Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jak to bywa przed zachodem Słońca, cały ogród tonął w czerwonawej poświacie. Takie ciepłe kolory, były jakby odzwierciedleniem: gorącego, prawie minionego dnia. Wszechobecnej ciszy, nie zakłócało cokolwiek.

Może jedynie cichy oddech gipsowego krasnalka.

 

Oddech?

 

No tak, oddech. Ale nie gipsowy, tylko żywy. Prawdziwie gipsowy leżał w krzakach. Ani myślał oddychać. Martwy od zawsze na zawsze.

A ten umiał. Jemu podobni też. Porozrzucani w tysiącach ogrodów w całym państwie. Musieli się upodobnić do czegoś ziemskiego, by nie wzbudzać podejrzeń.

Lecz i tak wzbudzali. Bo było ich dwóch. No chyba, że żywy sobowtór opuścił ogród, atakować tubylców. Albo raczej uprzykrzać życie. Żeby się sami wynieśli, robiąc im miejsce.

 

Przybyli w niewidocznych dla oczu mieszkańców osłonach. Zadomowili się przede wszystkim w przydomowych ogródkach. Tubylcy dziwili się, skąd ten drugi, ten trzeci, czwarty i tysięczny. Mogli być kilkukrotną kopią, jednego osobnika. Wyglądali dokładnie tak samo. A nawet lepiej, bo oczami ruszali.

 

Spokój w państwie został zaniepokojony. Bardzo nawet. Całe chmary krasnali pałętało się po ulicach. Niektóre osobniki umiały fruwać. I to bez ruszania skrzydłami. Bo ich nie mieli.

 

Atakowali bardzo różnie. Na przykład te małe, zaglądały dziewczynom pod spódnice. Guzik ich obchodziło, co tam zobaczą. Na ich planecie, wszystko było inaczej. Ale takim kukaniem, wprowadzali zamieszanie.

 

Inne znowu szybowały nisko nad ziemią, porywając idącym czapki, w które następnie pluli gipsem. To się wielu mieszkańcom nie podobało. Też na nich pluli, lecz nigdy nie trafili, bo tamci zdążyli odlecieć.

 

Trafiały się bardziej wredne. Wlatywały do marketów, robiąc zamęt przy kasach. Mieszali towary, by nikt w końcu nie wiedział, co jest kogo.

 

Trzy latające sztuki, przeprowadziły szturm na kościelną wieżę. Nawet wleciały do środka. Obijały się o dzwony, robiąc spore zamieszanie na dole. Można powiedzieć, że bimbały na wszystko. Nawet kościelnego. Z racji swej tuszy, ledwo dyszał, ale na czubek się wdrapał, by je stamtąd wygonić. Nic nie wskórał. Dzwoniły nadal. Jeden notorycznie był dzwonem rozbijany i momentalnie na nowo się składał. Kościelnego na ten widok zamurowało. Dopiero po kilku dniach go wypuszczono.

 

Nie wszystkie jednak fruwały. Ale za to umiały szybko biegać. Wyprzedzały nawet samochody. Nie tylko stojące, ale też jadące. Skakały na nie, zarysowując lakier.

 

Długo by można pisać, co te paskudy wyczyniali. Najgorsze było to, że byli niezniszczalni. Można było takiego złapać, potrzaskać na drobne kawałki, a one za chwile stanowiły całość. Jedyna różnica była taka, że w ten sposób, zwiększała się ich upierdliwość oraz chęć zemsty. A zatem im więcej ich rozbijano – a co gorsza tych samych - tym gorszy los, mieszkańcy sobie gotowali, gdyż radykalność atakujących pieruńsko wzrastała.

 

Wreszcie tubylcy powiedzieli: dość.

Postanowiono wykombinować, jak się pozbyć intruzów. Wygnać ich tam, skąd przylecieli. Propozycji było wiele. W końcu jedna z nich zaczęła przeważać: tak ich rozśmieszyć, żeby się rozlecieli i już nie poskładali.

