Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

K. zaciekle czyścił wacikiem do uszu kratkę wywietrznika nad piecem w kuchni. Wydłubywał kłęby sadzy i klął pod nosem. Nigdy by na to nie wpadł, lecz ostatnio sytuacja zmuszała go do nadludzkiej kreatywności. Co dnia po powrocie z pracy musiał szukać sobie zajęcia między 18.00 a 21.00, bo żonka z koleżanką namiętnie oglądały „Miodowe lata”, potem „Samo życie” i na deser „M jak miłość”.
Akurat szły „Mostowiaki”. Serial był tak przebiegle skonstruowany, że każdą scenę zamykał jakiś dramatyczny akcent – ucięcie rozmowy, zła wiadomość, radosny telefon itp. Po każdej mógł nastąpić koniec, ale wciąż pojawiała się następna i następna. Szlag mógł człowieka trafić. K. zrobił już wszelkie, nawet najgłupsze rzeczy. Wyszedł z psem, wyrzucił śmieci i wymienił worek. Zrobił pranie i ładnie wszystko wywiesił. Wypastował buty na jutro. Zdarł pajęczynę w łazience. Wymienił żarówkę. Odkamienił czajnik. Umył liście fikusa... A serial trwał i trwał. Żonka z sąsiadką z przejęciem komentowały aktualne wydarzenia, a na „jedynce” już na pewno na murawę Stamford Bridge wybiegali piłkarze Barcelony. K. pocieszał się, że jutro mecz będzie na „dwójce” i żonka pójdzie z rewizytą oglądać inną durnotę na Polsacie.
Dopadł pilota, gdy tylko Gąsowski zaczął nucić swoją smętną balladę. Zaklął w duchu. Od 3 minuty Chelsea prowadziła 1:0. Obie panie spojrzały na niego zniesmaczone.
- Jeszcze „Kulisy serialu” – powiedziała żonka jak do niegrzecznego dziecka – Bądź dżentelmenem, misiu.
Dżentelmena od skończonego „pantofla” dzieliła bardzo subtelna granica. Dlatego K. tylko pokręcił głową.
- Oj, Krzysiu. Poszedłbyś do Marka – odezwała się sąsiadka – „Kiepscy” lecą. Pośmiejecie się i w ogóle.
- Mam mecz – odparł kategorycznie, odkładając pilota jak najdalej od nich.
Sąsiadka wyszła, a żonka ku jego satysfakcji zaczęła szukać sobie zajęcia. Teoretycznie wszystko było zrobione, lecz nie byłaby sobą, gdyby czegoś nie wymyśliła. Z obrażoną miną wzięła się za prasowanie mokrego jeszcze prania. Korzystając z okazji, skoczył do lodówki po piwo. Udawał, że nie widzi karcącego spojrzenia, jakim odprowadziła go do salonu. Lekki bełkot, smrodek, obsikane kafelki. I co z tego? Trzeba mieć coś z życia.
Zanim zdążył porządnie rozsiąść się na sofie, było już 3:0 dla Chelsea. Cała frajda przepadła. Kupiona za setki milionów euro maszyna do wygrywania łatwo rozprawiała się z geniuszem Ronaldinho, Deco i Eto'o. Patrzył mimo to, bo w jego mniemaniu był to finał i wiedział, że taki mecz w tej edycji Ligi Mistrzów już się nie zdarzy. I nastąpił cud. Jeszcze przed przerwą Barca strzeliła dwa gole. Znów wszystko się mogło zdarzyć.
W przerwie otworzył drugie piwo. Zerknął przez szparę w drzwiach sypialni i uśmiechnął się tęsknie do ukrytego pod cienkim szlafrokiem ciała żonki. Nagle zgasło światło i powabne ciało okrył mrok. Wrócił na sofę, licząc na sensacyjne rozstrzygnięcia w drugiej połowie. Ale tak się nie stało. Mecz był emocjonujący, jednak to Chelsea wygrała 4:2 i przeszła dalej. Niepocieszony K. wstąpił do kibelka, umył zęby i przebrał się w piżamę. Niedługo miały być skróty pozostałych spotkań. Interesowało go wyłącznie to, czy Manchester poradził sobie z Milanem, resztę wyników miał daleko i głęboko.
