Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Wpierw.. obiecałem sobie - nie będę pisał obcesowo czy lakonicznie - najzwyczajniej w świecie zdam jednorazową relację naocznego świadka pewnej jakże spotykanej historii.

 

 

Wczesną jesienią do tego wciąż jeszcze ciepłą wsiadłem do pociągu na stacji Warszawa Centralna w kierunku Suwałki. Pociąg rzecz jasna, tak mniej więcej w połowie drogi, zatrzymywał się również w Białymstoku. Nie pamiętam dokładnie gdzie zaczynał swój bieg, czy było to kilka stacji przed czy też kilkanaście w głowie jedynie utkwił mi fakt, że jak na tą porę dnia i dzień tygodnia był wyjątkowo niezatłoczony. Trzeba dodać dla doprecyzowania, że nie był nawet w połowie zapełniony ludźmi. Mały szczegół, a cieszył z powodu spokojnego i świadomego doboru miejsca w przeciwieństwie do odwiecznie, z braku takowych, stosowanej strategii, kto pierwszy - ten lepszy - bądź ten sobie posiedzi. Wybór ten ograniczył się do pierwszego przedziału z miejscem preferowanym - znaczy się przy oknie z widokiem na wprost do kierunku jazdy. To po drugiej stronie jest czwartym wyborem, co najwyżej, ostatnimi czyli - siódmym i ósmym zajmowanymi przeze mnie i tylko z musu są oba miejsca przy drzwiach. Ale dlaczego miejsce przy oknie tyłem do kierunku jazdy jest dopiero czwartym wyborem? tylko i wyłącznie z powodu podświadomych obiekcji do oglądania się za siebie czyli wstecz, czy też przyglądania się temu co za oknem z perspektywy podwójnie minione, co w moim odczuciu z taką samą mocą kurczy się i odchodzi w niebyt. W przedziale tuż przed dekompresją z jakże dobrze znanym każdemu hukiem drzwi przesuwanych na zawiasach siedziały już dwie osoby. Dźwięk ten jest swoistym katalizatorem alarmująco-oznajmującym pojawienie się kogoś i jednocześnie przykuwa na moment uwagę i wzrok wszystkich pasażerów już w nim siedzących. Tym razem ku mojemu zaskoczeniu tak się nie stało. Obecne tam osoby nie podniosły głów ani wzroku z nad swoich czytadeł. Siedzieli tak jak ich zastałem trwając w swych pozach i na stanowiskach zupełnie niewzruszenie. Myśl pierwsza przeleciała naddźwiękowym mimochodem ocho.. przedział pod mocnym wezwaniem bibliotekarskim.
Introwertyk-przełamywacz taki jak ja posiada, a jakże samocelebrujące się ceremoniały. Głębszy wdech, który nawet w moich uszach brzmi jak kradzież nadprogramowej dawki mieszaniny gazów składających się na powietrze, wzięty co najmniej w zastaw, po czym przeciągnięte dzwoniące w całym przedziale

- Dzień dobry! pań... - w tym samym momencie efekt został osiągnięty - obie głowy po obu stronach siedzeń wyłoniły się momentalnie znad swoich czytelniczych parawanów, po lewej w rogu przy drzwiach mężczyzna ciemny blondyn z trzy-tygodniowym zarostem i z książką od filozofii, po prawej na trzecim miejscu od okna kobieta, blondynka z bardzo przyjemną i uśmiechniętą twarzą - z przekrojem w dłoniach

- ..stwu! czy mogę się dosiąść?!
Jedno pytanie  - poczciwe i małe, a rumieńcem wybuchło na mojej twarzy jak co każde dosiadanie się. Mogło być gorzej - tym razem skończyło się tylko lekkim samo zażenowaniem. Czasem krócej jest lepiej. Najlepiej. Człowiek wyzbywa się tej całej zaprogramowanej kurtuazji, w ramach wybiegu - odebrałem dobre wychowanie i pyta po prostu - można bądź wolne i na pewno nie przegra w grze na najmniejszą ilość wypowiedzianych słów.

