Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tylko się rusz, tylko spróbuj! No staruszku, wyciągaj te nogi. Jeszcze troszeczkę, zaraz, czy aby na pewno skopiowałem te pliki dla Basi? Basia mnie zabije, a ja zabije tego łotra, jeśli tylko ruszy. Dowiem się kto miał dziś ten kurs, znajdę go na końcu świata i zabiję, albo lepiej obedrę ze skóry, poćwiartuję, posolę a potem zabiję. Tak na pewno skopiowałem wszystko dla Basi, tylko czy wziąłem zdjęcia na dyskietkach? Moje serce, Boże Najświętszy w Trójcy Jedyny obiecuję, że tej niedzieli dam na tacę całą stówę, będę klęczał całą mszę, tylko niech ten pieprzony autobus nie odjeżdża! Czy ty dobry Boże wiesz, co to znaczy spóźnić się na delegację służbową, której uczestnikiem jest sam Dymerski? Czy ty w ogóle wiesz kim jest general menager Rafał Dymerski? Ale ciebie to nie obchodzi? Ty masz ważniejsze sprawy niż pośpieszny do Płocka, który mógłby się trochę opóźnić. Czy ja na pewno, obudziłem Krystiana? Wydaję mi się, że tak. Chociaż jak jadłem śniadanie, to przy stole go nie było. Rany, jeszcze ta teczka, dlaczego ona jest taka ciężka? No tak, przecież tych materiałów do mojego wystąpienia, był cały stos, muszą ważyć. Czy ja w ogóle je zapakowałem? Tak, tak przypominam sobie, wrzuciłem je obok klocków Patryka. Stać, jeszcze ja! Nie ruszaj jeszcze! Panie kierowco, kochany, złociutki, jeszcze ja, mam bilet! Czy mi się zdawało, czy ja dzisiaj rano widziałem w mojej teczce zestaw klocków do samodzielnej budowy pancernika Potomkin? Nie to nie możliwe! Przecież Patryk nie mógł mi zrobić drugi raz tego samego numeru w ciągu tygodnia, to smarkacz, o nie! Skończyło się kolego beztroskie dzieciństwo! Od jutra sam będziesz chodził do przedszkola! Proszę zaaaaczekać, jeszcze chwileczkę...najważniejsze, że zabrałem te materiały w pomarańczowej okładce. Uff zdążyłem. „Dzień dobry panie kierowco, jak to miło z pana strony, że pan zaczekał, bardzo serdecznie przepraszam za spóźnienie, ale to nie z mojej winy. Zaraz pokażę bilet, mam, na pewno, wkładałem go pod okładkę z moimi referatem. O jest, widzi pan – H. C. Andersen – „Baśnie”, to właśnie mój referat?”

W takich sytuacjach na usta cisną się brzydkie słowa. Sformułowania wykorzystywane przez furmanów do popędzania konia. Usiadłem przytulając się do brudnego okna, w głowie huczało mi od przekleństw: „cholera”, „psiakrew”, „jasna dupa”, „jasna dupa co teraz będzie”. Próbowałem się uspokoić. Pamiętając ze szkolenia, że pozytywne słowa sprawiają, że nawet w największym stresie zaczynamy myśleć pozytywnie. Myśleć pozytywnie, myśleć. Ale o czym, może właśnie o jasnej dupie. O jakiejś nieopalonych półdupkach udekorowanych stringami, albo w ogóle nie udekorowanych. O gołych, zimnych pośladkach, na których być może zatrzymają się moje ręce jeszcze tego wieczora.