 

Łatwo powiedzieć, ale czym? Co ich ubawi, do upadłego na wieki?

A poza tym, jest ich setki tysięcy. Gdyby z każdego z osobna chciano w ten sposób unicestwić, to śmiech by trzeba importować z innego państwa.

 

Fama głosiła, że gdzieś tam, w tajemniczym miejscu, stoi sobie ich słynny wódz: Don Alabaster i wszystkimi kieruje. Są z nim połączeni, w jakiś niewyobrażalny sposób. Domniemano, że zapewne wystarczy rozśmieszyć ich wodza, a wszystkie pozostałe padną ze śmiechu razem z nim.

 

Dziw nad dziwy, ale szybko go znaleziono, ukrytego na polu, między stogami.

Z obiektów otaczających jego figurę, można było wnioskować, że pędzi bimber.

Cała reszta nie mogła nic pić. Nie miała odpowiednich ust. Ale wódz miał. I mógł. Na dodatek chciał. Nic dziwnego, że jego myślowi inwazjaci, tak dziczeli. Don Alabaster wlewał w siebie dość dużo. Miał około siedmiu metrów wzrostu.

 

Ale jak go rozśmieszyć? W końcu postanowiono, że mu się pokaże, w czym u nas takie krasnalki, zgodnie z tradycją mieszkają. Zbudowano wielką ruinę koślawego grzyba. Większego niż wódz. Dostarczono ją maszyną latającą, na zajęte pole. Postawiono, przed jego oczami i mu oznajmiono, że w takim czymś, u nas tacy jak oni mieszkają.

Przywódca obcych jako jedyny, potrafił wytwarzać nad swoją brodą, zdanie w tubylczym języku. Można się było z nim jako tako porozumieć. Czy akurat z tym, było rzeczą niewiadomą, z uwagi na stan, w jakim się znajdował.

 

Lecz na grzyba spojrzał. Po chwili wyświetlił się brodaty napis:

– To to co?

– W takich domkach, u nas krasnoludki mieszkają

– Ja pierdzielę. No nie, za chwilę jasny gips mnie zasypie. W tym?

– No w tym.

– Co to u dołu? To cienkie? A ta pierdoła u góry?

– Ściany, Don Alabaster.

– Nawet po pijaku.W takim czymś. W żadnym razie.

– Śmieszny! Co?

– Cholernie tak. Za chwilę pęknę ze śmiechu.

– Oby.

– Co oby?

– Nic nic. Spoko. Pękaj paskudzie.

 

Rzeczywiście pękł. Rozleciał się na drobne kawałeczki, rozganiając wokół, tak silną woń alkoholu, że biedny zając nie wiedział, czy jest zającem, czy innym ptakiem.

Wszyscy jego wojownicy też się rozpadli. Stracili kolory. Cząstki były białe. Każda odrobinka. Setki ton walało się na ulicach, polach i gdziekolwiek. Zrobiono z nich wielkie jaja. Poustawiano w parkach, ogrodach, przed marketami. Pomalowano pięknie i ślicznie. Pisanki zdobiły miasta i wsie, ale nie atakowały. Tylko spokojnie tkwiły w miejscu. Podziwiano je i kochano. Były obłym symbolem zwycięstwa. Przypominały o pokonaniu wroga. Lecz po jakimś czasie, tak się przyzwyczajono do ich widoku, że stanowiły prawie niedostrzegalne tło. Widziano je tylko wtedy, gdy idący się zamyślił i w nie walnął.

 

*

 

Po kilku miesiącach.

– Mamusiu. Pisanka w naszym ogrodzie…

– Co pisanka?

– Przyłożyłem do niej ucho.

– No, no, to rzeczywiście wydarzenie. Jestem pełna podziwu.

– Ale ona jest dziwna.

– Dziwna? Biega zapewne po ogródku.

