Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Od pewnego czasu Natalia przechodziła przez potworną katorgę, ponieważ jej siostra – Kamila – bez opamiętania trzaskała czekoladą. Znienacka wyłamywała zębami kolejne kostki czule inaczej tuż przy uchu znerwicowanej Natalii, która to w obawie przed zawałem serca, zaczęła praktykować relaksy przeróżne głębokie.

Sole kąpielowe, kojący śpiew tukanów, automasaże, ciepłe kąpiele, mantry jogistyczne, masaże kamieniami. Kamila jednak szturmowała siostrę czekoladą bez ustanku, częstotliwość niemożebnego trzaskania narastała, więc zbiedzona i pełna bladaczki siostra zamówiła sobie wizyty masażysty i to jako tako rekompensowało stresy.

Co więcej Kamila dokooptowała do operacji ojca, Tomka, aby i on trzaskał czekoladą. Oszukała go, że w ten sposób sprawi Natalii przyjemność.

Kamila była rosłą dzierlatką i uprawiała jazdę figurową na łyżwach. Czyniła to razem z nieco starszymi kuzynami Sieciechem oraz Jessiką. Przygotowywali się do amatorskich zawodów uniseks, pożerali mnóstwo protein i nagabywali Natalię przy każdej sposobności, aby i ona z nimi „nakurwiała płozą”. Zwłaszcza, że Natalia była rzadką posiadaczką „łyżew mentalnych”. Widać to było gołym okiem, ponieważ chodziła w powietrzu jak na niewidzialnych koturnach.

Wszyscy obecnie byli studentami różnych kierunków i wszyscy oprócz Natalii bardzo cenili „kindersztubę”, czyli najogólniej mówiąc wypowiadanie się do rozmówcy w pełnej poszanowania manierze podczas podtrzymywania dyskusji.

 

Pewnego dnia Natalia relaksowała się w salonie swego domostwa, kreśląc na papierze ósemki. Wyobrażała sobie, że ma autyzm i że to jest jej sposób na rozładowanie wewnętrznych napięć. Taka myśl zawsze wzmagała u dzierlatki poczucie relaksu.

Coś lekko uderzyło o okno, bodaj kropla deszczu, nie wytrąciło to jednak Natalii ze swych wyobrażeń o autyzmie. Uderzenia o szkło ponawiały się jednak i po paru momentach dziewczyna zreflektowała się, że to nie może być deszcz, bo tak hardaszczo woda nie wchodzi przecie w interakcję z szybą, niemożliwość po prostu.

Zaciekawiona podeszła do okna. Na dole w ogródku stał wujek Ziga, przybyły podróżnik z dalekich miejskich krain. Pomachał Natalii.

Wpuściła go, bo reszta rodziny pojechała do miasta po baterię do dzwonka do drzwi, który przestał działać, stąd też Ziga ciskać musiał o szkło kamieniami z ogródka.

Natalia wiedziała, że ta niedziałająca bateryjka to sprawka Kamili, pewnie wyssała z niej energię językiem. Takie wypady do miasta zawsze kończyły się wyżerką do syta w miejskiej dzielnicy gastronomicznej, co oprócz hokeja było głównym hobby Kamilki.

Teraz wujek Ziga stał już w pokoju Natalii i podziwiał obrazki, które narysowała i rozwiesiła na drzwiczkach szafy.

– Wiesz, tu kolory są zbyt blade, nie widzę w tym mięsistości! – komentował i przechodził do kolejnego obrazka.

Natalii przeszło przez myśl, że to wystawa dziewczęcych obrazków, a nie wędlin w sklepie mięsnym.

– Tu wyraźnie anatomia ci siadła, to jakiś detektyw? Jedno oko wyżej, drugie niżej, mogłabyś bardziej starać się o realizm. Groteska i inne finezje? Bitch, please… to było dobre w epokach zamierzchłych, teraz w sztuce dominuje dbałość o detale i prawdziwość! Płótno musi wybrzmieć potęgą piękna rzeczywistości!

