Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Tego typu "normalny, przyziemny'' tekst, napisałem tylko jeden.

 

 

Pada deszcz, gdzie krople spadają. Przemoczona płytka domofonu, spoziera w oczy mokrymi guzikami. Pętelek nie dostrzegam. Widocznie rozmoknięte. Nieczynny. Dusić można i dusić. Nie duszę. Nie muszę. To ja. Właściciel. Od razu widać po sposobie bycia. Pewności siebie. Targam klucz w lewej kieszeni kurtki. Lepi się mokra do koszuli. Świat wodny, przesiąknięty. A w każdej kropli jego cząstka.


Ciemno. Ciemność. Choć jasno pod przydziałową lampą. Biorę klucz do ręki. Taki z żółtą opaską. Inny kolor nie wchodzi w rachubę, by nie pomylić z innymi kluczami. Bez opasek. Zupełnie gołe. Mam ich cały pęk na niewielkim kółku, do którego doczepiłem zapasowy. Na wypadek gdybym zgubił. Ten właściwy. Najbardziej pasujący do dziurki. Wtykam w mokrą szczelinę. Przekręcam w stronę zachodnią. Uśpiony blok trzeszczy i skrzypi, niczym wielkie betonowe zwierzę, przyczajone wśród drzew. Sąsiedzi też? Nie wiem. Nie dociekam, ale ociekam na pewno.

 

Wchodzę cichutko. Głaszczę uśpioną muchę. Startuje wściekle z krawędzi klamki, machając groźnie lewym skrzydłem. Spogląda z wyrzutem tysiąca oczu. Czuję zapach korytarza. Muszę się spieszyć, żeby żarówce starczyło czasu, na oświetlenie drogi. Czasami potykam się o ciemność, gdyż wszystkie klatki są szare. Znowu targam paluchem wystający przycisk ze ściany. Wkładam klucz. Jestem na tyle przytomny, że trafiam jakoś. Metalowy odgłos, kołuje po poręczach jak startujący samolot. Odbija się od ciał pająków. Przekręcam klucz w stronę zachodnią. Tak. Owszem. Jeszcze raz. Tam gdzie leży uśpiona wioska, przez którą tak często jeżdżę rowerem. Teraz bym nie mógł.

 

Powieszam żółtą czapkę na domofonie. Służy jako wieszak. Normalnego nie mam. Takiego jak mieć należy w cywilizowanym mieszkaniu. Z małymi haczykami na długim knebelku. Można tak śmiesznie przesuwać, licząc na coś w swojej naiwności. W tą lub tamtą stronę lub zostawić w spokoju. Szafki na buty nie posiadam. Mam za to buty na nogach. Zdejmuję, by nie zachlapać podłogi, bo będzie śliska. Jeszcze się przewrócę, wyrżnę w pobliską ścianę i będzie problem, lub żadnego już nigdy więcej.


Mieszkanie duże? Hmm. Na tyle, żeby pomieścić ciało. Żadne wielkie. Maciupeńkie. Z balkonem na szczęście. Wchodzi się na niego z przedpokoju przez pokój. Prowiantu na drogę brać nie trzeba. Droga niedaleka. Długi jest i wąski jak ślepa kiszka, z zielonym zadaszeniem. Na wypadek samobójcy. Mógłby trafić w doniczki, lecąc z wyższego piętra lub dachu. Popsuć kwiaty. Z balkonu widzę bardzo dużo. No chyba, że jakiś przechodzień zzielenieje ze złości. Wtedy trudno go dostrzec na tle drzew i krzewów. Wspaniała monotonia okolicznych szarych bloków, uzmysławia piękny świat, gdyby pomyśleć, że wyglądają zupełnie inaczej.