- Tak proszę - odpowiedziała ciepło z uśmiechem pani od gazety, przykuwając również spojrzenie jej dotychczasowego współpasażera. Szczęście mi dopisywało. Też miałem książkę, a do tego nie byle jaką z racji rozmiaru ponad tysiąca stron wyglądała gabarytowo jak książkocegła. Był to Lód Dukaja. Szybko po nią sięgnąłem i zacząłem czytać. Cisza zapadła momentalnie. Nie na długo. Już na następnej stacji - Warszawa Wschodnia dosiadł się do nas czwarty  współpasażer. Samo jego zajmowanie miejsca zajęło znacznie dłużej niż jest to potrzebne. Koniecznie chciał wymienić z każdym uprzejmości i zakomunikować swoją obecność. Blondyn z lekko kręcącymi się włosami. Na nosie miał okulary z dość modnymi oprawkami, tak na oko trzydziestopięcioletni. Usiadł na przeciwko mnie mając na twarzy wymalowany uśmiech i nieopuszczające go ani na chwilę podekscytowanie. 

Chyba też miał coś do czytania ze sobą, jakąś w ostatniej chwili zapewne kupioną gazetę. W każdym bądź razie ani razu po nią nie sięgnął, nie dosiadł się do nas również z zamiarem spędzenia tych kilku godzin w bibliotekarskiej ciszy, którą zastał. To pewne. Stało się to kwestią pięciu, może mniej minut, gdy zwrócił się do nas wszystkich tymi słowami:
– Przepraszam was bardzo, ale myślę, że fajnie byłoby się poznać? Jestem Michael – powiedział dość dziwnie zaakcentowanym, ale względnie poprawnym polskim, wprawiając nas w pozytywne zdumienie. – Michał, jak dobrze to pamiętam – szybko dodał.
– Tak – przytaknęliśmy wszyscy z lekką konsternacją w głosie.
– Urodziłem się i kiedyś też mieszkałem w Polsce – kontynuował, jak gdyby nigdy nic. – Wyjechałem z moich rodzinnych stron dwadzieścia osiem lat temu wraz z moją rodziną do Kanady. Miałem wtedy osiem lat. Dlatego nie pamiętam najlepiej języka. Chociaż muszę przyznać, że zanim tu przyjechałem, wziąłem kurs językowy z polskiego, by się lepiej go nauczyć. Podróżuję do Białegostoku, tam też się urodziłem. A czy ktoś z Państwa również może i tam się wybiera?
– Ja też tam wysiadam – odpowiedziała pani po jego lewej stronie.
– O, jak miło, nie jestem więc sam! – wyszczerzył się do niej, po czym spojrzał w naszym kierunku.

– A wy dokąd się wybieracie? – zwrócił się bezpośrednio do nas.
– Augustów, Suwałki – odpowiedzieliśmy jednocześnie.

Przez chwilę łudziłem się nadzieją, że to może być ostatnie pytanie, na które trzeba byłoby odpowiedzieć. Moja wrodzona intuicja, bądź coś, co nabyłem z biegiem lat, podpowiadało mi, że powinienem naprędce przyjąć postawę ostatnich skrzypiec w tym przedziałowym kwartecie. Męczą mnie rozmowy z nieznajomymi o wszystkim i o niczym. Tak sobie pomyślałem. Nie bez znaczenia na moją decyzję miał również fakt, że byłem najmłodszą osobą z całej czwórki. Wolałem więc słuchać i obserwować, dopowiadając i zabierając głos tylko wtedy, kiedy uznałem to za słuszne, bądź czułem się wywołany do odpowiedzi.