Długo nie mógł zasnąć, rozmyślając nad stanem swojego małżeństwa. Tam, gdzie kończyły się seriale i mecze, zaczynało się prawdziwe życie. Poślubił piękną zgrabną i miłą dziewczynę, która po kilku latach była już tylko piękna i zgrabna. Ciągle wiele wymagała, nic nie dając w zamian. Koleżanki były ważniejsze, seks przestał ją cieszyć, codzienne obcowanie zmieniło się w stek docinków, pretensji, aluzji. K. próbował rozmawiać, jednak albo udawała głupią, albo naprawdę nie wiedziała co się dzieje. Coraz częściej więc obrażał się i zamykał w sobie. Spała w sypialni, on w salonie, bo tam był telewizor, który pomagał zasnąć.
Tata zawsze mawiał, parafrazując Nicholasa Blake’a: ożeń się młodo, będziesz długo żałował. Żart niepostrzeżenie stał się rzeczywistością. Zawodowo K. też nie bardzo się spełniał. Był „witryniarzem”, lecz po kilku latach tłustych, kiedy zaprojektował strony www dla setki klientów, planował rozbrat z tą profesją. Złożył nawet kilka aplikacji na admina, ale póki co korporacje milczały. Kiedyś marzył o dziecku. Oczami wyobraźni widział blond maleństwo o niebieskich oczach i niezwykłej inteligencji – predystynowane do najważniejszych życiowych nagród. Teraz, z taką żoną i lichą pracą, żal mu było sprowadzać potomstwo na świat.
Wił się w pościeli osrebrzonej blaskiem telewizora. Czuł się jeszcze w pełni sił, a już trafił w objęcia pustki. Wiedział, że jeśli czegoś nie zrobi, depresja wkrótce zaprosi go do ciemnego pokoju, zamknie drzwi i wyrzuci klucz. Nagle zmroziła go myśl, że może żona ma kochanka. Nigdy nie znalazł nawet śladu czyjejś obecności w domu, nigdy nie miał powodów do podejrzeń. Coś jednak było na rzeczy. A jeśli tak, to dlaczego? Nie widziały gały co brały? Oświadczyny przyjęła bez mrugnięcia powieką, zamieszkali w ślicznym mieszkanku, na nic się nie skarżyła, mieli wspólne plany, kochali się...
Bawił się pilotem, raz po raz zmieniając kanały. Nic go nie cieszyło, niczym nie umiał się zainteresować na tyle, żeby potem zasnąć. Panienki z satelitarnych sekstelefonów dla emigrantów wyginały się na ekranie, udając niesłychanie podniecone. Ze wstrętem odwrócił się bokiem do telewizora. Niech tańczą, i tak to, co najważniejsze zasłania wielki numer telefonu. K. sięgnął ręką za plecy, włączając kanał na chybił trafił.
- ... wiatrówka i zestaw nabojów za jedyne 299 zł + koszty przesyłki. Kup już teraz. Dzwoń!
Przekręcił się na łóżku z szerokim uśmiechem. Może to było jakieś wyjście. „Telezakupy” przeszły teraz na zestaw naczyń żaroodpornych, które wychwalała pod niebiosa etatowa ekspertka, późnej pan udający lekarza specjalistę a’ la Lew Starowicz zaproponował zestaw feromonów w sprayu dla przedstawicieli obu płci. I to też był jakiś pomysł. K. machnął jednak ręką, przekonany, że nigdy w życiu nie kupi w ten sposób żadnego wynalazku. Gdyby to wszystko naprawdę działało, byłoby na półkach normalnych sklepów.
Obraz nagle zafalował, jak gdyby jedna rzeczywistość wizualna chciała nałożyć się na drugą, i na ekranie pojawił się młody przystojniak z małym czarnym przedmiotem w ręce.
