Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nie pozna nigdy świt
jej twarzy
za późno już
na poprawki
wieczorami
na pola przyleśne
chodziła
choć nikt nie wołał

z odrazą potrafi
do dziś
patrzeć
na dłonie meżczyzny
skrzywionym okiem
i zdrową połową
twarzy

mówiła
jak pięknie na świecie
tonąć
w cienistym
słodkim
miodnym lesie
jak pięknie
mówiła

przyszły deszcze
jesienią - zaranne
opatrzyły spuchnięte
powieki
oddajcie - woałała - sumienie
nie chcieli patrzeć
pod nogi

Opublikowano
CYTAT (Agnieszka_Gruszko @ Sep 3 2003, 06:42 AM)
przyszły deszcze
jesienią - zaranne
opatrzyły spuchnięte
powieki
oddajcie - woałała - sumienie
nie chcieli patrzeć
pod nogi

Bardzo ładny wiersz. Nastaraja do zadumy i to jego naczelna zaleta. Słowa są piękne, a sens otwarty dla każdego. Tylko chyba wkradła się literówka... Czy nie miało być wołała zamiast "woałała"...?
Pozdrawiam bardzo serdecznie
Opublikowano

co ma do tekstu tytuł ? bo nie rozumiem. Widać przygnębienie pl - ki .. jedyną poezję jaką zauwazyłem to :

przyszły deszcze
jesienią - zaranne
opatrzyły spuchnięte
powieki

Opublikowano

współczuję z całego serca....szczerze

...................

mówiła
jak pięknie na świecie
tonąć
w cienistym
słodkim
miodnym lesie
jak pięknie
mówiła

przyszły deszcze
jesienią - zaranne
opatrzyły spuchnięte
powieki
oddajcie - wołała - sumienie
nie chcieli patrzeć
pod nogi

.......w tym tekście nie ma cienia niepoezji....nie ma w nim nic niepięknego....nie ma nieuczucia....niesmutku ...

jest taki piekny

Agnieszko...Mirka

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...