– Ooo, muszę przyznać, że nigdy tam nie byłem – odpowiedział Kanadyjczyk z polskim pochodzeniem.
– Jak tam jest w tym Augustowie i w tych Suwa…? – tutaj ewidentnie się zaciął, próbując przypomnieć sobie i odpowiednio odmienić nazwę miejscowości.
– łkach – dopowiedziałem, ratując niezręczną sytuację.
– To może Pan pierwszy?! – Szybko dodałem, wskazując dłonią na mojego sąsiada – tak, by zachować chronologię podróży i wysiadania – uzupełniłem swoją wypowiedź, wzmacniając ją solidnym, jak mogłoby się wydawać, argumentem.

- A moze zamiast Pan i Pani bedziemy do siebie mowic po imieniu, chyba ze chcecie inaczej, to moze ulatwic sprawy w rozmowie? - zapytał  Michał
- Mi to odpowiada - przytaknęła entuzjastycznie jedyna pasażerka
- Ja również tak preferuję - odpowiedział pan siedzący po mojej stronie siedzeń
- Dobrze.. - udało mi się wykrztusić, czując przez moment na swoich plecach myśl zwrotną, że to ja wywołałem to pytanie i to małe zamieszanie o zwrotach grzecznościowych.
- One second, sorry... znowu muszę odezwac - zaśmiał się Michał przerywając moją wypowiedź, co wprawiło nie tylko mnie i po raz kolejny w zdumienie.
- A może zróbmy tak?! Przedstawimy się teraz sobie nawzajem i będziemy mieli to już za sobą. Obiecuję, że to ułatwi naszą rozmowę - coraz bardziej zadziwiał nas swoimi pomysłami i swobodą bycia niecodzienny pasażer.
- Ok niech i tak będzie - odpowiedziała blond Pani - Weronika miło mi! przedstawiła się z uśmiechem od ucha do ucha podając rękę każdemu z nas po kolei.
- Łukasz - również mi miło, podchwycił i kontynuował zwyczaj podawania ręki mi i Michałowi
- zostałem już tylko ja - pomyślałem - Joachim - odparłem, starając się wypowiedzieć swoje imię głośno i wyraźnie tak aby nikt nie zechciał go powtórzyć czy dopytywać, udając, że źle dosłyszał. Liczyłem też na to, że nikt nie skomentuje, jak bardzo oryginalne i niespotykane to imię. Podałem rękę jedynej przeze mnie nieuściskanej osobie – to jest Kanadyjczykowi.

– Świetnie! Teraz już będzie super nam się gadało. Zobaczycie!

Było to na tyle bezpośrednie i nieoczekiwane, że nie pozostało nam nic innego, jak zaśmiać się lekko nerwowym, ale i łagodnym przy tym śmiechem. Atmosfera rozluźniła się. Kanadyjczyk śmiał się z nami również; wydawać wręcz by się mogło, że śmiał się przy tym najszczerzej, a na pewno najgłośniej.

– Na czym skończyliśmy? – zapytał nas, choć i również sam siebie.

– Na Augustowie... – podpowiedziała Weronika, kierując swoje spojrzenie na Łukasza.

– Hm... jaki i czym jest Augustów dla mnie... – dość tajemniczo zaczął Łukasz, po czym kontynuował: – Kiedyś bywał domem, tym najprawdziwszym z krwi i kości. Dziś, jako miasteczko sezonowo-letnio-wybitnie-turystyczne – nie ukrywał uśmiechu nad tą wypowiedzianą przez siebie frazą, co zresztą i my podchwyciliśmy, odwzajemniając się mu tym samym – jest bardziej przystanią. Odwiedzam ją i przybijam do niej od czasu do czasu, głównie by odwiedzić rodziców, choć wiem już, że moje korzenie tam nie należą.

– A gdzie w takim razie i o ile w ogóle zechciałeś zapuścić swoje korzenie na dłużej, jeżeli mogę zapytać? – podtrzymywała rozmowę jedyna pasażerka.