To nie płótno, to są kartki papieru – Natalia może w rysowaniu starała się odbiegać od realiów, jednak w świecie głowy pozostawała zimną suczą dbającą o precyzję wypowiedzi.

Samotnicze jestestwo Natalii skowyczało do nieba, aby rodzina wróciła już z miasta i zajęła się nadaktywnym w swej krnąbrności wujem. Modły zostały wkrótce wysłuchane i już niebawem stali razem na parterze w salonie.

– Jest i bateria, Ziga, ale z tym dzwonkiem szopka – wzniósł opakowanie bateryjek Tomek, ojciec Natalii i Kamili.

– Bateria! U, U, U! – podłapał Ziga, doskoczył do szwagra i jął okładać go przyjacielsko pięściami po klatce piersiowej.

Zaśmiewali się.

– Kama, Nati, zabawcie swego wuja, my z Anetką przygotujemy szybko jakieś przekąski – rzekł Tomek. – Ziga! Trzeba było ostrzec, że będziesz… zanim coś przyrządzimy nalej sobie czegoś z barku.

– Och, tyle że mam numer tylko do Natalii, a ta z jakichś niejasnych i na pewno wydumanych przyczyn nie odbierała smartfona! – powiedział z wyrzutem. – Jesteś bardzo niedobrą bratanicą, ciuś ciuś, Nataleczka, ciuś ciuś! – Przejeżdżał palcem wskazującym po drugim wskazującym, jakby obierał marchewkę. Natalia czuła się co najmniej zmieszana.

– To ja ci już podaję swój! – zadeklarował się Tomek.

– Nie! – Zygmunt wyciągnął dłoń. – Chcę mieć tylko numer do Natalii! To jest klimatyczne! Chcę, żeby to była ona, właśnie ona, łącznikiem między naszymi pod-rodzinami! Natalio, to na tobie będzie spoczywać ta odpowiedzialność! Musisz odbierać moje telefony, nie stosuj więcej żadnych pseudo-uników!

Natalia nie wiedziała, jak zareagować, speszyła się jeszcze bardziej.

Tomek wzruszył ramionami.

– Twoja decyzja.

Tomek i Aneta zniknęli w kuchni.

Kamila i Natalia siedziały na kanapie, Ziga przed nimi za stołem. Słychać było świerszcze za oknem, choć to zima. Zygmunt zaczął wykonywać młyńce kciukami, gwizdał, spojrzał w górę.

– Macie niczego sobie sufit, czy mówił to wam już ktoś wcześniej? – spytał.

– Parę osób, tak, tak… – wydukała Kamila.

Zgęstniałą niezręczność kroiłbyś nożem. Może gdyby nie powtórzyła tego „tak”, byłoby choć trochę luźniej. Milczenie trwało, kciuki Zygmunta furkotały w powietrzu.

– No skoro krewniaczki nie chcą mnie zabawić, to chyba czas sięgnąć do barku!

Zadowolony nalał sobie whiskacza. Nalał również Kamili i Natalii i podał im po kielonku. Ziga wziął eleganckiego łyka.

– Natalio, nie żałuj sobie, nie żałuj sobie niczego, dziewczyno! Twoje studia są wymagające, potrzebujesz się wyszumieć w czasie wolnym! – zachęcał wuj.

Natalia zbroczyła tylko nieco usta, nie miała teraz ochoty na trunki wyskokowe. Było koło trzynastej. Kamila z kolei tylko mieszała alkohol, kręcąc nadgarstkiem jak magnat u przyjaciela na popijawie.

– Kamilo, proszę cię, nie chcesz być jak James Bond? On pijał wstrząśnięte, niemieszane, a ty sobie mieszasz trunek. Nie będziesz jak James Bond przez to!

– Ale lubię mieszać, mieszać, mieszać.

– No chyba że tak. Pełen szacun. A lubisz kiełbasę lub cegły?

