Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

W pokoiku panował nieznośny zaduch. Jedyne okno pozostawało przez cały czas zamknięte i zasłonięte bordową kotarą. Na wąskim łóżku leżała drobna kobieta o ściągniętej bólem i niepokojem twarzy. Patrzyła bezmyślnie w sufit.
Drzwi uchyliły się i do pomieszczenia bezszelestnie wszedł lekarz. Kiedy kobieta wbiła w niego błagalne spojrzenie, na jego kościstej twarzy pojawiło się coś w rodzaju skwapliwego zadowolenia. Położył jej ciepłą rękę na czole i zbadał puls.
- Jak się pani czuje?
Kobieta nawet nie mrugnęła powieką.
- W ogóle się nie czuję – wyszeptała.
- Zabieg się udał. Nie będzie żadnych komplikacji. Niedługo wróci pani do domu...
Powiedziawszy to, posłał jej zbolały uśmiech i wyszedł. Niespodziewanie po policzkach potoczyły się jej łzy. Zamiast ulgi, radości, odprężenia - czuła, że coś w niej pękło i zaczęło palić wnętrzności do żywego. Gwałtownie przewróciła się na bok i skuliła w pozycji embrionalnej. Łzy wsiąkały w poduszkę tworząc wielką, przejmującą plamę.


Było ich dwóch. Nikt nie wiedział, skąd się wzięli. Świat nie przyjął ich ani gościnnie, ani z wrogością – pozostał doskonale obojętny. Przedostali się na jego terytorium bez zaproszenia, więc nikt nie zaplanował dla nich miejsca, nie czekał z otwartym sercem, ciepłym domem i szansami na przyszłość.
Porzucone noworodki znalazła na schodach szpitala młoda pielęgniarka. Ordynator pediatrii zgodził się przyjąć chłopców na jakiś czas, żeby nabrali sił, ale potem czekała ich adopcja lub dom dziecka.