Niezwykły był czar wyjazdów służbowych. Nie zmieniły go dziejowe burze, upadki ustrojów i zmiany gospodarcze. Przed 1989 rokiem z domowych smyczy zrywali się partyjni kacykowie, kierownicy, wszelkiego szczebla urzędasy, instruktorzy, agitatorzy, naukowcy, literaci. Nie zawód był istotny ani stanowisko. Istotny był fakt urwania. Po zmianie ustroju nic się nie zmieniło. Może tylko kacykowie zmienili garnitury na lepsze, stanowiska i funkcje na bardziej angielskie. Żony zostały. Cechy charakterystyczne uczestnika szkoleń widoczne na pierwszy rzut oka pozostały niezmiennie. Nerwowy wzrok dzikusa, który pierwszy raz w życiu spotkał się z cywilizacją. Łapczywa obserwacja wszystkiego, co ma dwie nogi i nie przypomina żony. Najlepiej żeby obiekt krańcowo różnił się od posiadanego w domu. Jak w domu brunetka, to na wyjeździe blondynka, jak chuda to gruba, jak mądra to głupia. Radość kontrastu. A jak się wróci, to i własna lepiej smakuje.

Na Dworcu Zachodnim dosiadł się Dymerski z Basią, asystentką od specjalnych poruczeń. Można i tak. A jak w Płocku nic nie będzie, przynajmniej poklepie znany dobrze tyłek, opatrzony co prawda, ale zawsze.
-Jak referat? – Dymerski rzucił na przywitanie sadowiąc się za moimi plecami.
Srak – chciałem mu odpowiedzieć, ale coś mnie powstrzymało. Udając senność kiwnąłem głową na odczepnego.
Pliki dla Basi? – szef kontynuował natarcie.
Kiwnąłem ponownie.
-Co wy tak kiwacie? – Dymerski nie wyzbył się socjalistycznej przypadłości mówienia do dwóch osób, chociaż do jednej.
-My? – reagowałem niemal automatycznie.
Na szczęście z szelestem sreberka rozwinęły się kanapki. Basia wetknęła Dymerskiemu trójkątny kawałek pieczywa, z wystającym fragmentem sałaty. Tak właśnie wygląda jedzenie z ręki, karmienie małpki. A przecież Dymerska nie wypuściła Dymerskiego bez kanapek, może nawet tak samo trójkątnie apetycznych, z identycznym zestawem wędlin i sałaty. Ale nie. Tamte wyrzucił do pierwszego napotkanego kosza. Może przed własnym domem. Może Dymerska przechodząc obok, przypadkowo zerknie, przypadkowo rozpozna. I co wtedy, czy nie ruszy najbliższym i najszybszym środkiem lokomocji w pościg. Cóż może oznaczać wyrzucenie zrobionych przez żonę kanapek, jeśli nie planowana zdrada. I to nie tylko kulinarna.