– Oczywiście, że możesz. Myślę, że poniekąd, jak zresztą zgadujesz, to uczyniłem. Przynajmniej na tę chwilę mogę tak już o tym powiedzieć. Zamieszkałem w okolicach Warszawy, dokładnie trzydzieści kilometrów poza nią, czy też pod, w zależności, z której strony spojrzeć. Przy wyborze tego miejsca kierowałem się nie tylko swoimi preferencjami, ale i praktycznością. Pierwszy powód – ekonomia. Zakup M2 wiązał się oczywiście z wzięciem kredytu. W naszej rzeczywistości inne opcje rzadko wchodzą w grę – cała nasza trójka przytaknęła gestem głów na tę konkluzję, jedynie Michał dodał do tej ekspresji delikatne zdziwienie na ostatnie słowa, co nie umknęło mojej uwadze.

– Dzięki temu, że mieszkanie to jest oddalone od stolicy, mam kredyt za ten sam metraż, co w Warszawie – z tą różnicą, że na dwadzieścia lat zamiast czterdziestu. Drugie znaczenie i powód zarazem ma już wymiar doraźnie osobisty. To znaczy – uwielbiam przemieszczać się i być codziennie w drodze. Może to wydawać się dla kogoś dziwne i niezrozumiałe, ale moim najproduktywniejszym momentem dnia jest droga z domu do pracy i na odwrót. Łącznie to są dwie godziny i proszę mi wierzyć lub nie, ale właśnie dzięki tej metodzie jestem na ukończeniu i tu delikatnie się pochwalę – swojej drugiej książki. Chwalenie się, chociaż nikt tak by tego i nie nazwał, zrobiło na nas niemałe wrażenie.

- Wow! - zakrzyknęła Weronika

- Gratulacje! - dodał Kanadyjczyk

- I ja gratuluję! - dołączyłem się do chóru entuzjastów

- Dziękuję, ale to naprawdę nic wielkiego

- Oczywiście, że nie. Każdy z nas tutaj siedzących jest właśnie na ukończeniu swojej drugiej książki - dodała Weronika pomagając rozładować sytuację i wywołując przy tym liczne salwy śmiechu

- Dokładnie tak. Dobre sobie! - jej sąsiad nie pozostawał jej dłużny - w tym samym momencie poczułem spojrzenie całej trójki na mojej osobie, tak jakby ni z stąd ni zowąd, ktoś rozpoczął nową grę i kości zostały już rzucone. Grą to było - każdy mówi raz i nie zabiera głosu ponownie nim cała czwórka się nie wypowie. Odczułem to właśnie tak, nie inaczej. Co więcej nie byłem w stanie w żaden sposób się temu przeciwstawić. Nie zna się zasad gry, ale gra się - pomyślałem

- To o czym są Twoje książki, jeśli można zapytać?

- Współczesna filozofia, przemieszana z psychologią i odrobina futurologii, ale tylko odrobina. Zaśmiał się i kontynuował. Futurologia ma już swój szczyt dawno za sobą. Jest niczym gwiezdne wojny, to znaczy zmiany następują zbyt szybko by na ich podstawie budować i wybiegać w przyszłość. Świat potrzebuje obecnie przyhamować. Tylko i wyłącznie po to by zapytać sam siebie o priorytety, które pogubił po drodze. Zbyt duże przyłożenie siły odśrodkowej nie tylko nie sprzyja refleksji, ale powoduje zbyt gwałtowne rozrzucanie skupisk chaosu. Tak w lekkim filozoficznym skrócie.

- Brzmi ciekawie!

- A nawet bardzo. Zabawne jednym, a właściwie jedynym powodem z powodu, którego tu jestem są zmiany, za którymi przestałem nadążać, albo akceptować je, jako tylko słuszne. 

- Czyż Kanada nie jest jednym z najlepszych miejsc do życia na Ziemi?!

- Też tak słyszałem.

- A ja zawsze chciałam tam pojechać.

- Hmm... Z pewnością była i pewnie dla niektórych wciąż jest, ale czy dla mnie jest takim miejscem - mam coraz większe wątpliwości.