Piotr bardzo dobrze znosił pobyt w placówce opiekuńczej. W przeciwieństwie do dzieci, które trafiły tam z domu rodzinnego, on nie znał innego życia. To był jego dom, gdzie wychowawcy zastępowali mu rodziców, a wychowankowie rodzeństwo. Zresztą nie pozostał tam długo. Wystarczyło, że podrósł i zaczął wykazywać niezwykłe cechy charakteru, by szybko znaleziono mu nową rodzinę. Zabrało go bezdzietne małżeństwo czterdziestolatków, posiadające własny dom i dobrze prosperującą wypożyczalnię video. Już w momencie powitania sprawił, że przybrana matka zapłakała ze szczęścia.
- To jest mama, a to tata? – spytał zaciekawiony i kiedy usłyszał odpowiedź twierdzącą, dodał z uśmiechem – Więc będziemy rodziną.
Zamieszkał w małym domku na przedmieściach, gdzie miał swój pokój i osobną łazienkę. Z początku nie umiał przyzwyczaić się do ciszy, intymności, samodzielności, potem zrozumiał, że każdy człowiek ma jakiś świat i nie trzeba ciągle być w grupie. Rodzice również uczyli się życia od nowa, z nim jako postacią centralną, której trzeba podporządkować wszystko. Z czasem bariery ustąpiły wzajemnej, bezgranicznej miłości.
Ciągle zadziwiał swoją osobowością, niezwykłą na swój wiek mądrością, skalą wrażliwości. Od początku wykazywał inteligencję, z jaką nie spotkali się dotąd nigdy. Pochłaniał wiedzę w tym samym tempie co kanapki z szynką, ciągle o coś pytał, nieustannie był ciekawy świata i ludzi. Potrafił być męczący. W przedszkolu też wzbudzał same zachwyty, bo predyspozycjami umysłowymi przewyższał wszystkie uczęszczające tam dzieci. Odkrył też coś nowego – niespożytą energię, która nie pozwalała mu odpoczywać razem z rówieśnikami. Widząc to, opiekunki starały się pracować z nim indywidualnie. Tylko, kiedy chorował, był w stanie leżeć spokojnie.
Bardzo lubił przebywać u rodziców w pracy, bo spotykał wielu nowych ludzi i zawsze działo się coś godnego uwagi. Często zabierał do domu kasety z bajkami, lecz tylko te, które jego zdaniem, przedstawiały jakąś wartość. Nie tolerował czystej rozrywki, żądał od medium choćby namiastki mądrości. Więcej zresztą czytał bajek niż oglądał, jak gdyby wyczuwał, ze ta forma lepiej służy jego bujnie rozkwitającej osobowości. Nikt nie był w stanie czegokolwiek mu w tej materii narzucić.
Co jakiś czas ojciec zabierał go na ryby albo w góry, by wzmocnić go fizycznie i odciągnąć choć na chwilę od spraw ducha, którym poświęcał tyle energii. Początkowo Piotr niechętnie wychylał nos z pokoju pełnego zabawek i książek, ale już w czwartej klasie szkoły podstawowej pojął, że w życiu potrzebna jest równowaga. Zaczął z prawdziwą przyjemnością łowić, a zdobywanie kolejnych górskich szczytów traktował jako swego rodzaju wyzwanie. Razem z ojcem wygrali wojewódzkie zawody wędkarskie i spenetrowali większość grzbietów Tatr, Bieszczad i Sudetów, zdobywając wszelkie dostępne odznaki PTTK. Z mamą natomiast chętnie sprzątał dom, pomagał w kuchni czy ogródku, cały czas rozprawiając na temat literatury, sztuki i nauki. Zdarzało mu się nawet wkraczać na teren zarezerwowany dla filozofii.
- Jak to się dzieje, że to, o czym czytamy i to, co nas otacza, to dwie różne rzeczy? – pytał w zaufaniu – Jak to możliwe, żeby teoria była tak bardzo przekłamana przez praktykę?
Mama uśmiechnęła się wtedy z uwielbieniem. Zawsze czuł się dziwnie, kiedy patrzyła na niego w ten sposób, lecz jednocześnie był niezmiernie dumny, że potrafi budzić w niej tak głębokie uczucia.
- Po to właśnie jest teoria, abyśmy próbowali realizować ją najlepiej jak umiemy – odparła – Obie strony jednak nigdy się w pełni nie pokryją.
- Dlaczego?! – protestował – Przecież to bez sensu!
- Jesteś, syneczku, zbyt surowy dla świata. To, co zależy od ludzi, rzadko jest bliskie ideału.
- Więc po co nam teoria? – oburzył się z dziecinną naiwnością – Możemy tworzyć praktykę na bieżąco.
Mówiąc to, przekrzywił głowę, co u niego było wyrazem totalnego skupienia na omawianym temacie. Mama westchnęła bezsilnie i pogładziła jego miękkie włosy.
- Mało kto to potrafi – tłumaczyła cierpliwie – Większość ludzi potrzebuje ideału, do którego mogliby dążyć.
- Jakoś nie dążą.
- Próbują.
- To za mało!
Mama rozłożyła ręce w geście kapitulacji.
- Kiedy dorośniesz, sam będziesz mógł im to zademonstrować.
- Tak zrobię!
Ta rozmowa nieco rozjaśniła mu sytuację. Już wiedział, że aby zmienić świat, trzeba wielu ludzi oddanych idei, a i tak sukces w pełnym wymiarze nie będzie możliwy do osiągnięcia nigdy. Posmutniał pod wpływem tej refleksji. Tak szybko stracił pierwszy, naiwny punkt widzenia, tak szybko poległy jego pierwsze, poważne marzenia.