 

Wieszam kurtkę na zawiasie drzwiowym. Takie dodatkowe zadanie mu przydzieliłem. Jest świeżo posmarowany masłem, bo za bardzo skrzypiał, buntując się w ten sposób. Buty z urwanym sznurowadłem kładę spodami do podłogi. Odwrotnie nie chcą stać. Słyszę ciche zgrzytanie drobinek piasku, między wykładziną: ziemią, a podeszwami: niebem. Jedno ze sznurowadeł jest zaplątane w przedostatnie dziurki. Męczę się przez jakiś czas. Przecinam nożyczkami. Będę musiał kupić nowe. A może nie. Jakoś zwiążę koniec z końcem. Stare jeszcze trochę wytrzymają.

 

Otwieram szafkę spożywczą. Żałuję tej decyzji. Ale cóż. Zgłodniałem. Bałagan wewnątrz jak na mnie przystało. Stare pierniki, kawa ze szkłem drobno tłuczonym, tabliczka ostrzegawcza z napisem: żywność może być przeterminowana, oraz wszechobecny nieład na każdej półce. Jakbym swój umysł oglądał. Matka by rzekła, to co zawsze: „ No jak zwykle. Ja już nic nie mówię.” Lodówkę też mam, ale chyba pusta. Wolę jeść na bieżąco, zamiast chrupać kiełbasę z drobinkami lodu. Brakuje mi cierpliwości, by czekać aż się żywność odmrozi. A niezamrożone na dolnej półce mogą się zepsuć, jak zapomnę o rzeczywistym świecie. Za bardzo.

 

Czas na kawę i stare krowy z półki. Biegnę krótkim dystansem, z brudną szklanką do łazienki. Stoi nieumyta od wczoraj i zdążyła zajść brązowym czymś. Puszczam wodę na zabrudzone resztkami dno. Płuczę pod metalowym baldachimem kranu. Trochę buczy, aż mi rura drży. Macham ręką na wszystkie strony świata, kiwając brudną szklanką w kształcie zapaćkanego naczynia. Wylewam mieszankę do otwartego sedesu. Kiedyś wylałem do zamkniętego. Szczelny jest. Nie przesiąkło.


Podążam w kierunku umytego statku. Sypię cukier do koszyczka prosto na stół. Zapomniałem włożyć szklanki. Wkładam. Znowu wrzucam kryształki cukru, na uprzednio naćpaną kawę. Trochę jakby bratnia dusza. Wracam do przedpokoju. Stare kapcie znają drogę, na wypadek gdybym zasnął, ale końmi nie są. Widzę gazówkę. Stoi w kącie przy niewyniesionych śmieciach. Tak ze mną jest. Często zapominam. Skoro wiem gdzie stoi, to mogę czajnik postawić. Wody nalałem i niewidoczny kamień. Tym razem jestem cwany. Nie wstawię pustego.

 

Stawiam pełny na ogniotrwałych ramkach. Pstrykam i pstrykam do upadłego, na pół zepsutym zapalaczem. Ojej. Cholera! Znowu ojej. Wypstrykuję iskrę. Gigla się z gazem pod srebrnym dachem. Płomień. Dużo płomieni. Jak drgający błękitny kwiat. Pieści gorącą klaustrofobią dno czajnika. Jestem zwycięzcą w walce o ogień. Żółta miska stoi na krawędzi górnej części szafki. Jak potrącę drzwiczkami, to może zlecieć. Prosto na głowę. Może to i dobrze. Zacznę po ludzku myśleć. Nie zleciała. Nie pozostaje mi nic innego, jak pozostać sobą.

 

Siadam przy ławie nieoskarżonych. Włączam. Zakładam słuchawki na uszy. Gdzie indziej nie mam zamiaru, bo mógłbym źle słyszeć. Spijam dźwięki muzyki. Wlatują do głowy denerwując ślimaka. Nie ma biedak chwili spokoju. Słyszę tę ulubioną. Uwielbiam. Kocham naprawdę. Nigdy nie zdradzę. Nie wyrzucę z siebie potrzaskane ze złości nuty, starym zardzewiałym kluczem wiolinowym. Nie znudzę się nią. Co kocham prawdziwie, będzie tkwić we mnie na zawsze. Do ostatniego tchnienia i drgnięcia serca. No chyba, żebym rozum stracił i nie wiedział, co jest grane.