- Tzn.? - zapytałem w tym samym momencie Łukasz i Weronika skierowali wzrok na Michała.

- Widzicie tu nie ma prostych odpowiedzi. Znów ten diabeł pochował się w szczegółach. Jestem spełnionym zawodowo 36 latkiem. Mam kilka nieruchomości i własną dochodową firmę. Wszystko na swoim miejscu. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko i aż rodziny. I tu się zaczynają moje życiowe schody. Nie chcę byście mnie źle zrozumieli, ale w Kanadzie kobiety są troszeczkę inne - spojrzał porozumiewawczo w stronę Weroniki, lecz jedyne co dostał wzamian to zdziwienie przemieszane z lekkim oburzeniem.

- Nie ma różnych kobiet wszędzie jesteśmy takie same - stanowczo i z lekką irytacją odparowała Wera
- Tak wiem. Piękno, uroda i mądrość są niezmienne. Znów mam na myśli szczegóły i własne doświadczenia. 
- Chyba prędzej wyobrażenia i stereotypy - nic a nic nie spuszczając z tonu, wtrąciła jedyna pasażerka. 
- Być może, nie jest i to wykluczone. Ja jednak mam już swoje zdanie wyrobione w tej kwestii i zbyt dużo widziałem oraz przeżyłem by nie zweryfikować tych moich wyobrażeń i stereotypów ot chociażby w kraju, z którego pochodzę. 
- To na czym miałaby niby polegać ta inność jak to sam ująłeś Kanadyjek względem nas Polek? - wciąż z wyczuwalną silną emocją dyzaprobaty w głosie zapytała Weronika
- Hmm.. chyba najbardziej widoczną różnicą jest to, że kobiety w Kanadzie nie pozwalają się adorować, czy na przykład by bezintersownie im pomagać to jest traktować je po dżentelmeńsku. Ot przytoczę głupi incydent, koleżanka z pracy niosła wszystkim osobom tacę z kawami, widząc, że ma problem z otwarciem drzwi przyspieszyłem kroku by jej je otworzyć. Nie tylko, nie skorzystała z tego, ale była wręcz oburzona moim gestem, wylewnie mi tłumacząc, że nie chce być przeze mnie nigdy więcej tak traktowna. 
- Proszę Ciebie, litości! Dlaczego zawsze targetujecie kobiety z tym dżentelmeńskim zachowaniem, ciekawe gdyby to był jakikolwiek mężczyzna, czy również przyspieszyłbyś kroku by mu pomóc? Zresztą powiem więcej gdyby to była postawna, słusznej sylwetki kobieta szansa na bezintersowną pomoc ze strony jakiegokolwiek "dżentelmena" w promieniu stu metrów spadłaby o sto procent. Jednym słowem dżentelmeństwo to bardziej wysublimowana i archaiczna forma seksizmu. 
- To są praktycznie i dosłownie jej słowa. Znacie się czy jak!? Dodam jeszcze, że pomógłbym każdej z tych osób, które wymieniłaś gdyż pomocna dłoń nie powinna się brać z żadnej ideologii, czy kindersztuby, a ze zwykłego, naturalnego odruchu. Odrzucanie zaś bezinteresownej pomocy tylko i wyłącznie ze względu na ideologię i przekonania zaczyna mi pachnieć już doktryną. Później robi się ciekawiej i ciekawiej, aż człowiek sam zapomina dlaczego porządanym działaniem jest wyzbycie się naturalnego odruchu pomocy i być może mniej naturalnego, ale przez to, ani trochę gorszego - przyzwolenia na tą ofiarowaną pomoc. 