- Jesteś niezadowolony ze współżycia? Mamy na to sposób. Supernowoczesny chip w kolczykach pozwoli ci odzyskać harmonię w związku.
K. słuchał jak zahipnotyzowany.
- Sygnał wysyłany przez zdalnego pilota sprawia, że twoja żona robi tylko to, co zechcesz. Seks, proszę bardzo. Wspólne oglądanie meczu przy piwku, wystarczy kliknąć. Liczba zestawów promocyjnych ograniczona. Dzwoń teraz. Nie zawiedziesz się.
Bez namysłu zerwał się z łóżka i sięgnął po telefon. Sympatyczny głos kobiecy poinformował go o dodatkowym rabacie za szybką reakcję i poprosił o adres, pod który ma dotrzeć przesyłka. Nie kosztowało to K. aż tak wiele. Te parę stów był skłonny zaryzykować dla dobra sprawy. Wkrótce potem zasnął.
Tydzień później odebrał w biurze przesyłkę. Poczekał aż wszyscy wyjdą i z wypiekami na twarzy zajrzał do środka. Trochę się zaniepokoił, gdy na dnie pudełka zobaczył malutkiego pilota w folii i etui z kolczykami. W instrukcji wyczytał, że w kolczykach umieszczono mikrochip, który perswazyjnie oddziałuje na mózg. Wystarczy założyć je żonie i skorzystać z pilota. Na koniec sprawdził, co oznaczają poszczególne przyciski. 1. Seks. 2. Gotowanie. 3. Prace domowe. 4. Zakupy. 5. Sport. 6. Piwo. 7. Spacer. 8. Koleżanki. 9. Rodzice. 10. Sen. 0 natomiast oznaczało słodką bezczynność. Bardzo użyteczny wydawał się też przycisk z ikonką przedstawiającą przekreślony głośnik.
Wrócił z pracy w wyjątkowo dobrym humorze. Spóźnił się na kolację, która czekała w kuchence mikrofalowej, ale wcale nie czuł głodu. Zamiast codziennym zwyczajem przez kwadrans zdejmować kurtkę i buty, od razu wparował do pokoju. Siedziały z sąsiadką przy ciasteczkach i kawie, oglądając „Miodowe lata”.
- Misiu, nie zdjąłeś butków – zaszczebiotała żonka.
- Bo mam prezent.
Popatrzyły na niego zdziwione. Wręczył jej pudełko i spokojnie poszedł się rozebrać. Szeptały, chichotały, cmokały – znaczy nie było źle. Jak gdyby nigdy nic wrócił do pokoju i usiadł na pufie w kącie. Żonka założyła kolczyki, a sąsiadka przystawiła jej spryskane od wyciskania pryszczy lusterko. Podziękowała i wróciła do podziwiania serialu. Czekał niecierpliwie. W przerwie na reklamy sąsiadka pobiegła poluzować pęcherz. Zdenerwowany jak chłopak przed zrobieniem psikusa K. ukradkiem kliknął przycisk aktywujący chip. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło, ale oczy żonki zrobiły się jakby szklane. Dał na „1”. Poruszyła się miękko i spojrzała na niego takim wzrokiem, że w pierwszej chwili nieludzko się przeraził. Sąsiadka wróciła z łazienki.
- Hanka, idź do siebie.
- A nasz serial?
- Proszę...
Niepocieszona sąsiadka cicho zamknęła drzwi. Czerwony jak cegła K. został brutalnie powalony i obdarty z ubrania. Godzinę później rozpaczliwie szukał pilota, który wypadł mu z ręki podczas manewrów miłosnych. Na czworakach, z zamglonymi oczami macał podłogę, a omroczona działaniem chipa żonka lała go pantoflem w najbardziej wypięte miejsca. Ty cholero! – myślał zadowolony – Następnym razem ci pokażę. Wreszcie znalazł pilota i szybko kliknął „0”. Nagusieńka żonka rozłożyła się na sofie. Przetarł spocone czoło i rozmasował purpurowe pośladki.
- Jasny gwint, to działa!
