odleciały w bór. Powiodłam za nimi wzrokiem. Czarne punkty zmniejszały się, a skrzeczenie cichło, choć nie ustało, bowiem ponownie zaczęły nad czymś krążyć. Raz jeszcze spojrzałam na drzewo, na którym wcześniej zawiesiłam oczy. Wśród traw pojawiła się nagle postać o sylwetce kobiety. Mimo przerażenia podeszłam bliżej.

  Ciało jej okalał czarny płaszcz, perfekcyjnie zlewający się z mrokiem lasu. Kaptur zasłaniał jej twarz, nie śmiałam go podnieść. Wysuszone palce wskazywały na ścieżkę, którą przyszłam, jakby każąc mi, bym zawróciła. Wrony latały wokół niej, siadały na ramionach i głowie, kracząc donośnie i obserwując mnie, a ona ani drgnęła. Zaśmiałam się do siebie rozbawiona swoją płochością. Przeraził mnie strach na wróble! W dodatku bardzo niepożyteczny, skoro ptaki tak do niego lgną, dodałam w myślach.

  Zaczęło się ściemniać. Nie mogłam tracić czasu na oglądania stracha na wróble. Nim jednak zdążyłam zrobić choćby krok, usłyszałam szelest z prawej strony. Odwróciłam głowę, a gdy we mgle zobaczyłam znikającą sylwetkę sarny, odetchnęłam z ulgą. Po raz kolejny obawiałam się dzikiego zwierzęcia, czekającego na odpowiedni moment, by pozbawić mnie życia i pożywić się moim ciałem.

  Zmarszczyłam brwi, obserwując rozpływające się zwierzę. Nagle doznałam deja vu. Czułam, że już kiedyś brałam udział w tej scenie. Byłam tego pewna. Jednakże gdybym miała w tej chwili rozmyślać i próbować przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach przeżyłam coś podobnego, mogłabym stracić cały wieczór, a wędrowanie po lesie w ciemnościach było ostatnią rzeczą, której pragnęłam. Musiałam iść na przód. Byłam tak blisko, że nie było już odwrotu. Raz jeszcze rzuciłam okiem na stracha na wróble i weszłam między drzewa.

 

  Moje nogi raz po raz zatapiały się w błocie, a złote pantofle zmieniły kolor na brunatny. Robiło się coraz chłodniej, a nie zabrałam ze sobą walizki, w której trzymałam wszystkie ciepłe ubrania. Marzłam z przemoczenia i przez wiatr, który przewiewał mnie niemal do kości. Marzyłam, by dotrzeć w końcu do cywilizacji. Cieszyłam się każdym promieniem słońca, który na mnie padał, ocieplając nieznacznie moją skórę. Choć maszerowałam zaledwie pół godziny, moje stopy pokryły się pulsującymi boleśnie odciskami. Raz tonęłam w bagnie, następnie wspinałam się na śliskie skały, nie mogąc znaleźć prostszej drogi.

  Po niemal godzinnej wędrówce coś zamajaczyło przede mną na horyzoncie. Dom! Niewielka, pomalowana na biało chatka z jednym oknem. Nareszcie dotarłam! Rzuciłam się do biegu. Potykałam się o korzenie i kamienie, chwytałam się pni drzew, by utrzymać równowagę, ale nie zwalniałam tempa. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w miasteczku, które było już tak niedaleko ode mnie, znaleźć Odettę i powiedzieć jej to, co planowałam powiedzieć jej przez całą podróż.

  Białe ściany budynku zbliżały się do mnie, kiedy znienacka poczułam szarpnięcie. Przez ułamek sekundy czułam się, jakby ktoś wciągnął mnie w przepaść, potem czułam tylko ból w skroni.  