Lata mijały mu beztrosko i z biegiem czasu przyszło uspokojenie. Zapomniał o rozczarowaniu i zaczął budować nowy porządek. Zyskał pewność, że wokół siebie zawsze będzie miał taki świat, jaki chce widzieć, bo potrafi mieć go pod kontrolą. Z takim przekonaniem piął się po szczeblach edukacji i bardzo długo było tak, jak zaplanował. Był prymusem. Chętnie angażował się w prace społeczne. Przystąpił do wszelkich organizacji szkolnych, bo wydały mu się pożyteczne i perspektywiczne. Rodzice zyskali w nim znakomitą pociechę na stare lata, choć czasem robił rzeczy, które nie do końca im się podobały. Nie życzyli sobie, by był tak skrajnym idealistą, bo któregoś dnia mogło okazać się, że nie wytrzyma próby sił z rzeczywistością.
Którejś Wigilii posłali go po ostatnie zakupy. Długo nie wracał. Ojciec już chciał za nim iść, a mama dzwonić na policję, kiedy Piotr stanął w drzwiach z bezdomnym mężczyzną, którego spotkał po drodze. Zażenowany włóczęga podobno bronił się ile sił, lecz w efekcie uległ przejrzystej, natchnionej perswazji chłopca. Tłumaczył potem, że ujęła go niezwykła dobroć Piotra i nie miał sumienia go zawieść. W każdym razie ich syn zapukał do drzwi z obdartym, zarośniętym mężczyzną o bardzo smutnych oczach.
- To jest pan Wiktor- przedstawił gościa z uśmiechem, który powaliłby na kolana największego oponenta – Zaprosiłem go na kolację, bo strasznie mnie drażni puste miejsce przy stole. Chciałbym, żeby symbol ożył.
- Ja...przepraszam...
- Prosimy dalej – mama przytomnie otwarła drzwi na oścież.
Do kolacji pozostała godzina z okładem, więc Piotr wziął gościa do siebie. Po chwili mama przyniosła kawę i ciastka, po czym wycofała się cicho. Obserwowali się długo. Piotr pierwszy przerwał milczenie.
- Dlaczego nie ma pan ochoty żyć?
- Przecież żyję!
- Tak???
- Tak jak umiem. Nie jestem wybredny. Nie mam wymagań. Czy to zbrodnia?
- Moim zdaniem tak.
Pan Wiktor zamyślił się wyraźnie zakłopotany. Piotr z uwagą studiował jego rysy i osobliwą gestykulację, polegającą na pocieraniu kciukiem brody. Niżej nie patrzył, bo nie mógł znieść widoku poplamionego płaszcza, zniszczonych spodni i dziurawych skarpet. Sama twarz bezdomnego sprawiała wystarczającą przykrość. Była czerstwa, miejscami zaczerwieniona od przemrożenia, a chorobliwą bladość cery podkreślała ruda broda.
- Czuję się jak uczeń – mruknął rozbawiony pan Wiktor.
- Przepraszam. Nie taki był mój cel – jęknął rozczarowany Piotr.
- Nic nie szkodzi, ale już za późno, by cokolwiek zmienić.
- Nie wierzę. Co pana tak stłamsiło?
- Życie, mój drogi. Samo życie. Nic mi nie wychodziło, więc przestałem się starać. Powiedz, czy nie wolno tak żyć?
Piotr zapalczywie pokiwał głową.
- W pewnym sensie nie wolno. To jakby wbrew naturze.
Pan Wiktor drżącą ręką uniósł filiżankę do ust i bardzo powoli ugryzł kawałek ciasta. Potem równie wolno odmierzył słowa:
- A jeśli dla mnie natura składa się z podłości, fałszu, chciwości, nienawiści?
- To nieprawda!
- Prawda cząstkowa, ale dla mnie podstawowa. Doświadczyłem jej. Dlaczego miałbym jej nie ufać?
- Już nie wiem jak z panem rozmawiać.
Bezdomny położył mu rękę na ramieniu, ale Piotr strząsnął ją szybko. Widać było, że ma ochotę rozpłakać się.
- Posłuchaj, mój chłopcze. Mało jeszcze wiesz o świecie. Coś ci wytłumaczę. Spójrz: pchła gryzie psa, pies pchły nie gryzie. Pies czasem gryzie człowieka. Człowiek też może go ugryźć, ale woli kopnąć albo zastrzelić. Jest więc na szczycie drabiny. Został uczyniony władcą Ziemi, ale nie potrafi używać swojej mocy zgodnie z przeznaczeniem. Najczęściej kieruje ją ku sobie lub bezbronnej przyrodzie. Ja tak nie chcę, więc wycofałem się na peryferie, gdzie nikt mnie nie zagraża, ani ja nie zagrażam nikomu. To przecież zdrowy układ.
- Ja też nie chcę tak żyć – obruszył się Piotr – Czy to znaczy, że mam rzucić wszystko i mieszkać na ulicy?
- Jasne, że nie. Masz sporo czasu, żeby znaleźć lepsze wyjście – Pan Wiktor nieoczekiwanie uśmiechnął się szeroko – Widzisz, ja też się na coś przydałem. Pokazałem ci, że z ideałami nie warto przesadzać. Są piękne, ale zdradliwe. Muszą być kontrolowane. A teraz już pójdę...
- Nic mi pan więcej nie powie?
- Na jaki temat?
- O sobie.
Pan Wiktor zawahał się na moment. Zaciskał do białości usta, po czym wyraz jego twarzy znacznie złagodniał. Twarde spojrzenie Piotra zdawało się zatrzymywać go w miejscu.
- Byłem miękki i nieudolny. Nie nadążałem za tempem życia. Straciłem przez to żonę i małe dziecko. Zacząłem pić, a kiedy piłem, straciłem mieszkanie i wszystkich przyjaciół. Teraz mieszkam nigdzie i z nikim się nie zadaję. Nawet nie wyobrażasz sobie jaka ziemia potrafi być zimna...
Piotr pokiwał głową. Widać było, że szczera odpowiedź przyniosła mu ulgę. Bezdomny dopił swoją kawę i schował do kieszeni kawałek ciasta. Wyszedł bezszelestnie przez nikogo nie odprowadzany. W drzwiach pokoju natychmiast stanęła mama.
- Mój królewicz jest smutny? – pogłaskała go czule.
- Rozumiał mnie, ale sobie poszedł...
- Nie możesz go zmienić. Jutro spotkasz innych i potraktują cię tak samo. Ludzie osiągają najwięcej lub najwięcej tracą za młodu.
Piotr nie wykazywał ochoty do dalszej dyskusji.
- Zapraszam do stołu – powiedziała.