- Co działa, misiu?
- A nic takiego – mruknął i kliknął wyciszenie.
Odetchnął z ulgą. Dziś zamiast serialu miał być film science-fiction, a zamiast: „misiu, zrób sobie jeść”, „wyprasuj sobie sam” czy „zmyj po sobie”, wylegiwanie się na sofie. Życie zrobiło się piękne. Po raz pierwszy od wielu lat spał z żonką w sypialni i to nie pupa w pupę, tylko w czułym uścisku. Przez kolejne tygodnie przywoływał z pamięci wszystkie stare przyzwyczajenia, których tak mu brakowało. Mógł od czasu do czasu odpuścić kąpiel, wyskoczyć z kumplami na bilard, nie myć przeklętych naczyń od razu po jedzeniu, zamawiać pizzę i pikantne skrzydełka, pić piwo i puszczać bąki. Rzadko dezaktywował chip, bo ilekroć to robił, dawna żonka od razu dawała mu popalić.
Mijały tygodnie. Pewnego dnia sąsiadka Hanka napadła na niego w windzie.
- Coś ty jej zrobił, potworze?!
- Nie rozumiem – odparł z chytrym uśmieszkiem – Złościsz się, bo spędza ze mną więcej czasu?
- Ty dobrze wiesz! – pogroziła mu różowym tipsem – Pytam ją ostatnio co ma zrobić Marysia Mostowiakowa, a ona nawet nie pamięta kto to jest! Ze mną też rozmawia inaczej. Szprycujesz ją czymś?
- Zwariowałaś. Ta rozmowa zaczyna być męcząca.
Na szczęście winda dojechała na parter i mógł dać nogę między bloki.
- Już ja się dowiem! – wrzasnęła za nim Hanka.
Postanowił, że będzie używał pilota tylko w razie palącej potrzeby. I tak już mu się znudziło, bo do dyspozycji miał tylko jedenaście wariantów. Gdyby to od niego zależało, wymyśliłby jeszcze ze czterdzieści. Jakość znosił fanaberie, szczebioty, chłód sypialni i gorąco żelazka tym bardziej, że coraz częściej przesiadywały u Hanki. Nawet jeśli coś razem knuły, był przekonany o swojej przebiegłości i miał niezbitą pewność, że sprawa się nie wyda.
Kiedy zaczynał tęsknić za bliskością żonki, po prostu klikał. Aż któregoś dnia idealny - zdawać by się mogło – mechanizm zawiódł. Odprężeni po seksie, oglądali razem mecz i popijali piwo. Żonka ambitnie dyskutowała z nim na temat niuansów taktyki, poziomu wyszkolenia czy techniki poszczególnych piłkarzy.
- Ale wolej!!! I patrz, poprzeczka. U nas mało który młotek by tak potrafił.
- Fakt – przyznał zachwycony i wyskoczył do kibelka.
- Fuj!!!
Wybiegł przestraszony z łazienki. Żonka wypluła piwo i zgorszona popatrzyła na ekran, a potem na niego.
- Co jest grane, misiu? – zapytała zdezorientowana.
- Nic, kochanie. Siedzimy sobie przy meczu – odparł przerażony, klikając pilotem, który odmówił posłuszeństwa.
Wstała i z wyniosłą miną poszła do Hanki. Spanikowany K. przez resztę wieczoru gmerał przy pilocie, ale niewiele wskórał. Doszedł do wniosku, że padły baterie. Tylko jak takie zdobyć? Były nietypowe, nigdy takich nie widział. W końcu umęczony zasnął na sofie. Rano okazało się, że żonka nie wróciła na noc. Zadzwonił do sąsiadów, ale Marek tylko odburknął: wróci, kiedy będzie chciała.
Wziął wolne i przez cały dzień biegał po sklepach, wypytując o baterie. Nikt takich nie miał. Zdruzgotany łaził po mieście, bijąc się z ponurymi myślami. Sprawa od początku była ryzykowna. Przecież wystarczyło, żeby raz zdjęła kolczyki, gdy był poza domem lub przestała je nosić, a cały misterny plan wziąłby w łeb. A teraz nie dość, że wyładowały się baterie, to jeszcze sąsiedzi nie chcieli oddać mu żony.