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • ... albo znacie - film "Outlander"? We wyreżyserowanej w 2008 roku przez Howarda McCain'a historii, opartej na scenariuszu napisanym wspólnie z Dirk'iem Blackman'em, najważniejsze są trzy osoby: Kainan, Freya i Eric. Imię pierwszej, zagranej przez Jim'a Caviezel'a, łatwo skojarzyć z nazwiskiem reżysera; Imię drugiej, kreowanej przez Sophia'ę Myles jest tożsame z nordycką boginią miłości, płodności, wojny i magii. Wreszcie Eric: zdawałoby się imię jak imię, wybrane jednak celowo, chociaż ta właśnie filmowa postać jest chłopcem - pochodząc bowiem z języka staronordyckiego, oznacza "wiecznego władcę" lub kogoś "zawsze potężnego".    Powtórzę: zdawałoby się historia jak historia, napisana i nakręcona, by dać zarobić wszystkim zaangażowanym w jej powstanie. Jest jednak głębszą, niż może wydawać się na - czy też po - pierwsze obejrzenie. Oto kosmita z planety, której nazwa nie zostaje w filmie wymieniona, wraz z towarzyszami atakuje ziemię zamieszkałą przez drapieżniki zwane Morwenami, zabija je ogniem z nieba (patrz zdanie z filmu) i niszczy ich świat dla własnej korzyści. Dokładniej celem zyskania ziemi, albo - by nawiązać do obecnie trwających w naszym świecie wydarzeń, że tak je łagodnie nazwę, a zarazem do tychże sprzed lat kilkudziesięciu - budowy wielkiego państwa lub zyskania narodowej przestrzeni. Przypomina ona - historia owa - z pewnością tę przedstawioną przez James'a Cameron'a w "Awatar'ze". Przypomina - niestety także,  określenie "nie tylko" jako astosowne jest nie na miejscu - wspomniane uprzednio wydarzenia.     Jakże to ludzka historia i jakże ludzki punkt widzenia - rzecz oczywista, reprezentowany przez osoby niskoenergetyczne: wpaść na pomysł zagarnięcia cudzej przestrzeni i urzeczywistnić go ze świadomością mordowania mieszkańców tejże przestrzeni, przy czym w żadnym stopniu przejmując się ową świadomością. O zabijanych nie mówiąc: to konieczność. Istotne, że chcemy tego właśnie my. Nam wolno.     Oczywiście jest to opowieść i ludzka: Cainan - pora teraz na następne skojarzenie, z Conanem Barbarzyńcą mianowicie, bynajmniej tylko imienne - zakochuje się we Frey'i. Czy trzeba dodawać, że z wzajemnością? Nie trzeba, prawda? W przeciwnym razie nie byłoby historii bądź istniejąca w ten sposób, w zbyt małym stopniu gwarantując oczekiwaną oglądalność niezbyt przypadłaby ona widzom do umysłów. Nadmieniony zaś wcześniej Eryk zostaje usynowiony. Scenariuszowe te fakty ujmuje jedno z końcowych zdań: "Wziął sobie żonę i chłopca, którego usynowił".     Jest w "Outlander'ze" - zaznaczę tu, że znacznie bardziej podoba mi się tłumaczenie "Inoziemiec", będące wcale na równi z "Cudzoziemcem" - jeszcze jeden wątek. Celowo posadowiony na końcu filmu , moim zdaniem właśnie dla zwrócenia nań stosownej uwagi. Oto główna bohaterka - że to ona, wskazuje brzmienie głosu - wypowiada zdanie: "Kainana przysłali bogowie". Nie tyle chodzi o to, iż nie odpowiada to tegożfilmowej prawdzie - Kainan wszak opowiedział Freyi o sobie, skąd pochodzi - ile o pochodzeniowe związki nas ludzi z istotami z innych światów. Na co wyraźnie wskazują sumeryjskie historie o Anunnaki, opowieści Dogonów, legendy Kaczynów czy - wraz z innymi mitologiami i panteonami od Wschodu do Zachodu, zwłaszcza hinduistycznym - ta nordycka dawnych Skandynawów. Podobieństwa działań bogów, jak ich w owych mitach rozmaitych ludów nazywano, z poczynaniami starotestamentalnych Nefilim są uderzające. Z przekąsem wspomnę czasem zdarzający się brak kobiecej wiary w męskie słowa, co akurat w przypadku Freyi miało miejsce. Ale może była to kwestia jej interpretacji, dodania sobie wartości, że wiąże się uczuciowo i małżeńsko z bogiem. A może Kainan, nie dopytany, nie powiedział jej wszystkiego? Może i jemu było miło zostać uznanym za boga?    Inoziemiec. Outlander. "Cudzoziemiec", jak główny bohater jest określany do chwili przyjęcia do wikińskiej społeczności, stanowiącej podstawę i tło akcji, nim zaczęli oni zwracać się do niego po imieniu. Patrząc na obecny świat i spoglądając na jego historię - przy założeniu, że ta prezentowana w oficjalnej nauce jest prawdziwa w sferze stoczonych bitew i wojen - trudno nie zadać pytania, jak wiele w Ziemioludziach - Ziemianach - owego "Ino". "Out". "Cudzo".     "Czyńcie sobie Ziemię poddaną"? Stworzeni "na obraz i podobieństwo"? Hm. Czy stan świata, wynikający ze wymienionego w uprzednim zdaniu stworzenia "na obraz i podobieństwo" nie świadczy dobitnie o niskiej energii zbyt wielu tuziemców?     Autor niniejszego opowiadania miewa czasem następującą myśl. Jeżeli ci, którzy do tej pory śpią, nie obudzą się lub nie zechcą wejść do grona czy może już nawet społeczności Przebudzonych czy Świadomych, to kto wie, czy Ziemia, świadoma istota - Gaia,  jak nazywali ją starożytni Grecy - nie czeka już, aby oddzielić ich dusze od sfery fizycznej? Wiedząc, że bez nich będzie jaśniejszą i o wiele bardziej pozytywną energetycznie przestrzenią? Samowymieniony na początku tegoż akapitu Autor bynajmniej zdziwiłby się, jeśli dla wielu byłby to przedostatni - a może nawet ostatni - tak zwany Wielki Piątek.      Kartuzy, 3. Kwietnia 2026
    • @Jacek_Suchowicz I żyli długo i szczęśliwie…. Na Twoje zakończenia zawsze można liczyć.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Pozdrawiam serdecznie. I Wesołych Świąt.
    • @Stukacz

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Wydzierał się i wydzierał, albowiem chciał swoje, czyli to co jego, tak, co jego właśnie, wydrzeć watasze zasępionych wilków, zwanych „północnymi”. I wydziergał w tym celu hasło w niewiele znaczącym i dość obojętnie oraz w gruncie rzeczy lakonicznie prowadzącym się zeszycie formatu A5. Wydarł kiedyś z niego kartkę, na którą z czasem i embarrasem wdarła się ważna treść.      Warszawa – Stegny, 03.04.2026r.  
    • @[email protected] dziękuję, *** bazie w koszyku... ***
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...