Gdzieś w głębi duszy Bartka zawsze mieszkał żal do świata. Za brak domu, jakość życia, za ciągłe pomiatanie jego osobą i każdą nieudaną chwilę. W trakcie dorastania poczucie niesprawiedliwości stało się wręcz obsesją, która coraz bardziej izolowała go od reszty społeczeństwa. Był jak wielka, ropiejąca rana.
Początkowo było mu nawet dobrze. Miłe panie bawiły się z nim, pilnowały go i pielęgnowały. Czuł się potrzebny. Później okazało się, że to tylko praca i niewidzialna ręka szefa może je dowolnie wymieniać. Pani, którą pokochał nad życie, pewnego dnia musiała odejść, a na jej miejsce przyszła dziwna, oschła, niecierpliwa dziewczyna, która od razu mu się nie spodobała. Bardzo tęsknił za Misią (jak ją nazywał) i nie umiał zapomnieć jej niezwykłej dobroci. Nagle wszystko się zmieniło. Nowa ciągle go poganiała, krytykowała, miała za nic, jak całą resztę dzieciaków z sali. Zaczął codzienność traktować jako przykry obowiązek, swoje małe stąd-dotąd, które trzeba wypełnić, by uzyskać spokój.
Któregoś dnia do jego kształtującej się świadomości dotarła myśl, kto to jest matka i dlaczego jej przy nim nie ma, rozczarowanie światem przybrało postać łagodnego autyzmu. Była to choroba symulowana, którą sobie wymyślił jako barierę ochronną przed innymi. Wychowawcy i nauczyciele ciągle pytali, dlaczego przestał się uczyć, dlaczego unika kontaktu, dlaczego nic nie mówi, lecz nie fatygował się, by im cokolwiek tłumaczyć. Ale nie dawali mu odetchnąć. Stale ktoś próbował wtargnąć do dziecięcego bastionu i wziąć go w niewolę. Za którymś razem stracił cierpliwość. Miał wtedy dwanaście lat. Nadchodził czas wystawiania stopni okresowych, a on miał spore zaległości we wszystkim, oprócz w-fu. Młoda wychowawczyni przyszła do niego wieczorem, sprawdzić czy się uczy i zastała go siedzącego na parapecie z podkurczonymi kolanami.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Wydaje ci się, że jesteś na wczasach?!
Nie odpowiedział. Jak zwykle nie drgnął nawet jeden mięsień na jego twarzy, choć w środku pulsował cały organizm.
- Rozmawiaj ze mną!
Szarpnęła go za ramię tak mocno, że spadł z parapetu i poturlał się po posadzce. Tego było za wiele.
- Odczep się! – warknął, zrywając się na równe nogi.
- Nauka i posłuszeństwo to twoje najważniejsze obowiązki. Czy tego chcesz, czy nie, musisz mnie słuchać – wycedziła.
Pełen długo tajonej złości Bartek złapał ją za włosy i podrapał policzek do krwi. Nienawidził jej rudych pukli, szpiczastego nosa i wielkich okularów. Nie pozostała mu dłużna. Uderzyła go w twarz. Był chłopcem tak drobnej postury, że siła ciosu powaliła go na plecy. Poczuł przy tym, jak gdyby mózg podskoczył mu wewnątrz czaszki. Leżał i dyszał, patrząc na nią morderczym wzrokiem.
- Mam cię już dość!!! – wrzasnęła przestraszona – Idę po dyrektora...
Ruszała do drzwi, gdy Bartek w odruchu paniki skoczył jej na plecy. Impet przewrócił ją od razy, a ciężar chłopca przygniótł do podłogi. Zaślepiony furią chłopiec zaczął walić pięściami gdzie popadło, ale ona nie przestawała krzyczeć.
- Zamknij się, kurwo!!! – zawył przenikliwie, bo jej głos wdzierał mu się do głowy i sygnalizował, że robi coś złego.
Bardzo chciał to w sobie uciszyć i odzyskać spokój. Złapał faliste włosy i uderzył jej głową o posadzkę, wkładając w to wszystkie siły. Potem jeszcze raz... W końcu umilkła. W tej samej chwili umilkł też krzyk w jego głowie. Płacząc spazmatycznie, podniósł się i rzucił do ucieczki. Zbiegł po schodach i wypadł na podwórko. Już nikt nie będzie miał prawa go dotknąć, bo obroni się przed obcymi siłą. Przebiegł przez ogród, odbił się od betonowego murku i pokonał niski płotek.