Późnym wieczorem wsunął klucz do zamka, ale drzwi nie dawały się otworzyć. Klucz nie pasował! K. nacisnął dwonek, potem zaczął donośnie pukać. Usłyszał ciężkie kroki. W drzwiach stanął zwalisty przystojniak ze złotym łańcuchem na szyi. Zza jego barów wychyliła się uśmiechnięta żonka.
- To jest Stefan – powiedziała zimno i kliknęła pilotem.
Bydlak podał mu czarny worek z rzeczami i wyciągnął pięści jak do bójki. K. cofał się bledszy od ściany, którą miał za plecami. Napastnik ruszył za nim, więc jedyne co pozostało K., to zwiewać po schodach. Sadził wielkie susy, a z worka sypały się pojedyncze skarpetki i majtki.
- Durniu! Wystarczyło kupić drugi telewizor – usłyszał.
Nie miał czasu odpowiadać, bo ze Stefana był sprinter nie od parady.

Opublikowano

Nie będę się powtarzać. Pomysłów mi już brakuje na komentarze. To co zwykle, czyli super. Przegrzebywała ja ten gąszcz liter z nadzieją na znalezienie chociaż jakiegoś maciupeńkiego "błądzika". No i klapa na całej linii :-))))))), ciekawam, co tam jeszcze masz w tej Torbie?? Pozdro/B.

Opublikowano

Poprawki zrobione. Dzięki :) Pomysły na "Szorty" powoli się kończą, więc biorę się za poważniejsze sprawy. Będzie jeszcze o spotkaniu absolwentów i okaże się, że wszyscy są przedstawicielami handlowymi :) i jeszcze parę metafizycznych pomyłek :)

Żałuję, że nie posłałem do Pilcha jakiejś zabawki. Teraz piszą, że na 33 opowiadania wydane w tym tomie ledwie jeden jest radosny. I wyszła kicha o babciach i dziadkach. Polecam dziś recenzję w Wyborczej...

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Na opuszczonym wybrzeżu Spotkałem parę Ona była dla niego On dla niej Był Orfeuszem   Była Eurydyką Uprowadzoną z piekieł W tym wymyślonym świecie Mity nie miały końca Rodziły z piasku Martwe pnie drzew Herosi robili z nich ławki Przy domu zakwitał bez Był także inny zapach Tak pachnieć mógł przebudzony las Wilgotne włosy kobiety siedzącej obok Żeby uwierzyć w cud Potrzebowali morza Przypływów odpływów Pływali po powierzchni Drobiazgów powszednich dni  
    • Na podjeździe do domu,  zazwyczaj zarezerwowanym dla mojego auta, zastukotał dźwięk podkutych końskich kopyt, dało się słyszeć ostrą pracę,  zmęczonych długim galopem chrap. Zapadła krótka, niespokojna cisza… rżenie osmańskiej,  przysadzistej i gniadej klaczy, poniosło się w wieczorny mrok. Dawniej na wsi takiej jak ta, odezwałoby się ku niemu, panie koguta, ryk bydła czy kwik prosiąt. Teraz jedynie usidlone  w metalowe kraty kojców  lub przycupłe w  zamarzniętych zaspach ogrodzeń psy, szczekały przeraźliwie, ujadały i wyły. Drżały już nie z zimna a trwogi. Podwinęły ogony między tylne łapy i przekrwionym wzrokiem, łypały lękliwie ku postaci ostatniego ducha dawnych dni.     Klacz zatrzymała się,  dumnie prężąc mocarną pierś. Wyciągnęła łeb naprzód,  eksponując pięknie ułożoną  i zaczesaną grzywę. Uprząż na jej głowie,  zdobiła ją jak końską księżniczkę. Wysadzana była  szafirowymi i rubinowymi guzami. Wędzidło i uzdy z najwyższej klasy skóry, przeszywane złotą i srebrną nicią. Turecka, krótka i wysoko osadzona kulbaka niczym tron monomacha. Uginała się wręcz od złota i kamieni. Perski czaprak pod jej ciężarem, szczelnie osadził się na bokach klaczy, zdobiąc grzbiet jak koronacyjny płaszcz. Jeździec musiał być doskonały w swym fachu lub ufać klaczy bardziej  niż komukolwiek innemu. A to dlatego,  że jechał bez wsparcia strzemion  a popręk założony był luźno  tak by nie zadawać  zbędnego bólu zwierzęciu  i pozostawić mu jak największą swobodę.     