 

Poprzez ulubioną staroć: „The dark side of the moon”, słyszę znane odgłosy. Piszczy niczym zarzynana świnka. Zdejmuję słuchawki. Podchodzę. Biorę do rąk rozhisteryzowany czajnik. Podnoszę. Uspokaja się. Uważam bacznie, by nie poparzyć zdradliwą parą, skrawek ciała. Leje wrzątek do szklanki. Nie pustej. Zapełnionej trochę kawą i cukrem. Gorąco uderza o dno naczynia. Oszalały tajfun tańczy w przezroczystym świecie. Tworzy się pianka, jak na wściekłem pysku naczynia.


Widzę miliony małych kopułek. Miniaturowe pontony, połączone tą samą cieczą, niczym wielooczne oko muchy. Co chwilę jakiś pęka. Tak to bywa w życiu. Czasami trzeba pęknąć, by znowu się zakleić nadmuchać i wzbić wysoko. Z nim jest inaczej. Już nigdy nie wróci do pozostałych. Zniknął raz na zawsze, a za chwilę znikną wszystkie z ciepłej powierzchni. Muszę to zrobić.

 

Brzdęk brzdęk, klik klik, zakłócam im spokój. Przepraszam. Wybaczcie mi. Mieszam wytrwale łyżeczką, uderzając delikatnie o kruche ścianki. Pragnę spłoszyć fruwające fusy. Nie bardzo wiedzą, czy utonąć, czy pływać. Kładę kawę na ławę. Zakładam na uszy głośniki. Muzyka zaczyna płynąć, jak niedawno wrzątek z czajnika.


Pierwszy łyk. Pierwszy fus między zębami. I wreszcie pierwsze zakrztuszenie. Ale to nic. Nie groźne. Piję dalej, spijając też muzykę. Pomalutku. Z namaszczeniem. Żeby szczęście trwało dłużej. Aż nagle prawdziwy zachwyt. Euforia w kokonie ekstazy. Poczułem całość smaku. Zachwyt podwójny. Muzyka kawa. Kawa muzyka. Dominujący, ogrzewający, drgający i naprzemienny. Wszechobecny we mnie. Roztraja mnie, ale i nastraja. Za moim przyzwoleniem. Spoglądam na pokój. Co tutaj jest, a czego nie ma.

 

Kwiaty. Dużo kwiatów. Niektóre trochę oklapnięte, ale to co. Ważne, że są. Zdarza się, że nie podleje na czas. Wtedy wkurzają się na mnie. Listkami i łodyżkami, szumią o swojej krzywdzie. Oplatają sumienie, aż nie mogę złapać tchu. Za oknem antena z aluminiowych rurek. Z jednej wystaje sztuczny kwiat. Żeby na ulicy było weselej. Jest jeszcze drugi. Na szafie. Doniczka przywiązana sznurkiem do obcęgów i młotka. Są przeciwwagą, by nie spadła i nie połamała kwiatu, będącego niżej. Lub mojej głowy, gdyż mam tam łóżko, w którym śpię kiedy zasnę.


Rysunki. Wiele rysunków. To było kiedyś. Lubiłem rysować. Bardzo. Teraz jakoś nie potrafię. Bo niby dla kogo? Wiele nie potrafię, tak jak przedtem. Czekam na większy sens. Tylko że samo czekanie, niczego nie załatwi. To podcinanie gałęzi na której się siedzi, gdy piłujemy od strony pnia. Bezpieczniej po przeciwległej stronie. Widzę dużo pamiątek. Na szczęście mniej od tych, którzy odeszli, a więcej od tych, którzy przy życiu. Oby byli jak najdłużej, bo tak smutno, jak kogoś zabraknie i musi leżeć w ciemnej trumnie. Zostawia po sobie wiele pustych miejsc oraz wspomnień: gestów, słów, zachowań, które przeminęły raz na zawsze.