– Zależy od permutacji.

– Spoko. Spoko, brachu, czuję twoje zwrotki. – Ziga wspinał się na wyżyny młodzieńczości.

Próbowali kultywować kindersztubę, ale nie każdy winien się tym zajmować.

Zygmunt wziął solidniejszego łyka.

– No dobra, patrzcie na to! Ziga was zabawi! Tylko nie mówcie rodzicom, że to zrobiłem, sztama?

– Sztama! – obie na raz odparły.

Zygmunt wessał tonę whiskacza prosto z butelki, a potem jeszcze ze swojego kieliszka, tak że wychłeptał do dna. Podniósł palec, skupiły moc wzroku na przepełnionych alkoholem policzkach wuja. Policzki wróciły do stanu płaskiego, czyli trunek opadł do żołądka. Ziga jednak nagle pochylił się, zatkał jedną dziurkę od nosa, a z drugiej strzelił całym płynem na blat stołu.

Kamila zbladła. Natalia jednak zaśmiała się i zaczęła klaskać jak trzpiota ogłupiona narkotyczną siłą męskości.

Ziga potrafił transportować płyny wyskokowe z jamy ustnej do zatok.

Źle się jednak złożyło, że akurat do salonu weszli Tomek i Aneta.

– Oho… a co tutaj się stało? – Tomek spochmurniał. Piękny stół pokryty był wystrzelonym z nosa płynem.

Natalia i Kamila milczały, przecież obiecały, że nie powiedzą, sztama tutaj odeszła.

– Kamila pluła we mnie alkoholem!!! – Ziga natychmiast wskazał bratanicę.

Co śmieszne tylko jego kieliszek był pusty. Zrobiło się naprawdę niezręcznie.

– To… może my was jeszcze zostawimy na moment – rzekł Tomek.

Udali się z ANetką na stronę. Naostrzyć pal dla Zygmunta i przygotować łańcuchy na działce.

Znów zapadła niezręczność, podsycona niedawnym zajściem. Kciuki Zigi kręciły młyńce.

– No to jak to Kamilo jest w końcu. Lubisz cegły?

– Wujek pije do konkretnych cegieł czy do konstruktu jako takiego cegieł?

– Jezusie Chrystusie Maryjny i Boże Przenajlmiszy Mój Najdroższy! – podniosła głos Natalia. – Jeszcze milisekunda tej jebanej kindersztuby, a wyzwolicie we mnie ogromne pokłady antykindersztuby! Kontrast, kurwa, mocium panki, kontrast! A tego byście, moi umileni krewni, nie chcieli!

Po chwili wrócili rodzice, pogaworzyli, pośmiali się z Zygmuntem, a potem powiedzieli, że niestety, ale muszą zakuć go w kajdany na działce. Za pobrudzenie stołu.

Niespodziewana wizyta krnąbrnego wuja dobiegła końca. Gdy jeszcze w korytarzyku chwilę tak sobie na odchodnym pogaworzyli, Ziga nagle wyjął tabliczkę czekolady i trzasnął nią tuż obok ucha Natalii.

– No do chuja, wujek! – Kryzys Natalii się pogłębiał. –  Czy Kamila wujkowi też skłamała, że to mnie ucieszy?!

– W żadnym razie. Dała mi po prostu dwie dychy. – Zygmunt pomlaskał czekoladą i schował sobie resztę na wieczór. – Dobra, to widzimy się pewnie pod wieczór, może jakiś seansik machniemy, co, młode?

Kamila zmarszczyła czoło.

– Jak to pod wieczór?

– No przecież będę odbębniał karę u was na działce.

– Ach, no tak. I co, wujek się tak na to zgadza?

– Przecież nabroiłem. Każdy nasz czyn znajduje ujście w konsekwencjach. Wieczorem będę pewnie spał w gościnnym, ale przekradnę się do którejś z was i zrobimy sobie wujkowo-bratanicowy seans! U, U, U! Seans! – Uderzył się w klatkę jak goryl.