Mój referat z racji napiętego nadmiernie planu dnia wypadł. Bóg czuwał. To był cud, jaki zdarzyć się może komuś takiemu jak ja. Dymerski był niepocieszony. Obiecałem mu, że w najbliższym czasie zrobimy w firmie jakiś małe szkolenie i moje wystąpienie na temat nowoczesnych metod pozyskiwania klientów będzie akurat.
Wieczór w Płocku okazał się całkiem beznadziejny. Miasto wyglądało na opustoszałe. Znikąd pocieszenia, znikąd choćby kawałka kobiety. Same pryszczate smarkule, czupiradła, w porozciąganych swetrach i bluzach z demobilu. Za to w knajpach jakieś rykowisko, smętne typy patrzące spod oczu, bydlęco, jakby na dzień dobry chciały zabić. Wypiłem na prędce piwo, obficie chrzczone wiślaną wodą i postanowiłem wrócić do hotelu. Nic z tego nie będzie. Trzeba będzie ten wyjazd zapisać na straty. A bywało tak pięknie. Toruń. Zapach średniowiecznych murów wymieszany z niepokojącym „Dolce Vita” od Diora, za trzysta złotych. Marzena mogła sobie na to pozwolić, pracowała w drogerii i wykorzystywała darmowe próbki. Nie miała zasadniczo większych wad i mógłbym jej telefon zachować, gdyby nie to, że nie miała też zalet. Była źle ubrana, jakoś tak niemodnie. Ciało przeciętne, no i mąż, właściciel siłowni, o którym bez przerwy mówiła, nawet w łóżku. Nie chciałbym go spotkać. We Wrocławiu Krysia. Oszalała na punkcie tańca. Ponadrywała mi stawy i tyle. Rozwódka, pewnie mąż nie przepadał za tańcem. Ładna, ale bez przesady. Nie rzucająca się w oczy. Gorzów. Niech pomyślę. W Gorzowie była Iza, nie Iza była w Zielonej Górze. Iza namiętna palaczka. Wyglądała na dziesięć lat więcej. W Gorzowie była Iwona, udawała, że ma osiemnaście lat. Przysiadła się w barze, myśląc, że jestem kimś ważnym. Jak jej powiedziała, że sprzedaję ubezpieczenia, chciała uciec. Na szczęście lubiła piwo. Szczególnie darmowe. Po trzech wypłakała mi się w rękaw, opowiadając zapewne zmyśloną historię swojego życia. Najgorszy był Płock. Kompletne bezrybie. Może chociaż przez ścianę posłucham co Dymerski wyprawia z Basią? Próbowałem ułożyć się wygodnie ze szklanką przy ścianie, gdy rozległo się pukanie. Kto to mógł być? Może Dymerski chciał mnie za coś opieprzyć, za ten referat, którego nie przeczytałem? A może stary zasnął i znudzona Basieńka szuka pocieszyciela? W drzwiach z tajemniczą miną stał general menager Rafał Dymerski. Cholera, co ta ckliwość na jego licu, mogła oznaczać. Czy to zasługa Baśki? A może miał do mnie jakiś interes?
-Panie Krzysztofie, gdzie to pan się ukrywał?
Dopiero teraz dostrzegłem, jak za pazuchy wyciąga litrową „Finlandię”.
-Chciałem trochę z panem porozmawiać.
-A gdzie pani Basia?
-Ach, rozbolała ją głowa. Zasnęła. Jak tam pańskie zatrucie?
-No właśnie, byłem w aptece. Rozbolał mnie żołądek.
-Zupełnie niepotrzebnie. Mam coś na niestrawność. Skuteczność gwarantowana.
Nie znałem go z tej strony. Dymerski, jak matka troszcząca się o moje zdrowie, Dymerski z wódką na progu pokoju. Nie jeden zazdrościłby mi tej sytuacji. Już słyszę te jęki: „Stary, wiesz ile spraw można załatwić przy wódce?”. Wiedziałem, ale nie należałem do tych, co je wykorzystują. Poza tym po wódce nie potrafiłem kłamać. Co będzie jak powiem mu, że jest starym, obrzydliwym knurem, na którego nie mogę patrzeć.
-To, co napijmy się. Pomyślałem, że można by zejść na dół do restauracji, ale w pokoju, to zawsze w pokoju.
Stary sknera żałował na napiwki.
-Oczywiście, ma pan rację.
-Jakoś tak bardziej intymnie.
-Intymnie?
-Ktoś mógłby usłyszeć, coś czego nie powinien usłyszeć. Zdrowie.
-Na zdrowie.
Po trzeciej kolejce, Dymerski spojrzał na mnie małymi świńskimi oczami i zadał dziwne pytanie.
-Czy jesteś szczęśliwy?
-Ja czy jestem szczęśliwy?
-Tak ty. Przepraszam. Nie wypiliśmy jeszcze brudzia. Rafał.
-Krzysztof.
Złapał mnie za głowę i niczym Breżniew obcałował z dubeltówki. Przez chwilę poczułem jego oddech i zrobiło mi się niedobrze.
-No więc czy jesteś szczęśliwy?
-Chodzi o pracę? Tak, jestem bardzo zadowolony. Jako szef pionu sprzedaży, w naszej firmie jestem bardzo szczęśliwy. Jestem szczęśliwy, że moja praca jest przydatna. Ubezpieczenia na życie są bardzo ważne.
-Przestań pieprzyć! – Dymerski nalał sobie wódki i przechylił nie czekając na kolejkę. – W życiu czy jesteś szczęśliwy?
-Jak w życiu. Tak w ogóle?
-Tak w ogóle. Czy ci się wszystko układa?
-Co znaczy wszystko? Chodzi o rodzinę.
-Też.
-Owszem układa mi się. Mam dzieci.
-A z żoną?
-Wie pan. Przepraszam, wiesz jak to jest z żoną. Raz tak, raz tak. Ale nie narzekam.
-Bo wiesz, ja...ja...
Po raz pierwszy zobaczyłem starego jak się wzrusza, co gorszę nad sobą.
-Ja nie mam z kim porozmawiać.
-Śmiało Rafał. Napijmy się jeszcze. Wal śmiało, co ci leży na duszy.
-To nie takie proste.
Przyjrzałem się mu. Był dostatecznie pijany by zacząć się żalić. Brakowało mu jeszcze trochę, żeby się rozkleić całkowicie. Pomyślałem o dyktafonie w kieszenie marynarki. Dyskretnie włączyłem go udając, że szukam papierosów. Wyobraziłem sobie poniedziałkowy poranek, kiedy dział po dziale, pokój po pokoju będzie odsłuchiwana jedna audycja: „Zwierzenia Rafała D.”
Nie wiem od czego zacząć. Poczułem to jakiś czas temu. Broniłem się przed tym, walczyłem, ale już nie mam siły, jestem na to za słaby.
Nie mogłem zrozumieć o co mu chodzi, chciałem słuchać dalszego ciągu, ale stary stanął przy oknie i milczał. Paliłem papierosa i uśmiechałem się do swoich myśli. To imbecyl jak się wzruszył, zaraz zacznie łkać i poprosi żeby go przed snem pogłaskać po głowie.
-Krzysztofie, co byś powiedział gdybyśmy wyjechali.
-Wyjechali? Z Płocka?
-Nie, wyjechali gdzieś daleko. Tylko ja i ty...
-Daleko?
-Na koniec świata.
-Nie rozumiem.
Podszedł do mnie. Dostrzegłem łzy, płynące mu policzku.
-Kocham cię. Nie mogłem dłużej tego ukrywać. Kocham cię słyszysz!
Dymerski rozbeczał się a ja z ledwością zdążyłem do łazienki. Rzygałem jak kot. Zza drzwi usłyszałem jego głos.
-Musiałem ci to powiedzieć, przepraszam, nie gniewaj się. Naprawdę cię kocham.