Aczkolwiek pozory mogą mylić. Jakby człowiekowi na żyjących nie zależało. Można udawać. Udawać dla innych. Jeżeli sił psychicznych wystarczy, na tego typu zagrywki. Po co mają się smucić czyimś smutkiem. Nie zrozumieją. Tak samo jak ja nie zrozumiem innych. Odgłosy tamtych chwil słyszę w swojej głowie. Nie można przed tym uciec. Jedynie zagłuszyć tym czy tamtym. Rysowaniem, pisaniem, muzyką... Po jakimś czasie cierpimy mniej, lub przeciwnie więcej. To zależy, czy byliśmy naprawdę bliscy, czy tak w głębi: daleko.

 

Chociaż siedzę sam w tych czterech ścianach, to tak naprawdę otaczają mnie wspomnienia. Nieustannie ulatują z owych drobiazgów stojących na półkach, niczym białe motyle. Od ludzi, którzy są i od tych, którzy już nigdy nie wrócą. Ale z drugiej strony, nie można patrzeć cały czas wstecz. To grozi potknięciem, o to, co z przodu. Dla mnie jest to trudne, chociaż wiem, że na przyszłość mam jeszcze wpływ, a na przeszłość: wcale.

 

Chwile po to istnieją, by  przemijać bezpowrotnie. Dlatego są takie cenne.

 

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Bardzo interesująca gra słowami: "Jeszcze się przewrócę, wyrżnę w pobliską ścianę i będzie problem, lub żadnego już nigdy więcej".
Czytając większość Twoich opowiadanek na poezja.org, można spostrzec, że posiadasz interesujący styl pisania, który bardzo mi się podoba.
Wierzę, że któregoś dnia otrzymam wiadomość, że Dekaos Dondi, czy jak tam naprawdę brzmi Twoje imię i nazwisko w tym światowym systemie, wydał swoją pierwszą książkę.
Dla mnie, bardzo umiejętnie opisujesz sprawy życiowe, czy to Twoje czy też kogoś wyimaginowanego z dozą humoru, dramatu, fantastyki, itp, itd.
Czekam na więcej, czekam na książkowe wydanie Twoich opowiadanek.

 

Pozdrawiam :-)))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Otwieram skrzynkę Kwiaty i zioła   Pomyślałem, że mają łatwiej Roślina wie, czego chce   Nie udaje róży Nie próbuje być miętą Jest   A Ty? Ciągle pytasz, kim jesteś   Więc kim jesteś? Kwiatem? Ziołem?   Czy przyprawą do cudzego życia?   Odpowiesz kiedy zakwitniesz   Byle nie sztuczną rośliną.
    • Niezwykle ciekawy ten wiersz, ale przede wszystkim dziękuję za wyjaśnienia. Już miałem googlować co ten leszy znaczy