Jeździec gładko przełożył nogę i opadł na  niedawno odśnieżoną kostkę podjazdu. Poklepał wierną towarzyszkę  i ruszył ku drzwiom domostwa. A był to nie zamek, nie pałac czy dwór szlachecki a zwykły nowoczesny dom. Piętrowy, z żółtą elewacją, dużymi oknami, dachówką na dachu  i założoną nie tak dawno fotowoltaiką. W salonie i kuchni na parterze panował mrok, ale w mniejszym pokoju na piętrze paliło się światło nocnej lampki, ledwie rozjaśniające,  grube, białe, okienne rolety. Jeździec stanął na progu, bacząc jeszcze widać na kolejny ruch. Odetchnął ciężko,  pogardził przyciskiem dzwonka i zapukał donośnie.     Światło momentalnie zgasło. Dało się słyszeć odgłos zamykanych drzwi i lekkie acz prędkie kroki na schodach. Szczęk zamków, naciśnięcie klamki i już mógł ją ujrzeć na powrót. A nie było ku temu sposobności przez lata. Stanęli naprzeciw siebie.     Szczęść Ci Boże Mario Antonino  w ten wieczór wigilijny. Jeślim nie gość w dom Twój, to i z pewnością nie Bóg a prędzej diabeł, lecz może w oczach Twych ciemnych,  jeszcze ojciec marnotrawny a jeśli już nawet i nie on  to może chociaż wędrowiec  co prosi o gościnę i miskę strawy. A pamiętaj  wędrowca przegnać z progu swego, to grzech śmiertelny, szczególnie w ten jeden wieczór.     Widział łzy w jej oczach, nie spodziewała się go  jeszcze kiedykolwiek ujrzeć. Choć prawdę powiedziawszy nie widziała go przez większość swego życia. Jej ojciec nigdy dla niej nie umarł. Nie wyrzekła się go,  choć matka błagała ją o to, tworząc jej w myślach od maleńkości  obraz człowieka porywczego, tyrana i pijaka co bardziej ukochał wojnę  i złotą wolność nad rodzinę.     Był kim był. Mówiono, że Stadnicki Diabeł  to przy nim święty z ikony. Walczył całe życie. W obronie swych praw, dóbr, honoru. W obronie Rzeczypospolitej  i świętego ukraińskiego, rodzinnego stepu. Ostatnie lata walczył i ze swymi demonami. A jak wiadomo Fortuna to stara murwa.  Raz groszem sypnie  a innym razem rzyć gołą ukaże  i kijem jak mołojca, do krwi ostatniej obije.     Więc teraz na starość przybył się żegnać. Ze światem jaki chciał od zatracenia uchować, ale i z jedyną córką. Jedyną osobą, która mu pozostała. Wejdź ojcze.  Zaprosiła go gestem do środka, po czym gorąco uściskała. Nie była już dziewczynką, panną na wydaniu  ani niewiastą w kwiecie wieku. Dobijała już do lat czterdziestu a on nie widział jej od przeszło ośmiu. Cudowne i grube, jasnorude włosy uplotła w warkocz sięgający końca pleców. Oczy jej prawie czarne w świetle, tak bliźniacze jego oczom, rzucały wesołe iskierki  i były niczym przepełnione  optymizmem i miłością lustro w cudownej urody ramie, jej bladej, piegowatej cery.     