– Ach, nie, wujek nie zrozumiał – klarowała Kamila. – Będzie wujek spał w kajdanach i obroży w tej kanciapie na działce.

Zygmunt na moment strapił się, lecz od razu poweselał.

– A więc aż tak nabroiłem! – Zaśmiał się.

– Tu nie chodzi o stopień nabrojenia. Po prostu takie są zasady.

Parę momentów później Natalia i Kamila popijały herbatę na balkonie przy salonie i obserwowały jak nieopodal, po drugiej stronie przedmiejskiej uliczki, Tomek i Aneta zakuwali wujka w łańcuchy pośród działkowych krzewów. To było mgliste, klimatyczne popołudnie.

– Kamila – Natalia szczęknęła filiżanką, odstawiając na spodeczek. Wyrafinowaną metodą odstawiła talerzyk na stolik między nimi. – Naprawdę nie podoba mi się twoje zachowanie. Nie wiem, co ta twoja główka sobie ubzdurała, ale spróbuj przekabacić jeszcze jedną osobę, żeby trzaskała czekoladą koło mojego ryja, to pomogę Zygmuntowi w pieleniu działki, ale zamiast grabek użyję twojego cielska. Usztywnię cię sznurami i będę ryła w glebie twoim ryjem, twoimi szkaradnymi zębami.

Kamila promiennie się uśmiechała niczym niewinny źrebak i miło spoglądała na swą siostrę.

Dopiły w spokoju herbatkę. Kamila próbowała kindersztubowych podejść, ale Natalia bez słowa raczyła się piciem i spoglądała ku działce. Wreszcie zabrały zastawę i zamknęły balkon. Natalia została w salonie sama. Przezierała wzrokiem przez ażurową firankę, rodzice nadal byli z Zygmuntem. Zwykle to tyle nie rwało, musieli mieć jakieś problemy z zapięciem kajdan.

Natalia tak naprawdę w głębi serca bardzo podziwiała Zygmunta. Gdy tak śledziła, jak rodzice przypinali go łańcuchem do obręczy przytwierdzonej do kanciapy, docierało do niej gromkimi obrazami, jaki to los jest nieprzewidywalny. Wujek Ziga będzie teraz dosłownie na wyciągnięcie ręki przez pewnie najbliższy miesiąc.

Po policzku Natalii spływała łza. Dziwna łza ulgi, szczęścia, a nawet wyzwolenia.

 

Natalia napompowała opony swych terenowych rolek, w uszy wpuściła tęskne bity nocnej muzyki. Wybrała się na wojaż samotnego wilka po wertepach pobliskiej ścieżki rowerowej. Zapuściła się w głuszę, w morze drzew, niczym wielorybnik skory do spontanicznych łowów.

Gdy dotarła na szczyt wzgórza poza miastem, piłując w rolkach jak Szatan na sterydach, uwolniła stopy z pojazdów i oparła plecami o pień jesionu.

Westchnęła tęsknie, wspominając, jakie to szczęście, że po drodze nie rozjechała żadnej norki tudzież łasicy. Jazda nocą po lesie ze słabą czołówką to zupełnie nie w stylu Natalii, ale co mogła zrobić, gdy zew przygody wzywał.

Uniosła głowę ku niebu, przezierając wzrokiem na księżyc i gwiazdy poprzez gęstą siatkę listowia. Rozpieszczona pędem grzywka powiewała trącana nocnymi zefirami. Natalię brało na śmiech – odkryła właśnie swój autorski sposób na przemożną relaksację układu nerwowego. Tak ostatnio nadwyrężonego czekoladowymi trzaskami siostry.

Rolki w terenie nocą z akompaniamentem tęsknych bitów, w których gotycka wampirzyca woła za swym wampirzym kochankiem, którego brzydcy wieśniacy nakarmili czosnkiem.