Pobiegł nad rzekę po drugiej stronie ulicy. Zawsze tam uciekał, kiedy świat robił mu na złość i potrzebował samotności. Zbiegł po stromym zboczu na kamienistą plażę. Do zmroku siedział bez ruchu i wpatrywał się w leniwie płynącą wodę. W końcu zasnął.
Wczesnym rankiem obudził go dotkliwy chłód. Trzęsąc się niemiłosiernie, poczuł złość na wszystko i wszystkich. Na dodatek burczało mu w brzuchu, jakby nie jadł od stuleci. Zaczął tańczyć i podskakiwać, parodiując Michaela Jacksona, potem ruszył brzegiem w dół rzeki. W zamyśleniu nie zauważył starszego pana w ortalionowej kurtce i czapeczce z daszkiem, który wędkował, siedząc tuż przed linią wody. Mężczyzna odwrócił się przestraszony, ale na widok chłopca, uśmiechnął się życzliwie.
- Co ty tu robisz tak wcześnie?
- Chodzę sobie...
- Dziwne. Dzieci o tej porze śnią o dniu wolnym od szkoły, co nie?
Starszy pan miał miłą twarz, siwe włosy i niewielki wąsik. Kiedy zobaczył, że chłopiec dygocze z zimna, podał mu koc i poczęstował kubkiem gorącej herbaty.
- Jesteś głodny?
Bartek pokiwał głową. Bułka z szynką smakowała wybornie, zwłaszcza że na co dzień jadał marmoladę, pasztetową i jajecznicę.
- Powiedz coś o sobie – poprosił starszy pan, kiedy bułka przepadła w żołądku chłopca.
Bartek poczuł ukłucie niepokoju, ale po chwili odzyskał wigor.
- Tata się upił i zbił mamę – pociągnął żałośnie nosem, nie mogąc uwierzyć jakie to łatwe – Potem chciał mi dołożyć, ale zwiałem. Lepiej spać nad rzeką...
- Straszne.
- Ale to nic. Jak wytrzeźwieje, to przyniesie mamie kwiaty i będzie po staremu.
- To go rozgrzesza?
- Nie wiem.
- Zupełnie takich ludzi nie rozumiem. Wychowałem dwójkę dzieci i nawet nie podniosłem na nie ręki. Niektórzy ludzie nie powinni być rodzicami.
Bartek nie byłby sobą, gdyby nie skomentował tych słów.
- Co wtedy mają robić dzieci? - zapytał drwiąco, patrząc mu głęboko w oczy.
Starszy pan bezradnie potrząsnął ramionami. Akurat złapała ryba, więc zajął się kręceniem kołowrotkiem. Była to maleńka płotka, którą od razu wyrzucił z powrotem do wody.
- Teraz, to ja nie wiem co powiedzieć – przyznał i zamachnął się wędką od nowa – Wiem tylko, że dzieci to nasz największy skarb.
Bartek zaśmiał się krótko.
- Nie jestem skarbem – mruknął – Jestem ciężarem.
Wędkarz przyglądał mu się straszliwie długo, potem uśmiechnął się zmieszany.
- Jeśli chcesz, możesz tu przychodzić codziennie – powiedział po chwili – Będę cię zabierał na obiad i... no, nie wiem co jeszcze...
- Nie – odparł stanowczo Bartek – Ja lubię być sam. Najlepiej będzie, jak sobie już pójdę.
- Zaczekaj! – krzyknął wędkarz – Masz tu, przyda ci się.
Wręczył mu zmięty banknot i serdecznie poklepał po ramieniu. Bartek spojrzał mimochodem na papierosy, które leżały obok krzesełka dobroczyńcy.
- A dałby mi pan te papierosy?
- Co to to nie! – obruszył się wędkarz – Jesteś za młody.
Bartek stłumił uśmiech, który błąkał mu się na ustach.
- E, nie dla mnie. Dla ojca. Na pewno już nie ma i kiedy wstanie, znów będzie wściekły...
- To co innego, weź.
Bez żadnego zażenowania Bartek sięgnął po paczkę papierosów. Schował do kieszeni i spojrzał prosto w niesamowicie błękitne oczy dobroczyńcy.
- Pan jest dobry.
- Chciałbym – odparł zakłopotany wędkarz.
Bartek ruszył wzdłuż rzeki. Po paru krokach przystanął i odwrócił się.
- Pan jest aniołem – powiedział z powagą – Tylko ja w anioły nie wierzę. Niech pan lepiej wraca do nieba, bo tu się pan rozczaruje...