– Nie biega… ale oddycha.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      z tym zdaniem jest coś nie tak, proponuję zamiast staje się napisać jest, albo zamienić na cięższy. Bardzo dobry tekst.
    • @Migrena  dziękuję za raki odbiór. Pozdrawiam serdecznie.
    • @hollow man  Wiersz wręcz reporterski , brak metafor , sugestywny tytuł. Bez oceny. Mamy tu książkę i niedopitą herbatę, miękkie światło.  .Kobieta pozuje, leży swobodnie, patrzy z czułością.  Powstaje obraz. Pozdrawiam. 
    • Zegar wskazywał już późny wieczór, a w biurze było prawie pusto. Klawiatura komputera stukała w ciszy, wypełnionej tylko szumem klimatyzacji. Karolina siedziała przy biurku, zgarbiona, ze wzrokiem utkwionym w nieskończonej liście e-maili. Każdy nowy komunikat był jak kamień wrzucony do jej już przepełnionego kosza. Nadmiar obowiązków, terminów, nieodpowiedzianych telefonów – wszystko zlewało się w jeden gęsty, nieprzenikniony chaos, który zaciskał się wokół jej umysłu. Patrzyła na ekran, ale nie była w stanie przetworzyć żadnej z informacji. Dłońmi masowała czoło, próbując złapać oddech, ale powietrze wydawało się ciężkie, duszące, jakby każda myśl ważyła tonę. Czuła się, jakby była zatopiona w oceanie zadań, który wciąż się rozrastał, pochłaniając ją coraz bardziej. Wzrok jej błądził, zatrzymując się na półce z filiżankami do kawy, które teraz wydawały się zupełnie nieistotne. Dźwięk telefonu, który nagle zadzwonił, wytrącił ją z zamyślenia, ale tylko sprawił, że poczuła się jeszcze bardziej osamotniona w tym niekończącym się wyścigu. – Tak, Karolino, jeszcze jedno zadanie – powiedział głos w słuchawce. – Będzie trzeba to zrobić na wczoraj. W jej głowie tylko wzbierała cisza. Każdy kolejny dzień stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Przytłoczenie jest jak ciemna chmura wisząca nad głową, która nieustannie rośnie, aż w końcu zapełnia całą przestrzeń. To nie tylko brak czasu, ale nadmiar tego, co musimy zrobić – rzeczy, które wkradają się w nasz umysł, jak hałas, który nie pozwala usłyszeć własnych myśli. Zbyt wiele do zrobienia, za mało przestrzeni na oddech – każdy obowiązek staje się coraz bardziej ciężki, jak kamień na plecach, który zdaje się rosnąć z każdą godziną. Czasem przytłoczenie to nie tylko wielka lawina zadań, ale cichy proces, który wkrada się w naszą codzienność. Niezauważenie przestajemy oddychać pełną piersią. Zamiast żyć, zaczynamy tylko reagować, próbując dotrzymać kroku temu, co nieustannie nas goni. Tłumione emocje, zapomniane potrzeby – wszystko to staje się jednym wielkim ciężarem. Jednak przytłoczenie nie jest nieuniknione. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się nie do pokonania, może okazać się tylko falą, która w końcu opadnie, jeśli pozwolimy sobie na moment zatrzymania. Bo przytłoczenie nie jest końcem. To jedynie sygnał, że trzeba zwolnić, posłuchać siebie, oddzielić to, co naprawdę ważne, od tego, co jest tylko dodatkiem. W chwilach, gdy czujemy się przytłoczeni, nie musimy walczyć z ciężarem. Możemy go puścić, oddać to, co nie jest naszym, i znaleźć w sobie przestrzeń do oddychania. To w tej ciszy rodzi się spokój, który pozwala znowu zobaczyć, że życie nie jest serią niekończących się zadań, ale podróżą, w której to, co najważniejsze, może odbywać się w rytmie serca, a nie w tempie zegara.
    • w ostatnim zdaniu brakuje a miedzy tym, a tym (obietnicą?),  osobiście zrezygnowałbym ze zwrotu w pożyciu i z początku w całym zadaniu. Czyżby młode lata filmowego "Och Karol" ?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...