Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Przez cały grudzień i połowę stycznia pogoda imitowała wiosnę, burząc naturalny porządek w przyrodzie. Ciągle słyszało się, że trawa próbuje rosnąć, budzą się żaby, a w górach widziano niewyspanego, zdezorientowanego niedźwiedzia. Starsi ludzie narzekali na zdrowie, szalała grypa i zwykły katar.
Ilekroć zaglądałem do taty, skarżył się, że łagodna zima i niskie ciśnienie przyprawiają go o depresje. Robił herbatę malinową z miodem i zaczynał: kiedyś to były zimy. Chodziło się po pas w śniegu, odmrażało stopy, zaś na zmarzniętych palcach nóg ledwo dało się chodzić, bo ból przerastał wszelkie wyobrażenia. Kiwałem sennie głową, jednak myślałem swoje. Po co komu taka zima? Zwłaszcza w mieście. Tylko kłopot. Drogowcy zaskoczeni, komunikacja utrudniona, do tego morze błota, kiedy zaspy zaczynają popuszczać. Dlatego brak śniegu oraz temperatura na plusie były mi całkiem na rękę.
W dniu, kiedy zaatakowała prawdziwa zima, siedziałem jak zwykle za ladą naszej rodzinnej Mydlarni i posępnie oglądałem przez wystawową szybę kłęby białego puchu zaścielające ulicę. Byłem coraz bardziej wściekły. Śnieżyca przegoniła przechodniów i o przyzwoitym utargu mogłem zapomnieć. Założyliśmy z Marzeną „Mydlarnię na Kazimierzu” przeszło pół roku wcześniej, ale inwestycja zwracała się wyjątkowo opornie. Zadłużyliśmy się po uszy w różnych funduszach dla początkujących, inkubatorach przedsiębiorczości i zwyczajnych bankach, byle tylko uzbierać na trzymiesięczną kaucję i towar. Za wyposażenie posłużyły nam stare meble po dziadkach, które na Kazimierzu od razu zyskały sławę i raz po raz ktoś przychodził pytać po ile ta lampa, szafa, sekretarzyk czy kufer. Nie prowadziliśmy sklepu z antykami, więc doprowadzał nas do szału brak zainteresowania naturalnymi mydłami na wagę, solami i olejkami, które wypełniały przestrzeń po sam sufit.
Gapiłem się bezmyślnie w okno, przez które prawie już nie było widać świata. Zauważyłem znaczne obniżenie temperatury. Ulice i chodniki zamarzły dosłownie w jednej chwili. Nieliczni przechodnie fikali takie toolupy i inne figury, jakby to była rewia na lodzie, nawet auta tańczyły. Miasto zostało sparaliżowane. Zaparzyłem sobie kawy i z parującym kubkiem wyszedłem na zaplecze wypalić papierosa. Zawsze potem wietrzyłem, otwierając drzwi od podwórka. Gdyby Marzena się dowiedziała, nie obeszłoby się bez awantury. Byłem jednak pewien, że w taki czas żadna klientka do nas nie zajrzy.
Usiadłem na zydelku, popijałem kawę i raczyłem się dymem. Nagle ktoś lub coś zachrobotało do drzwi. W pierwszej chwili uznałem, że mi się zdawało i zignorowałem to, ale za drugim razem pilnie nadstawiłem ucha. Było to ni stukanie, ni drapanie, które pojawiało się w równych odstępach czasu, jak gdyby stanowiło coś w rodzaju szyfru. Zgasiłem peta i łyknąłem kawy. Pogonię szczura, nawet jeśli inteligentny i daje mi sygnały - pomyślałem ze złością.
Na progu stał umorusany sadzą chłopiec.
- Dobry, jest pan Antoni?
Życie we mnie stanęło, kiedy nie ujrzałem czerwonej corsy, którą zaparkowałem przed śmietnikiem kilka godzin wcześniej. Nie było też wypasionej bryki gościa ze sklepu sportowego ani „kanciaka” faceta od dorabiania kluczy. Ba, znikł również sklep sportowy i punkt usługowy ślusarza. To nie było to samo podwórko! Zaścielały je bloki kamieni, zwały węgla i złomu, śnieg czerniał od sadzy i popiołu. Większą część parteru budynku naprzeciwko zajmował zakład kamieniarski, a zamiast dorabiania kluczy funkcjonował krawiec. Z murów sypał się tynk, odkrywając blaknące cegły, z futryn okien obłaziła farba, wiele szyb było uszkodzonych lub wybitych. Nad dachami krążyło stado czarnego ptactwa, które dziobało coś na gzymsie. Odwróciłem się. Za oknem wystawowym mojego sklepu nadal istniał kolorowy, żywy Kazimierz, pełen luksusowych aut i współczesnych szyldów. Tylko ludzi jakoś brakło. Burza śnieżna odcięła mnie od świata, a na dodatek działo się coś bardzo dziwnego.