Odszedł, nie zwracając uwagi na to, co mógłby usłyszeć. Był jak w transie. Patrzył daleko przed siebie ze ściśniętą twarzą.
- Hej, chłopcze! Zaczekaj! Mylisz się! Wszystko zależy od nas! Nie walczymy i to jest właśnie zło!!!
Był już daleko, ale doskonale słyszał jego słowa. Nie miał zamiaru brać ich na poważnie. Zniknął w krzakach i wyszedł prosto na ulicę. Przystanął na chwilę przy kiosku i kupił sobie zapałki. Był syty, najedzony i rozgrzany. Łatwo znalazł połamaną ławkę w parku, okrytą gałęziami wierzby płaczącej, sięgającymi do samej ziemi. Usiadł wygodnie i zapalił papierosa. Zaczął w szkole. Chłopcy przynosili codziennie coś do popalenia i choć denerwowało go, że częstują go z litości, z biegiem czasu problem stracił znaczenie. Ważne było, żeby zapalić.
Ćmiąc zawilgłego papierosa, zauważył leżącą na ławce gazetę. Ktoś przeczytał ją i porzucił. Bartek szybko wyobraził sobie, że na pierwszej stronie piszą o nim. Pobił wychowawczynię, która przebywa aktualnie w szpitalu i uciekł. Poszukują go wszyscy, a rysopis jest dostępny w każdej gazecie.
- Cześć, małolat – usłyszał głos, który wyrwał go z przyjemnego letargu -Nie będziemy przeszkadzać?
Dwóch uśmiechniętych od ucha do ucha młodych mężczyzn stanęło przed nim w rozkroku. Skurczył się ze strachu, ale nie zamierzał odejść.
- Jasne, że nie.
- To spoko.
Rozsiedli się obok niego. Ten, który go zagadnął, wyjął z torby butelkę taniego wina i plastikowy kubek, drugi zaś wziął od niego butelkę, uderzył pięścią w dno i wyjął korek zębami. Polali, wypijając jednym haustem. Bartek siedział, jak na szpilkach. Zupełnie nie wiedział co robić. Postanowił pójść gdzie indziej, jednak zanim zdążył się podnieść, usłyszał:
- Napijesz się?
- Pewnie! – odparł bez wahania.
Wypił. Cierpki płyn wykrzywił mu usta, zdawał się pożerać żołądek. Dopiero po jakimś czasie poczuł ciepło i uśmiechnął się bez przymusu.
- I jak?
- Dobre.
- No widzisz! Jestem Krzysiek, a to Tomek – rzekł zadowolony chłopak, który go zaczepił – Lubimy sobie tu posiedzieć. Jest cisza, policja o tej ławce jeszcze nie wie. Skąd się tu wziąłeś?
Bartek obojętnie wzruszył ramionami.
- Z domu dziecka.
- Uciekłeś?
- No.
Krzysiek trącił Tomka i obaj uśmiechnęli się z uznaniem.
- Swój chłopak! Ja byłem w wychowawczym.
Bartkowi błysnęły oczy.
- Za brak rodziców?
- Nieee.... Za kradzieże.
- Aha, a to trudne?
Znów się roześmiali, ale nie odczuł tego, jak nabijanie się z niego. Byli weseli. Polubił ich za tę beztroskę i trochę zazdrościł.
- Jak się nie boisz, to nie – powiedział już poważnie Tomek – Trzeba mieć silne nerwy i dobry plan. Reszta kula się sama. Co zamierzasz?
- Bo ja wiem – Bartek w ogóle się na takimi rzeczami nie zastanawiał, ale nie chciał źle wypaść przed nowymi kumplami – Może pojadę nad morze. Nie byłem jeszcze, ale widziałem w telewizji. Jest superowe.
- A z czego będziesz żył?
Bartek tępo patrzył przed siebie, bo zupełnie nie wiedział co powiedzieć.
- Nie dam się złapać – odparł tylko.
Wino skończyło się dość szybko i obaj koledzy zaczęli gorączkowo przeszukiwać kieszenie. Wysupłali parę monet, ale ich miny mówiły, że grubo za mało. Bartek w mig podjął decyzję. Wyciągnął swój banknot i podał Krzyśkowi, oczekując wdzięczności.
- To wszystko? – usłyszał i zrobiło mu się przykro.
- Wszystko co mam – bąknął.
- Zostaw sobie – rzekł dziwnie miękko Krzysiek- Pójdziemy gdzieś na sępa.
- Co na sępa? – obruszył się Tomek – Są smaki, a smaki są gorsze od kaca.