- Uważam podobnie... -  wtrącił się ponownie w dyskusję Łukasz, co więcej myślę, że pewne wielopokoleniowo wypracowane postawy oraz zachowania, które brały się z tychże, jednak nie do końca naturalnych odruchów, są jak najbardziej naturalne dla człowieka. Są one również pewną ewolucyjną konsekwencją potwierdzenia, ale i zaadoptowania się człowieka w humanizmie oraz dobru. 
- Czyli mam rozumieć, że są jedynie słuszne bo dobre zarazem i nie wolno ich w żaden sposób kwestionować? Pozwól Łukasz w takim razie, że zadam Ci to pytanie czy diabeł będąc dżentelmenem i pomagając otwierać drzwi komukolwiek, staje się automatycznie dobrym humanistą? 
- Diabeł od podszewki do nawleczki jest humanistą bez wątpienia - odpowiedział ze spokojem Łukasz. Bez wątpienia też, jako konstrukt ideologiczny nie może być dobry. Nie i koniec. 
- Skoro uczynił dobrze to na moment był tym dobrym przecież..?
- Dobry uczynek jest dobry tylko wtedy gdy jest bezintersowny. Natomiast bezinteresowność w przypadku diabła nie ma w ogóle precedensu. Wszystko co robi i jak to robi jest poddane nieustannej kalkulacji i osiągnięciu korzyści. Można by rzec przewrotnie, że cel uświęca jego środki. Jak już wspomniałem wcześniej - diabeł jest skończonym humanistą, nic co po ludzku napędzające wyobraźnię do działania i ciekawości - nie powinno mu być więc i obce. Kryję się za tym jego kolejna cecha jako tego właśnie konstruktu to jest - niedościgniony koneser piękna, urody i sztuki - tu, w tym miejscu, posłużę się własnym cytatem - obrzydliwa atrakcyjność i najczystsza pokusa jest diabelsko nadrzędną cechą. Plus pośpiech diabeł nie cieszy się na ludzki pośpiech on się śmieje z jego powodu do rozpuku. 
- Nieźle całkiem sporo myśli o koleżce, którego nawet nie ma i nie było. Tyle ode mnie, a ty jak uważasz Joachim? zapytał Michał. 
- Czort z tym diabłem! - wykrztusiłem z siebie bez chwili zastanowienia niczym uczniak wyrwany do odpowiedzi.
Cały przedział wybuchną raptownie śmiechem. Tak jakby dyskusja potrzebowała odświeżenia i zmiany klimatu. Uśmiechnąłem się i ja, a może po prostu ta radość pozostałych współpasażerów mi się udzieliła. Krążąc jeszcze przez moment przy swoich myślach spojrzałem na wprost, tak jakby właśnie ta chwila miała być esencją tej podróży. Mym oczom ukazały się twarze nie tylko szczęśliwych ludzi, ale również  atrakcyjnych i tak samo pewnych siebie. Oboje mieli blond włosy, niebieskie oczy i oboje byli wręcz łudząco podobni. Gdyby ktoś właśnie w tym momencie, próbowałby się do nas dosiąść od razu zapewne pomyślałby, że to jest rodzeństwo albo, że muszą być conajmniej ze sobą spokrewnieni. To mogłaby być całkiem dobrana para, gdyby tylko tak móc cofnąć ostatnie pięć minut rozmowy, można by nawet stwierdzić i rzec, że całkiem zgodna.