Spojrzałem na ubrudzonego chłopca. Posturą przypominał mojego Kamila, lecz na tym podobieństwa się kończyły. Mizerna buzia, płaszczyk wiszący na ramionach niby na wieszaku, ciemne, przeraźliwie smutne oczy - żywy obraz nędzy i rozpaczy.
- Jest pan Antoni? - powtórzył.
Miałem wrażenie, że ocknąłem się w samym środku snu.
- Jaki pan Antoni? - zapytałem głucho.
- Szewc. Nie zostawił dla mnie chleba?
- Nie ma tu nikogo takiego.
Zerknął mi przez ramię, jakby chciał upewnić się, czy nie kłamię. Widok wnętrza sklepu wywołał na jego twarzy lęk i konsternację. Zrobiło mi się go żal.
- Głodny jesteś? Chodź. Właśnie miałem zamówić pizzę. Możesz wybrać składniki.
- Ale pan Antoni...
Miał teraz w oczach rodzaj paniki, który widuje się czasem u ludzi, których gwałtownie tracą nadzieję. Spuścił głowę i zaczął grzebać butem w śniegu.
- Mieszkasz tu? - spytałem łagodnie.
Pokręcił głową.
- Skąd się tu wziąłeś?
- Przyszedłem piwnicami. Zawsze przychodzę po jedzenie. Pan mnie nie wyda, prawda?
Poczułem zimny dreszcz. Nic z tego nie rozumiałem, ale postanowiłem przyjąć jego punkt widzenia i reguły gry. Zapewniłem, że nie zamierzam go nikomu wydawać i w końcu wciągnąłem do środka. Niepewnie przekroczył próg, a ja poszedłem po ulotkę pizzerii i telefon.
- Lubię dużo mięsnych dodatków, a ty? - powiedziałem z entuzjazmem - Co byś powiedział na szynkę, bekon, salami, a do tego pieczarki, kukurydzę i brokuły? No, i obowiązkowo podwójny ser.
Patrzył na mnie ponuro. Chyba nic nie rozumiał. Wystukałem numer i przyłożyłem telefon do ucha. Sygnału nie było, więc ponowiłem próbę. Sieć albo była całkowicie zajęta, jak w Sylwestra koło północy, albo atak zimy spowodował awarię. Spojrzałem na chłopca żałosnym wzrokiem, ale nic sobie z tego, że nie będzie pizzy, nie robił. Nieśmiało podszedł do piecyka i wyciągnął zgrabiałe, owinięte zaropiałym bandażem dłonie. Był niewiele wyższy od niego, palce rąk miał mniej więcej na wysokości pełgającego po ściance płomienia.
- To pan nie pali węglem? - zapytał, pociągając sinym nosem.
- Pewnie, że nie. Gazem...
Zmarszczył brwi i lekko pokręcił głową. Chyba mi nie uwierzył.
- A tu jest prysznic?
Wskazał obecnie nie używaną przebieralnię z zasłoną na drążku.
- Pudło! - roześmiałem się - Przedtem był tu sklep odzieżowy. Panie przymierzały tam bluzki i garsonki.
Znów pokręcił głową, ale już wcześniejszego przekonania.
- Szewc...
Nie wiedziałem o co chodzi z tym szewcem, więc przemilczałem sprawę. Przypomniałem sobie, że mam gdzieś nie zjedzoną wczoraj kanapkę i jakieś owoce, które co rano Marzena pakowała mi do torby. Wziął ostrożnie zawiniątko i zajrzał do środka. Srebrna folia nie wzbudziła w nim żadnych uczuć, lecz na widok chleba z żółtym serem, pomidorem i sałatą, uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd poczerniałych zębów. Znów pomyślałem o moim złotowłosym, ślicznie ubranym przez mamę, roześmianym synu, który teraz pilnie wkuwał coś w zerówce.
- Jak ci na imię?
Długo nie odpowiadał, tylko żuł i przełykał, jak gdyby to był jego ostatni posiłek w życiu. Dopiero, kiedy spałaszował całą kanapkę, powiedział:
- Szmul.
- Co?
- Mam na imię Szmul.
- Hm, dziwnie.
- Normalnie. Jestem Żydkiem.
- Kim? Aha...
Jakoś zgrzytliwie mi to zabrzmiało. Nawet język był dla tego narodu okrutny i niesprawiedliwy. Żyd - toporne, nieładne słowo. Żydek - wyraz z nutą bezgranicznej pogardy. Żydostwo - brzmi podobnie, jak dziadostwo. Od przeszło sześciu miesięcy pracowałem na terenie byłej żydowskiej dzielnicy, a nigdy nie doznałem na temat tego miejsca głębszej refleksji. Ot, matryca komercji i turystyki - knajpy, hotele, muzea, synagogi - nałożona na historię dzielnicy. O Żydach zresztą myślałem tak samo często, co o Arabach, Chińczykach i Indianach. Do wszystkich ich nic nie miałem i wszyscy mieszkali gdzieś daleko. A teraz miałem w sklepie żydowskiego chłopca, jak ze starego filmu, szukającego szewca Antoniego.