- Ja też mam smaki – dodał Bartek, wciskając Krzyśkowi pieniądze.
- No dobra. Tomek, gibnij się...
- Czemu ja?
- Bo masz największe smaki, a młodemu nie sprzedadzą.
Tomek podniósł się niechętnie i zniknął między gałęziami wierzby. Bartek wyciągnął papierosy, co przyniosło mu dodatkowy szacunek u nowego kolegi. Tak bardzo chciał być lubiany. Z Krzyśkiem szło to łatwo.
- Znasz swoją matkę?
- Nie – Bartek pokręcił głową bez emocji.
- Szmata!
- Chyba...
- Żal mi cię, małolat. Chciałbym ci jakoś pomóc, ale sam ledwo kręcę. Tworzymy z Tomkiem zgrany duet. Tylko byś przeszkadzał.
Bartek zaciągnął się mocno i zrobił parę kółek z dymu, które szybko rozwiał wiatr. Palić nauczył się zaraz po przekroczeniu progu szkoły. Krzysiek długo nad czymś myślał, potem odezwał się wzruszony:
- My, odrzuceni przez świat, musimy mieć do siebie zaufanie. Tak mi się wydaje. Chcesz dowiedzieć się paru rzeczy?
Bartek przytaknął z entuzjazmem. Zaczęli rozmawiać o tym, jak najlepiej ukrywać się przed policją, jakie stosować metody kradzieży i strategie przetrwania w trudnych warunkach. Bartek pilnie notował w pamięci wszystko, co wydawało mu się przydatne do zastosowania w przyszłości. Dowiedział się też, jak na gapę dojechać nad morze i co robić, gdyby przypadkiem konduktor zachował się inaczej, niż zakładał plan. Był strasznie zadowolony, że spotkał Krzyśka.
Kiedy wrócił Tomek, z marszu otworzyli następne wino.
- Oddaj mu resztę – nakazał Krzysiek.
Tomek spojrzał na niego z ukosa, ale zwrócił pieniądze. Bartkowi robiło się coraz przyjemniej. Świat nagle stał się dla niego odległym widmem, pełnym rozmytych, nie wzbudzających żadnych emocji kształtów. Położył się na boku i od razu zasnął.
Kiedy się obudził, tamtych już nie było. Powoli przypomniał sobie wszystko i pomacał kieszeń. Pieniądze były na swoim miejscu. Park zionął pustką. Nieliczne sprawne latarnie ledwie rozrzedzały mrok. Bartek ruszył chwiejnym krokiem w stronę nocnego sklepu. Burczało mu w brzuchu, mdliło. Chciał coś zjeść i przy okazji rozejrzeć się za możliwością zdobycia większej sumy pieniędzy. Ulica przed Delikatesami była jasno oświetlona neonami i reflektorami na wystawach pobliskich sklepów. Przy obrotowych drzwiach kręciło się wielu ludzi. Byli to głównie podpici mężczyźni, którym skończył się zapas alkoholu, ale nie brakowało też kobiet, a nawet dzieci.
Kupił ładnie opakowaną w folię kanapkę i ukrył się w jednej z bram. Nie zdążył nawet ugryźć, gdy do korytarza z hukiem wtoczył się pijany mężczyzna z torbą i usiadł pod ścianą, zwieszając ciężką głowę. Podniecony Bartek nie zastanawiał się długo. Po raz pierwszy w życiu miał okazję wypróbować zdolności oraz sprawdzić, czy będzie umiał zachować zimną krew. Czuł, że ma los po swojej stronie. Podszedł na palcach do pochrapującego pijaka i ostrożnie pomacał jego kieszenie. Sprawa był o tyle trudna, że śpiący założył ręce na piersi, zasłaniając dostęp do wewnętrznych kieszeni. Bartek cierpliwie wsuwał dłoń między poły marynarki i już miał sięgnąć po portfel, kiedy spadł na niego silny strumień światła. Krew uderzyła mu do głowy. Omal nie krzyknął, lecz po chwili wahania zerwał się na równe nogi i rzucił w głąb korytarza.
- Stój!!! – krzyknął jeden z policjantów – Bo spuszczę psa!!!
Bartek szarpnął klamkę drzwi prowadzących na podwórko. Stawiły zdecydowany opór, więc skoczył ku schodom i pobiegł na górę. Na trzecim piętrze otworzył okno i wspiął się na parapet. Wtedy szorstka dłoń policjanta zacisnęła się na jego ramieniu.
- Pójdziesz ze mną, kolego...