Po godzinie stary przestał się odzywać. Chrapał jakby mu się coś gotowało w gardle. Spakowałem się i wyszedłem. Noc spędziłem na dworcu. Wróciłem do domu pierwszym autobusem. Był poniedziałek. Po śniadaniu zszedłem po „Wyborczą”. Miałem nadzieję, że specjalistów od sprzedaży ubezpieczeń na życie ciągle jeszcze poszukiwali.

Opublikowano

Patrzę, że Asher miał rację pisząc abym poczytał Pana prace. Niezła historyjka, chociaż zakończenia można było się domyśleć gdy Dymerski stał już z wódką w drzwiach, posmiałem się z Krzysztofa, a właściwie z jego myśli. Swoją drogą to niespodziewane rzeczy mogą wydarzyć się przy takiej okoliczności jak delegacja. ++ Pozdrawiam

Opublikowano

Nie lubię rozróżnienia na twórczość "męską" i "kobiecą", bo mężczyźni potrafią pięknie pisać o emocjach a kobiety też potrafią tworzyć dobre, mocne teksty, a nie tylko rozmytą "prozę poetycką"... Ale tu mi się nasuwa skojarzenie, że to jest takie typowo "męskie". Szczególnie ta homofobia:). Od razu rzygać musiał bohater... A przecież ten biedny Dymerski też ma swoje uczucia!:-) W dodatku on temu Krzysztofowi pięknie miłość wyznał, a nie od razu chciał obciągać (jestem po lekturze Witkowskiego, więc proszę się nie dziwić za skojarzenie)...

Ale bynajmniej to nie są zarzuty! Raczej takie przemyślenia pół żartem:). Tekst jest świetnie napisany, oby więcej tu było takich. Pozdrawiam serdecznie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...