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      . Mówiąc szczerze, do tej pory wydawało mi się, że Anglicy nie znają takiego zawodu jak leśniczy, ale nigdy nie drążyłem tematu, więc nie będę się upierał. Napisałem, że wiersz jest dla mnie ciekawy z dwóch powodów. Po pierwsze, jest taka teoria, że wystarczy siedemdziesiąt lat od momentu zaprzestania ludzkiej działalności na Ziemi, żeby natura wróciła do pierwotnego stanu, a widząc, co się dzieje np. w okolicach Czernobyla, nietrudno w to uwierzyć.  Zadziwiająca zbieżność lat tej teorii i tych podanych w wierszu. Po drugie, znam bardzo podobną drogę w polskim lesie. Była tam kiedyś wieś, ale na początku XX w. została relokowana przez władze carskie. Pozostała po niej droga, która jeszcze funkcjonowała w czasach mojego dzieciństwa. Potem jednak, z jakiegoś powodu zmieniono jej przebieg i w tej chwili ktoś, kto nie zna tej historii, nigdy nie odgadł by, którędy wcześniej biegła. Przychodzi mi też do głowy trzeci powód. I ma on właśnie związek tymi relokowanymi wsiami. Mam mianowicie takie niejasne przeczucie, że ich wspócześni mieszkańcy mają raczej mgliste pojęcie o losach swoich przodków, chociaż ta pamięć jeszcze gdzieś tam się tli. W związku z tym zastanawiałem się kiedyś, jak długo trwa pamięć społeczna (jeśli nie jest spisana) jakieś grupy ludzi, np. wioski. Doszedłem do wniosku, że przeważnie są to trzy pokolenia. Ludzie w przytłaczającej większości przypadków nie znają imion swoich pradziadków, nie mówiąc już o historii ich życia. Siedemdziesiąt lat, to może być wiek jednego człowieka, ale jest to też czas, w którym przychodzą na świat trzy generacje. Gdy ta pierwsza odchodzi, pamięć zaczyna zanikać, czyli droga w lesie zarasta. Nie wiem, może to zbyt daleko posunięta metafora, coś czego autor nie miał na myśli, ale wiersz wzbudził we mnie taką refleksję. Co do lasów w Wielkiej Brytanii, to, pomimo tego, że okrutnie je wykarczowano, to jednak jakieś niedobitki się pozostały. Ja znam np. Thetford Forest. Też spory, piękny zagajnik.   Pozdrawiam  
    • Zagięcie czasu. Mikroopowieść.   Balbina Kowalska stanęła przed brązową toaletką z trzyczęściowym lustrem. Przymierzyła broszę w kształcie ważki, którą dostała miesiąc wcześniej od Karolka Olszewskiego na klasowe mikołajki.   Odsłoniła pomarańczowo-zieloną zasłonkę, żeby popatrzeć na duże, mięciutkie płatki śniegu spadające wolno jak leniwce zsuwające się z drzewa po zaśnięciu. Roztarła oko, rozmazując wokół czarną maskarę marki Celia. Szykowała się świetna biba pod nieobecność rodziców.   Dorośli mieli się bawić na balu karnawałowym, a młodzież w mieszkaniu.   W pewnym momencie spojrzała w lustro, a widok w nim zaczął się zmieniać detal po detalu, szczegół po szczególe. Najpierw kolory były nasycone, później przybrały tonacje od czarnego, poprzez szary, do białego, następnie przeistoczyły się w sepię, aż w końcu zmieniły się w gamę barw tak czystą, że trudno to sobie było wyobrazić.   Żyrandol, tapety i meble nabrały starodawnego blichtru oraz połysku. Mała przezroczysta buteleczka perfum "Być może. Paris" zmieniła kształt na porcelanową baryłkę z dyfuzorem w kształcie woreczka firmy Guerlain. Usłyszała szelest falban taftowej sukni, w którą była ubrana, poczuła z tyłu drgania szkieletu tiurniury.„Kurczę – pomyślała Balbina – tak samo jak w Godzinie pąsowej róży. Ale jak sobie ta Anda wtedy poradziła? Szkoda, że nie czytałam uważnie, teraz zupełnie nie wiem, co robić! Ach. Eureka! Stary zegar!”. Przekręciła się na bok na łóżku z ekscytacją i otworzyła oczy...
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Nihil novi... po odrzuceniu (bo Bóg nie umiera, gdyby tak się stało nie byłby Bogiem, umrzeć może natomiast wiara w niego) Prawdziwego Boga, cywilizacje wytwarzają sobie własnych boków, najczęściej otwierając w ten sposób bramy demonom. Dzisiaj może to być np. wiara w potęgę AI, a kiedyś odlewano złote cielce. Pozdrawiam.   
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...