Opublikowano

Niestety, też kiedyś tak zrobiłem i dopiero moderacja mi pomogła, ale teraz nawet nie ma się do kogo zwrócić... Muszisz, Basiu poczekać :(
Ciag będzie, właśnie się pichci i czeka na swój czas...

Opublikowano

W ogóle się nie czuje =ę

odprężenia czuła, = jakoś wstawiłabym chyba przecinek, ale może to przesada...

skuliła jak embrion = chyba nie jak embrion a w pozycję embrionalną? embrion raczej się nie kuli, taką ma pozycję i już, w ogóle chyba nie można porównywać skulenia się jak coś, no bo czy to kuli się zwierzątko, czy człowiek, czy młoda łodyżka paproci, to nadal będzie to samo kulenie się... czy się mylę?

poduszkę, tworząc = tu za to przecinek nie koniecznie

wykazywał inteligencję, z jaką nie spotkali się dotąd nigdy.= po pierwsze "nigdy dotąd" po drugie, czyżby wcześniej mieli do czynienia z dziećmi i porównywali ich inteligencję? czy to był mały geniusz i porównywali go z umysłami dorosłych? no wiem, jestem wredna, ale mnie to zastanawia :)

żądał od medium = ojej, jakiego medium? może mediów miało być?


Piotr = no ej, jesteś bezlitosny, o czterolatku Piotr? toż to Piotruś...

bardzo długo było tal, jak zaplanował = tak

bardzo woli ugryzł kawałek ciasta = powoli

składa się podłości = z podłości...

położył mu ręką na ramieniu, =rękę, Jacek, Tyś czytał to po napisaniu?

dlaczego jej przy nim nie ma, rozczarowanie światem = po "nie ma" powinien być chyba znak zapytania

nawet jedne mięsień =jeden

przewrócił ją od razy =u

Przebiegł sprintem przez ogród, = osobiście darowałabym sobie "sprintem" mało wnosi i nieciekawie w tym fragmencie akurat tkwi, nawet lekko burzy nastrój, daną atmosferę

nad rzekę pod drugiej = po, nie czytałeś
...................................................................

nie ważne kiedy, byle nastąpił ten czas ciągu dalszego,
uwielbiam czytać teksty, które przyprawiają mnie o łzy, świetne to opowiadanie.

Opublikowano

Jezu, coraz gorzej za mną. Tyle baboli, co ostatnio, to nawet w przedszkolu nie sadziłem...:))) Sory za mękę dla oczu... To pewnie efekt odrywek od pisania na rzecz tradycyjnej obsługi klienta... Ciąg dalszy jutro i koniec zarazem, bo ostatnio zamiast powieści, opowiadania klecę - cierpliwości brakuje albo pomysłów zbywa... :(

Opublikowano

A tam męka :) mówię, że super było.
Ty się tak nie pal na te powieści, one lepiej jak dojrzewają powoli. Jak będą gotowe to same przyjdą. A opowiadankami szlifujesz sobie pisanie i uprzyjemniasz nam czas :)

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

Poprostu nie mam słów aby opisać to co poczułam czytając twoje utwory...Widać, że wkładasz w to całe serce i chcesz coś przekazać. Używasz takiego słownictwa, ze jest zrozumiałe dla wszystkich, a zarazem połączone z treścią daje wrazenie jakby czytała się coś cennego, jakiś unikatowy egzemplarz. Kazde zdanie tak płynnie przepływało przezemnie pozostawiając dźwięk ostaynich wyrazów.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...