- A mój tata miał taki sklep - pochwalił się Szmul.
Z przyjemnością zauważyłem, że po mojej kanapce stał się żywszy i bardziej rozmowny.
- Tak? I co się stało?
- Zabrali mu.
- Jak to zabrali?
- Zwyczajnie...
Nie pytałem więcej, żeby nie dowiedzieć się zbyt dużo. Sytuacja była dostatecznie dziwaczna. Dałem mu kilka mandarynek, banana i kiwi. Z tym ostatnim nie umiał sobie poradzić, więc obrałem je i kazałem gryźć po kawałeczku. Mlaskając, w błogim zadowoleniu, zrobił obchód sklepu, oglądając wszystko z ciekawością. Przystanął przy blokach mydła i długo im się przyglądał.
- To są mydła - pospieszyłem z wyjaśnieniem - Kroimy je i sprzedajemy na wagę. Nawilżają, natłuszczają, nadają skórze sprężystość, odświeżają...
- Z czego się robi mydło? - przerwał mi, dotykając koziego mleka z miodem.
- Z tłuszczu. Te akurat z gliceryny. Wszystkie, które tu widzisz, wyrabia się ręcznie z dodatkiem ziół, substancji roślinnych i minerałów, na przykład z Morza Martwego. Wiesz gdzie leży Morze Martwe?
Chłopiec pokręcił głową. Był dziwny. Ciągle zadawał pytania, ale bardzo szybko tracił zainteresowanie, jak gdyby mu się spieszyło albo nie starczało cierpliwości. Wrócił do piecyka i zatarł dłonie.
- Wiem, na pewno chciałbyś postrzelać do kaczek - rzekłem, wskazując stojący na ladzie komputer, który miał pomagać w pracy, ale na ogół pozwalał zabić nudę. Mam fajną gierkę. Strzelamy na czas. Kto więcej. Chcesz?
Znów pokręcił głową. Włożył do ust kawałek mandarynki i długo smakował.
- A do Szkopów? - nie ustępowałem.
Spojrzał na mnie z bezgranicznym przerażeniem. Pomyślałem, że mam dość. Sztywnym krokiem wyszedłem na zaplecze i zapaliłem papierosa. Było mi obojętne, że będzie śmierdzieć. Musiałem czymś zająć dygoczące ręce i uraczyć organizm toksyną. Szmul postał jeszcze chwilę przy piecyku i ruszył za mną.
- To jest sen, prawda? - spytałem błagalnie.
Wzrok jego ciemnych oczu zaczął razić mnie w oczy. Byłem bliski załamania. Czułem, że jeżeli w końcu nie wyjaśni się, o co w tym wszystkim chodzi, zacznę krzyczeć, wybiegnę z tego cholernego sklepu i więcej nie wrócę.
- Czasami też tak myślę - odezwał się cicho - Ale nie ma takich snów...
Zamilkliśmy. Podszedł do drzwi i szarpnął klamkę. Usłyszeliśmy serię z karabinu. Ciętą, świszczącą w uszach. Zakrztusiłem się dymem, a Szmul pobladł gwałtownie. Bez słowa pobiegł do piwnicznego okienka i ujrzałem tylko trzepoczące podeszwy jego butów. Spojrzałem w górę. Tam, gdzie kłębiło się czarne ptactwo, zobaczyłem wysuniętą zza krawędzi dachu rękę. Byłą rozwarta, jakby chciała złapać kawałek spadającego nieba. Szybko zatrzasnąłem drzwi i przekręciłem wszystkie zamki. Włączyłem radio, żeby zagłuszyć rozszalałe myśli. Działało! Spiker podał, że sytuacja jest prawie opanowana i miasto powoli wraca do życia. Kołujące od godziny samoloty z zagranicznymi delegacjami wreszcie mogły wylądować w Balicach, a VIP-y udać się do hoteli i przygotować do jutrzejszych uroczystości.
Za szybą pojawili się pierwsi od dawna ludzie - dozorcy tłukli lód, odśnieżali i posypywali solą, przechodnie wyszli na spóźnione zakupy.
Kiedy weszła klientka, poczułem, że mój świat odzyskał proporcje.

Opublikowano

to już nie lepiej Szmul? jako tytuł
ciekawe opowiadanko
przy pytaniu z czego robi się mydło zrobiło mi się gorąco... ale cieszę się, że słowem nie został temat pogłębiony i zostało to w zawieszeniu, tak jest zdecydowanie lepiej.

Opublikowano

Aha, Leszku, choćbym miał rąbać drwa na Alasce, a będzie gdzieś kafeja, to i tak będziecie pierwszymi czytelnikami, jeśli tylko będziecie chcieli poczytać :) Na forum się odblokowałem po 5 latach milczenia i dużo mu zawdzięczam...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...