Była od niego niższa o głowę. Szczupła i wiotka wręcz. Doskonała byłaby z niej  stepowa wilczyca. Pamiętał jak uczył ją jazdy konno, walki karabelą czy ubierał nie w suknie  a zdobne sukmany i żupany. Zawsze prawił jej, że musi mieć umysł lotny i wolny  a prawicę silną i niezależną. Bo jest ostatnia z rodu ludzi wolnych. Ujął jej dłoń i ku swemu zadowoleniu  ujrzał na serdecznym palcu rodowy sygnet  z jasieńczykowym kluczem i parą pawich piór.     Nigdy go nie zdejmuję i noszę jako obrączkę której się nigdy nie doczekałam  i już nie doczekam. Widać taki mój los ojcze  żem zaślubiona samotnej śmierci  ale wiernie trwam jako ostatnia z rodu. Masz jeszcze czas dziecko, by Twe łono wydało  błogosławionego dla mnie wnuka i jemu przekażesz kiedyś ten pierścień, jako wszyscy poprzedni Tobie od czterystu lat.     Ty mieszkasz tu jak w bajkowej bańce. Znoju ani śmierci tu nie ma. Krwi i cierpienia nie zaznałaś nigdy. Do wojny i pokoju starań nie musiałaś toczyć. Toć teraz polska wieś bezpieczna i spokojna. Bogactwo dawnych dworów  zgrabione pod liche strzechy. Myśmy już wszystko zapomnieli, często to słyszę od zdrajców herbowych. A ja pamiętam i trwać będę. Bo nie sądy i trybunały będą o mnie stanowić ani plebejskie konstytucję na pohybel panom braciom spisane. Ja jestem prawem. I prawem i lewem  mogę ciąć prostaczków przygłupich łby tą oto miłą kochanką. Wyjął z czarnej pochwy,  długą, kozacką szablę. Pokrytą ornamentami na głowni i rękojeści. Ja jestem duchem przeszłych lat, co żyją póki i ja dycham jeszcze.     Nie widziała ojca te osiem lat. Zmienił się, zestarzał, opadł z sił. Jego łysa czaszka nosiła ogrom blizn i cięć. Stracił prawe oko  a lewe przecięte było na wskroś  blizną zapadłą lekko i czernawą. Wąs siwy i długi opadał na  gęstą i jeszcze okazalszą brodę. Był w zdobnym żupanie  o czerwonej jak krew barwie, przepasanym jedwabnym pasem z klejnotami  Kontusz ze złotogłowia narzucił niedbale  a na nim jeszcze szal z sobola. Buty o noskach wysokich, widać nosił od dawna  bo poznały na własnej skórze  ciężar jego żywota.     Ugość mnie dziecko przez te noc. Porozmawiamy i powspominamy. Byle nie Twą matkę nieboszczkę, niech ją diabły ochoczo chędorzą w piekle  za to kim była i czym się stała. Rachuję, że wina czy marmazji  u Ciebie niestatek? Lipcowego dwójniaka w beczkach  też raczej nie trzymasz? Więc choć kawy zaparz  może mi od niej trzewia nie pogniją. Nalej też wody czystej do wiadra i napoj  moją kochaną Strzygę, co by mogła skosztować  czego innego niż krwi wrogów.     Ale najpierw słuchaj tego co rzeknę Ci teraz. Następnym razem przybędę tu martwy już. Lub dojdzie Cię wieść o mym zgonie. Tylko jedną mam prośbę najdroższa Mario. Zdobądź me prochy  i jedź czym prędzej wtedy za granicę  która teraz wszystkich dzieli  lecz której ja nie uznaję. I rozpuść mnie na wiatr  nad ukochanym stepem. Przysięgasz mi Mario? Przysięgam ojcze.        
    • @Berenika97 No i po moim makijażu... :) Świetny!!
    • Pierwsza część opisowa maluje wewnętrzny krajobraz. Druga jest refleksją zakończoną uśmiechem. Uśmiech jest dobrą odpowiedzią na wewnętrzne rozterki. 
    • Razi mat: tam Iza R.      
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...