 

 

***

 

Kilka stacji później, gdy pociąg zwolnił, a za oknem pojawiły się pierwsze zabudowania Białegostoku, Michał i Weronika zaczęli zbierać swoje rzeczy. Atmosfera w przedziale, chwilę wcześniej gęsta od filozoficznych sporów, teraz stała się ciepła i niemal familiarna.

-To nasz przystanek – powiedziała Weronika, zamykając swoją torbę.
-Tak, mój też – odparł Michał, a w jego głosie słychać było nutę niepewności, która kontrastowała z wcześniejszą pewnością siebie.

Kiedy pociąg stanął, pożegnaliśmy się szybkimi uściskami dłoni i skinieniami głów. Przez okno obserwowałem, jak schodzą na peron. Przez chwilę stali niezdecydowani, jakby ważąc niewypowiedziane pytanie. Weronika wskazała coś w kierunku wyjścia, Michał przytaknął i – ku mojemu zaskoczeniu – podał jej ramię. Nie jako gest dżentelmeński, o którym tak dyskutowaliśmy, ale jako naturalny, wspólny punkt oparcia. 

-Widzisz to? – zapytał Łukasz, pochylając się ku oknu.
-Widzę – odparłem.

Ruszyli w tym samym kierunku, ich sylwetki stopiły się z tłumem, a potem wyłoniły z niego już jako para – dwie blond głowy pochylone ku sobie w rozmowie, której już nie mogliśmy usłyszeć. Szli wolno, jakby celowo przedłużając te pierwsze wspólne kroki.

– To może potrwać – powiedział Łukasz z lekkim uśmiechem. – Dłużej, niż się wydaje. – Kto wie – dodałem po chwili, gdy pociąg ruszał – może ten spacer wcale nie ma końca.

I gdy Białystok znikał za nami w jesiennym zmierzchu, pomyślałem, że czasem najważniejsze podróże zaczynają się tam, gdzie kończy się pewien etap drogi. Czy to szczęśliwe zakończenie? Zdecydowanie tak, choć po krótszym namyśle – może po prostu to ta cienka linia i ten nieuchronny przeskok między końcem a początkiem. Tam, gdzie zostaje już tylko droga, na której nie liczy się cel, a jedynie to, kto idzie obok ciebie.

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Pan Ropuch
- (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Z rozbudowanego, ale ciekawie nakreślonego wstępu wnoszę, że narrator ma intrygującą historię do opowiedzenia.

Mała uwaga: Michał (Michael) byłby bardziej przekonujący, gdyby jego język polski był rzeczywiście łamany.

 

Pozdrawiam

 

P.S. Lubię podróżować pociągiem. :)

Edytowane przez WarszawiAnka
literówka (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@WarszawiAnka Coś pokombinuję jeszcze z tym. Tekst jeszcze potrzebuje dużo poprawek. Najważniejsze, że spróbowałem ujarzmić chociaż swoją piętę achilesową to jest pisanie dialogów. Wiem, że to jeszcze wiele pozostawia do życzenia i poprawy, ale dobrze, że w ogóle się odważyłem. ;) Historia jest nieskończona jak sama zauważyłaś czy uda mi się poprowadzić ją w interesujący sposób - pojęcia nie mam - spróbować- spróbuję proszę trzymać kciuki i dziękuję za obecność i uwagi.

 

Pozdrawiam

Pan Ropuch

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Dziękuję. :)

 

Tak rozwinięty wstęp wydaje się zapowiadać długą historię. Chociaż - może być też ćwiczeniem literackim. :)

Skoro jednak włożyłeś już sporo pracy w ten wstęp, mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi.

 

Życzę powodzenia!

 

 

...i jeszcze raz dziękuje. :)

 

 

Edytowane przez WarszawiAnka
spacje (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Przeczytałam na dwóch wdechach☺ 

Fajowe opowiadanie☺ 

Mnie ciągle ktoś zaczepia w pociągu, autobusie, tramwaju 

Zazwyczaj są to nietrzeźwi panowie 

No już do nich to ja mam wyjątkowe szczęście☺

Opublikowano

@Gosława To się będzie dopisywało, walę na żywca, choć wiem gdzie ta historia się skończy, bo w 95% ją przeżyłem (5% to szmery pamięci jakie się naniosły same po 12 latach). Czy starczy mi sił by ją należycie odtworzyć i przytoczyć - tego już NIE WIEM. 

 

Pan Ropuch

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Ponownie jest mi miło. :)

Lubię dziękować. :)

 

Pozdrawiam

 

 

 

Jeśli ta historia naprawdę się wydarzyła i uznałeś, że warto się nią podzielić, a także napisałeś już wstęp - to jesteś już z w połowie drogi. :)

 

Pozdrawiam

Edytowane przez WarszawiAnka (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...