Cóż poza tym jest bardziej kojącego niż mroczne, wilgotne knieje, w które zagłębić się można całym swym jestestwem?

Po powrocie Natalia położyła się na biurku i za karę za nieroztropną jazdę po ciemku oślepiała się przez kwadrans powziętą z blatu lampką. Cóż za konstruktywna, samokrytyczna osobowość.

Ułożyła się wreszcie spać, a przez zabawy z lampką jeszcze długo, długo wielokolorowe ciapki majaczyły w polu widzenia.

Edytowane przez WiatrŚwietlny (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Jestem w pracy. Lecę na Marsa. Misja wojskowa, kontrakt zawodowy. Eter w próżni gra mi w uszach melodię o czarnoksiężniku na Księżycu. W karczmie „Rzym” nie byłem już dawno. Pewnie z Marsa nie wrócę – bilet w jedną stronę. Powoli zarysowuje się Planeta Mars na mojej drodze. Mówili: „Kategoria A otwiera drzwi wszędzie”. A tak zwyczajnie się mnie pozbyli. I mam wakacje... Przez interkom możemy pogadać. Taki ze mnie bohater. zazdroszczę  Wam na Ziemi  problemów   
    • no to tak , automatyczne skrzynie są wygodne wiec po co się męczyć z kijem drogi teraz praktycznie wszędzie gładkie wiec nie ma sobie co wmawiać prędzej zepsujesz manualna niż automatyczna a w ruchu drogowym z ograniczeniami przepisami etc etc to nie będzie nikt lepszym czy gorszym po co się męczyć z manualem tu nawet nie ma jakiegoś poczucia większych umiejętności  raczej się tylko utrudnia sobie życie 
    • nie wyjeżdżaj sam na wakacje spójrz, macoszki piąstki pogryzły zobacz krawat raptem przyciąłeś i wystaje cisza z walizki   chodź, wyśnimy wyspy szczęśliwe dwa anyżki, złote księżyce, oglądałam prospekt w nefryty, cena warta naszych zasyceń   nie wyjeżdżaj sam na wakacje wymienimy chęci na słowa? wtedy starczy już nam na wszystko, no więc jak - czy mam się pakować?      
    • Słoneczny dzień. Na skraju polanki,w środku lasu, stoją dwie choinki – duża i mała. Matka i jej mała córeczka. Jest mroźny dzień. Dziecko zasypia. Budzą ją dziwne odgłosy. W pierwszym momencie, nie wie co się dzieje. Jeszcze się zupełnie nie rozbudziła. Najpierw otwiera kilka igieł, ale mało co dostrzega. Za chwilę patrzy kilkoma gałązkami. Widzi, że jakiś zły człowiek, podcina siekierą gardło jej matki. Drzewko, które kocha najbardziej, za chwilę ma być martwe. Zostanie stąd wzięta, a mały pieniek, co po niej pozostanie, będzie jedyną po niej pamiątką.    Patrzy jak człowiek, bierze jej matkę, odcina jeszcze kilka gałązek – i odchodzi. Maleńkie drzewko zostaje samo w lesie. Zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę wokół niej, jest wiele różnych drzew, ale nie ma tej jednej jedynej. Czuję się bardzo samotna. Zaczyna drgać wszystkimi igłami, aż niewinny śnieg z nich zlatuje. Patrzy na pozostałość po swojej matce. W myślach wszystkich gałęzi, obiecuje ludziom zemstę. A może nawet inne dzieciaki namówi.   * Człowiek stoi w lesie. Patrzy na dorodny, piękny świerk. Będzie się nadawał na choinkę – myśli sobie. Podchodzi bliżej. Bierze siekierę i zaczyna ścinać drzewko. Coś mu jednak to ścinanie nie idzie. Takie cienkie. Powinno iść raz dwa. Uderza miarowo, bo to człowiek uparty. Byle iglak, nie będzie nim rządzić. Nachodzi go dziwaczna myśl, że to drzewko, ma chyba jakieś...porąbane serce. Zimne i twarde jak lód.   * Jest zajęty pracą. Robi swoje. Gdyby się obejrzał, to może by zdążył uciec. Albo gdyby chociaż spojrzał przed siebie. Ale się nie obejrzał i nie spojrzał. Musi udowodnić, temu drzewku, że wreszcie je pokona.   A zatem nie jest świadomy, że ze wszystkich stron, podchodzą do niego świerki. Dla obserwatora z boku, to nawet śmiesznie wygląda. Tak się niezgrabnie kołyszą, na swoich korzeniach. Co jakiś czas zlatuje z nich trochę śniegu. Ocierają się wzajemnie, co sprawia, że słyszalny jest jednostajny szum. Jakby uzgadniali szczegóły. Kto co ma robić. Człowiek nadal ich nie widzi. Ścina, jakby go jakieś zło opętało. A że ściąć nie może, to jest coraz bardziej wściekły. Jego odczucia udzielają się świerkom, które go otaczają. Też są coraz bardziej wnerwione.   Ptaki, które na nich mimo wszystko siedziały, teraz czym prędzej dały z pióra. Drzewka zamykają człowieka w potrzasku. Teraz zauważa niebezpieczeństwo. Najpierw dostaje po oczach żywicą, żeby nie wiedział gdzie uciekać. Jest zupełnie oślepiony. Świerki zaczynają „strzelać igłami’’. Wchodzą głęboko w człowiecze ciało. Chce uciekać, ale ból jest nie do zniesienia. Zaczynają owijać go gałęziami. Jedna włazi do jego ust. Morderca drzewa zaczyna się dusić. Ale najgorsze ma dopiero nadejść.   Człowiek jest niewidoczny. Za to świerki, robią się coraz większe. Mają czerwonawy odcień.Prawie widać – jak rosną. Z ich gałęzi wylatuje jakaś cuchnąca ciecz, pomieszana z żywicą. Igliwie zamienia się w strzępki jakiś lepkich tłustych kawałków. Grubsze konary, pękają, rozsadzane przez skrawki ostrych kości . Świerki są grubsze, o wiele wyższe...a przed wszystkim silniejsze. Z gałęzi tryska krew, a po pniu ześlizgują się skrawki skóry, pomieszane z włosami.    Śnieg robi się różowy. Po chwili spadają w niego, gałki oczne, jak jabłuszka z jabłoni. Sprawiają wrażenie, jakby obserwowały całe zajście – od dołu. Świerkowe cielska, nabierają pewności siebie. Odchodzą. Polować na ludzi.   Na białym śniegu, zostaje samotna siekiera.   *   Szeroka leśna ścieżka. Matka z pięcioletnią córeczką, idą na spacer. – Mamusiu… – Co mi znowu powiesz, ty moje słoneczko. – Choinki za nami idą. Czy one chcą, żebym je pogłaskała? Bo ja nawet mogę. Wiesz? – Och ty mój skarbie. Jesteśmy w lesie. To chyba nic dziwnego, że za nami idą choinki. A bombki mają? – Zobacz sama. – To ty jeszcze raz zobacz. A później powiesz mamusi. – Zobaczyłam. Nie mają bombek. Ale one śmierdzą. Jak moja kupa, wiesz? – No nie. Co ty mówisz. Aż tak nie mogą. – No odwróć się wreszcie , mamusiu. Są już całkiem blisko. Ale one duże. Jak mój tatuś. A gdzie on poszedł? Kiedy wróci on? – Poszedł po choinkę do lasu. Zawiesisz na niej swoje wycinanki. Cieszysz się? – No przecież. Cała z radości podskakuję. Aż biały puszek ze mnie leci. Widzisz jak umiem. – No to chodźmy do domu. Tatuś już na pewno czeka z choinką.   *   Ogromne świerki się zatrzymują. Pozwalają im odejść. Najstarszy świerk, nadal się wpatruje, w pieniek wystający ze śniegu.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...